Dynastia (Wazowie 2)

Ten wpis zacznę, tak jak poprzedni, od wzmianki rocznicowej: mija właśnie 500 lat od zainstalowania na wieży katedry Wawelskiej dzwonu “Zygmunt”.
Był to czas jednego z wielkich europejskich przełomów, którego asumptem był w tym przypadku reformatorski ruch w łonie Kościoła, zainicjowany przez Martina Lutra.
Z jednej strony zatem – umacnianie katolicyzmu, czego materialną emanacją jest choćby krakowski dzwon, z drugiej – ożywczy prąd reformacji.
Europa stanęła u progu długoletnich wojen, w których motywacje religijne splatały się, jak zwykle, z tymi bardziej przyziemnymi.

Jednym z pierwszych starć, w których sprawa doktryny reformatorskiej odegrała znaczną rolę, była walka Szwedów o uniezależnienie się od Danii, w efekcie której zaistniała interesująca nas dynastia Wazów.
Epizody z nią związane przypominam nieco od końca, co do początku zaś (który, jak to się często zdarza w tym blogu, opiszę dokładniej później).
Dziś, w środku lata, napomknę jedynie o sławnym narciarskim biegu Wazów, do owego początku nawiązującym za sprawą Gustawa I Wazy, dziadka Gustawa II Adolfa, od którego przed miesiącem zaczęliśmy pobieżne wałkowanie poczynań szwedzko – polskiej dynastii.


Gustaw II Adolf był, jak się wcześniej rzekło, skandynawskim zabijaką pierwszej wody.
Strategiem, ale też dzielnym wojownikiem, osobiście wiodącym swoje wojska do walki.
Nieraz też zdarzyło mu się solidnie oberwać, jak podczas bitwy pod Tczewem w sierpniu 1627 roku, kiedy ciężko zraniła go kula polskiego muszkietera (kostucha dopadła króla kilka lat później, w jednej z większych bitew wojny trzydziestoletniej, pod Lützen).

Panowanie nad przeprawą przez mokradła w górnym biegu Motławy, pomiędzy Tczewem a Lubiszewem, kilka razy w dziejach było stawką zmagań między armiami prącymi w kierunku Gdańska, a tymi, które owo parcie usiłowały powstrzymać.
Wraże zamysły Gustawa II Adolfa zmierzały ku opanowaniu ujścia Wisły z Gdańskiem, aby przejąć kontrolę nad zyskami z działalności portu.
Między innymi dzięki skutecznej obronie przez polskie siły grobli pod Tczewem zamysł ten się nie powiódł, jednakże w finale tej fazy polsko – szwedzkich starć, podsumowanym rozejmem w Altmarku (1629), naszym północnym sąsiadom udało się wytargować niezły procencik od gdańskich ceł.


Rozejm w Starym Targu (czyli Altmarku) był w znacznej mierze inspirowany przez dyplomację francuską, dążącą do wciągnięcia Szwecji na pełną skalę do działań wojny trzydziestoletniej na terenach niemieckich.
Katolickiej Francji nie przeszkadzało sprzymierzenie się z protestanckimi państwami niemieckimi, oraz Szwecją, przeciwko katolickim Habsburgom, bo to ich w pierwszym rzędzie chciała osłabić.
Historia tych paneuropejskich zmagań (1618 – 1648) była zmorą klasówkową w czasach szkolnych zapewne dla większości Czytelników, podobnie jak dla mnie.
Oszczędzę zatem szczegółów, dzieląc się jedynie (nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz w tym blogu) uniwersalną refleksją o instrumentalnej roli religii we wszelkich zmaganiach o władzę.
Nie trzeba zresztą w tej sprawie sięgać daleko w przeszłość, wystarczy zajrzeć do aktualnej gazety aby dowiedzieć się, jak władca pewnego katolickiego kraju w środkowej Europie, przy wydajnej współpracy znacznej części katolickiej hierarchii, stara się wpychać ów kraj w orbitę wpływów sąsiedniego, prawosławnego mocarstwa.


Powyższe fotografie spoglądają poprzez stocznię i port gdański na północ, skąd onegdaj nadciągali szwedzcy najeźdźcy.
Zrobione są sprzed “Mlecznego Piotra”, jednej z enklaw życia artystycznego, wspaniale pleniącego się na terenach dawnej Stoczni im. Lenina (wcześniej – Stoczni Cesarskiej i Stoczni Schichaua).
Gdyby wejść na dach budynku, z pewnością dostrzegłoby się gdańską redę, na której wodach w listopadzie 1627 roku, niedługo po starciu tczewskim, rozegrała się morska potyczka zapamiętana w dziejach jako “bitwa pod Oliwą” .

 


Drodzy Czytelnicy!
Jak pewnie zauważyliście, od przeszło pięciu lat staram się przywoływać różne epizody z przeszłości z nadzieją, że może się to przydać Wam, jak i mnie samemu, do zrozumienia mechanizmu dziejów gatunku ludzkiego, a przez to – do nabrania potrzebnego dla zdrowia psychicznego dystansu do wydarzeń bieżących.
Jak dotychczas zamysł ten sprawdzał się jako tako, przynajmniej w odniesieniu do mnie.
Czuję wszelako, że wydarzenia lipca 2021 w Polsce, animowane przez “grupę trzymającą władzę”, zaczynają przekraczać granicę pozwalającą na ich bezemocjonalną obserwację i dobroduszne komentowanie.
Udaję się zatem do krain rzek i lasów – niedalekich wprawdzie, ale dających szansę na chwilowy oddech.
Wam również życzę dobrego odpoczynku przed, jak się wydaje, długim czasem zmagań o wysoką stawkę.

Podróżnicy

Rob Gonsalves – “Pływające wyspy”

Adwentowy czarny karnawał 2020, godny pióra Osieckiej czy Młynarskiego.
Korowody gości, sterowane gazetowymi anonsami w czarnych ramkach, przemieszczają się w funeralnym kontredansie z Witomińskiego, poprzez sopocki, Srebrzysko aż na Łostowicki,
Muzyka niezbyt skoczna, ale rytmiczna.
Na początku wodzirej z kosą, za nim w pierwszej parze Ciocia Pandemia z Wujem Kryzysem, potem – roje masek, które przy każdym kolejnym spotkaniu coraz lepiej nawzajem się rozpoznają, bo spotkania częste.
Zamaskowani żałobnicy idą dalej, pozostawiając w ciszy i spokoju Ich, których imiona przywołałem pod koniec poprzedniego wpisu.
To bliskie nam osoby, które wybrały się w podróż dokądś – tam, w feralnych ostatnich dniach listopada.
Każde z nich było podróżnikiem co się zowie, żyjącym blisko morza, często – na morzu czy dla morza. I dla nas.


  • Iwona
    Jako zdeklarowana feministka obruszyłaby się zapewne na określenie “Damski Noe“, ale w mojej pamięci pozostaje kimś właśnie takim.
    Kimś, kto robił wszystko, żeby ziemską naturę ocalić przed antropoceńskim potopem.
    Z biblijnym pierwowzorem łączyły Iwonę jeszcze trzy przynajmniej cechy: żegluga była Jej pasją, a poza tym – lubiła wino i nie lubiła Chama.
  • Zbyszek
    Kiedyś zbudowaliśmy razem dom; w jednej jego połówce mieszkamy dotychczas z Żonną, w drugiej Zbyszek spędził może z tydzień, po czym na długie lata wybrał się w świat. W czasie gdy w Polsce zebrano się przy Okrągłym Stole, Zbyszek zaprosił mnie do wspólnego rejsu łódką po egzotycznych wodach.
    Z różnych względów do rejsu nie doszło, mnie zaś pozostała jako pamiątka przepustka do ministerstwa bezpieki Jamajki, gdzie musiałem przedłużyć wizę.
    Młodszym Czytelnikom wyjaśniam, że wówczas w paszportach był uwidoczniony opis cech fizycznych właściciela, między innymi kolor oczu, który portier uznał za moje nazwisko.
    Więcej w tym akapicie o mnie niż o Zbyszku, ale to On inicjował przygody.
  • Tomek
    Powściągliwy w wypowiedziach i w wydatkach, wszelako obok masy zalet:
    miał nasz Tomek dwie słabostki,
    cygara i rosół z kostki .
    Sylwia (żona) w pięknych słowach Tomka pożegnała.
  • Wiesław
    W mojej pamięci – wzorzec siły spokoju, mądrości i rozwagi.
    Marzena (córka) w pięknych słowach Wiesława pożegnała.
  • Józef
    Znałem Józefa najmniej z wymienionych; był, podobnie jak Wiesław, przedstawicielem starszej od nas o numer generacji.
    Wiem wszakże na pewno, że podobnie jak Wiesław, był autorem nadzwyczaj udanego potomstwa.

 

500 lat upłynęło niedawno od momentu, gdy wyprawa pod wodzą Magellana sforsowała  cieśninę znaną obecnie pod jego imieniem i wypłynęła na bezmierne wody Pacyfiku.
Historię epokowego rejsu starałem się przypomnieć w pierwszych wpisach tego blogu w 2016 roku, uzupełniając ją opisem swoich prób podążania śladami Magellana (to informacja dla Czytelników od niedawna bywających na tej stronie i  jednocześnie zachęta, aby zajrzeć wstecz).
Jednym z najważniejszych źródeł dokumentujących wyprawę są dzienniki Antonio Pigafetty, wydane w polskim tłumaczeniu tylko raz, w 1992 roku. Opis wydarzenia wygląda tam tak:

Próbuję sobie wyobrazić święta Bożego Narodzenia 1520 roku załóg trzech okrętów, jakie pozostały w eskadrze po wcześniejszych perturbacjach.
Pożegnawszy kontynent amerykański 28 listopada, mieli jeszcze żeglarze zapewne zapasy wody i żywności tam pozyskane, zatem w miesiąc później mogli na pokładach nieco poświętować.
Czekały ich jednak kolejne prawie trzy miesiące żeglugi non – stop, której “uroki”, zwłaszcza kulinarne, możemy poznać w widocznym obok fragmencie zapisków Pigafetty (skopiowane z “Relacja z wyprawy Magellana dookoła świata” wyd. Novus Orbis Gdańsk 1992).
Lektura tej relacji po raz kolejny skłania do podziwu dla odwagi i wyobraźni, jak też do zadziwienia systemem wartości, który motywował wielkich odkrywców do ich epokowych poczynań. 


Ten sam zestaw zadziwień, co w przypadku wielkich odkrywców, bywa też naszym udziałem w odniesieniu do władców i polityków, których zwykło nazywać się wielkimi, bo potrafili bilans swoich działań w brudnawej generalnie sferze walki o władzę i jej utrzymanie zamknąć wynikiem dodatnim dla społeczeństw, a nie tylko dla siebie.
Taki był choćby Willy Brandt, niemiecki kanclerz z przełomu lat 60-tych i 70-tych XX wieku, laureat pokojowego Nobla.
“Niemiec o ludzkiej twarzy” – to określenie w ustach osób, które już w dorosłości przeżyły koszmar II wojny i okupacji, brzmiało jak prawdziwy komplement.
Symbolem tego, co zdziałał pożytecznego, było spontaniczne uklęknięcie przed pomnikiem Bohaterów Getta podczas wizyty w rządzonej przez komunistów Warszawie, dokładnie 50 lat temu. Okrągła rocznica, więc na jej uczczenie powstał m.in. świetny programik muzyczny, przepleciony wypowiedziami znanych historyków i polityków, który polecam zwłaszcza uwadze młodzieży, w obliczu intensywnego korygowania podstaw nauczania historii w polskich szkołach:
https://vimeo.com/487605284
Jeszcze jedno rocznicowe przypomnienie dla młodzieży: kilka dni po wizycie Brandta, ale bez związku z tym wydarzeniem, zaczął się nasz Grudzień’70


Zauważyliście zapewne między ilustracjami do tego wpisu niezwykłe, trącące surrealizmem obrazy Roba Gonsalvesa, które pasowały moim zdaniem do tekstu.
Wiadomo wszakże, że wpis bez Aninego obrazka jest pozbawiony najważniejszego waloru, więc niniejszym nadrabiamy (tym razem bez koloru, bo Artystka ma kontuzjowaną prawicę):
Na obrazku – widoczny z naszego okna po przeciwnej stronie ulicy domek imienniczki Żonny. Pani Ania pod koniec grudnia skończy 100 lat, co okoliczni mieszkańcy zamierzają uczcić w sposób zgodny z rygorami sanitarnymi
(i uważając, aby okolicznościowej pieśni urodzinowej nie odśpiewać w rutynowy sposób: “stooo laaat”)
Zatem jeszcze jedna okrągła rocznica grudniowa, jeszcze jedna podróż – tym razem ciągle trwająca, bo jak zapewnia Jubilatka prosząc o podwózki na kolejne wybory – nie spocznie zanim się dobra zmiana nie zmieni na dobre.


I tak, wyszedłszy od wspomnień o Podróżnikach, a znalazłszy się w sferze toastowej, spójrzmy na dokonanie – tym razem nie podróżnicze – Andrzeja “Tourbanika”, o którym szerzej wspomniałem w listopadowym artykule.
Mam nadzieję, że wklejenie tu fragmentów epokowej pracy zespołu przezeń kierowanego jest legalne. Czynię to z zapałem, bo mimo całej mojej mizerii lingwistycznej, a tym bardziej medycznej, konkluzje badań odczytuję jako w miarę optymistyczne, sygnalizujące mianowicie odwracalność pewnych zmian zachodzących w strukturach ludzkiego mózgu po spożyciu umiarkowanych ilości alkoholu. To jedna z najlepszych wiadomości upływającego miesiąca i roku.
Wznośmy zatem w odpowiednio umiarkowanym trybie kielichy za Podróżników, bez względu na to, który ze światów aktualnie przemierzają!!!


Z ostatniej chwili: od dawna wspólnie podróżujący Teresa i Michał postanowili usankcjonować tę praktykę stosownym urzędowym dokumentem. A więc jeszcze jedna miła okoliczność toastowa pod koniec roku! Tym razem śmiało można zaśpiewać: “Sto lat”!!!
Podsumowanie obrzędu w bardzo okrojonym składzie osobowym miało miejsce w kaszubskiej wiosce Hejtus, w domu sąsiadującym z Pomorskim Ośrodkiem Rehabilitacji Dzikich Zwierząt “Ostoja”.
Zupełny przypadek, ale jest to miejsce, do którego powstania i funkcjonowania w wielkim stopniu przyczyniła się Iwona, o której wspomniałem na początku. Rodzina prosiła, aby zamiast kłaść kwiaty na Jej mogile, przekazać datek na “Ostoję” właśnie. Jeśli możecie, zróbcie to także, Drodzy Czytelnicy!

Wałem do chrzcielnicy

Czasami, gdy we własnych zasobach nie znajdę zdjęcia odpowiedniego dla zilustrowania czegoś – tam w blogu, szukam go “w internetach”. Chcąc przybliżyć Czytelnikom tytuł tego artykuliku, wpisałem do wyszukiwarki Bing hasło: “Wał pomorski – obrazy” i wyskoczyło mi to, co widać poniżej.
Nie doszukujcie się, broń Boże, w tej obserwacji żadnych podtekstów; zważcie tylko, że do sieciowego oceanu informacyjnego należy podchodzić ostrożnie i krytycznie.

Wiecie już zatem, że tytułowy Wał – to ten Pomorski (trochę więcej o nim na końcu wpisu), a co do chrzcielnicy, spójrzcie obok, proszę.
Różne durnoty widuje się podróżując tu i ówdzie, ale te ogromne mozaikowe napisy na przyczółkach wiaduktów nowobudowanych dróg ekspresowych w Wielkopolsce niewątpliwie zaliczyć można do szczytowych osiągnięć “myśli”. Wymyślacze czegoś takiego (o ile oczywiście można tu operować kategoriami pracy rozumnej) chcieli być może zasugerować przejezdnej publiczności, że Polska moczy się w Wielkopolsce (chrzest przez zanurzenie), lub odwrotnie – że jest przez Wielkopolskę spryskiwana (chrzest przez polanie). Mogło także chodzić, choć to mniej prawdopodobne, o powiązanie faktu ochrzczenia Mieszka I (który ponoć “wcześniej  w takich pogrążony był błędach pogaństwa, że wedle swego zwyczaju siedmiu żon zażywał”) i jego podwładnych przez nienazwanych hierarchów z zachodniej Europy z tym, że najnowsze wiadukty budowane są dzięki finansowemu wsparciu zachodniej Europy. Tak czy inaczej pozostajemy w przeświadczeniu, że estetyka uzewnętrzniania ekscytacji religijnej przez dawnych Wielkopolan stała na wyższym poziomie niż obecnych, co ilustrują obrazki Nieocenionnej Żonny Anny.
Klinicznym przykładem potwierdzającym powyższą tezę jest koszmarne, naszym zdaniem, wyobrażenie Papieża Wojtyły przed ładnym, stareńkim i trzymającym miłe dla oka proporcje, kościółkiem w Gąsawie:

W Gąsawie znaleźliśmy się nieprzypadkowo: ta niepozorna miejscowość miała we wczesnym okresie kształtowania się państwa piastowskiego większe niż dzisiaj znaczenie, podkreślone przez zwołanie tam w 1227 roku zjazdu książąt dzielnicowych. Jak wiadomo, potomkowie Krzywoustego prali się notorycznie i usiłując podporządkować sobie jedni drugich sięgali do bogatego arsenału metod politycznych epoki średniowiecza, z których spora część nie uległa większym zmianom do dzisiaj.
Podczas zjazdu w Gąsawie krakowski książę – senior ziem polskich Leszek Biały został więc po prostu zamordowany, gdy uciekał konno bez odzienia z łaźni, w której zaskoczyli go ludzie Świętopełka Gdańskiego .
Tenże wybitny (choć na lokalną skalę) władca wschodniego Pomorza, przybył na wspomniany zjazd w Gąsawie być może trasą podobną jak my z Gdańska, czyli przez Wał Pomorski. Niefortunną ucieczkę Leszka Białego z gąsawskiej łaźni upamiętnia zaś kontrowersyjnej klasy monument.

W krótkiej ekskursji po “Chrzcielnicy” było mi dane towarzyszyć dwóm Annom:  jednej zawdzięczamy rysunki i niektóre zdjęcia, drugiej zaś to, że będąc  naturalizowaną Wielkopolanką, świetnie zorientowaną w lokalnych ciekawostkach zawiozła nas z dużą wprawą do kilku z nich. Niektóre znane (choćby ze szkolnych wycieczek) jak: zamek kórnicki, pałace w Biedrusku czy Owińskach i zespół klasztorny tamże, oraz wspomniane i zilustrowane powyżej urokliwe drewniane kościółki. Także dzieło z przełomu tysiącleci (tego ostatniego!) – zaprojektowane i zbudowane od A do Z w Murowanej Goślinie “nowe – stare” miasteczko Zielone Wzgórza.

Zdarzyły się też wielkopolskie perełki nieznane (przynajmniej nam, przybyszom zza Wału Pomorskiego), spośród których zdecydowanie wyróżniamy Wyspę Edwarda, położoną na jeziorze Raczyńskim, w miejscowości Zaniemyśl i od pewnego czasu połączoną z kontynentem chybotliwą pływającą kładką, zafundowaną przez Unię.
Edward Raczyński, wielce zasłużony na licznych polach, lecz bujnego najwyraźniej charakteru arystokrata, do niezliczonych ekstrawagancji swojej doczesnej aktywności dołożył efektowny finisz poprzez odstrzelenie sobie głowy z niewielkiej armatki, którą widać na jednej z poniższych fotografii.

 Wielkopolskę zamieszkują Wielkopolanie którzy, obok wielkich zasług dla fundowania i podtrzymania polskiej państwowości, mają też opinię ludzi gospodarnych i praktycznych.
Rzuciło nam się w oczy kilka przykładów tych cnót, częstokroć uwidacznianych na stosownych inskrypcjach. Co do twarogu – wydawało się z daleka, że chodzi o sławne miejscowe specjały mleczarskie…

Wielkopolską przedsiębiorczością wykazał się także mieszkaniec Chodzieży, który po zadaniu nam kilku kontrolnych pytań na temat przebiegu epidemii na Wybrzeżu etc., zagadnął uprzejmie o możliwość przyznania mu piątala, do wykorzystania w pobliskim sklepie 24h. Miasteczko jest wszakże zacne, sławne fabryką fajansów i zdobne efektownymi dwoma rynkami, oraz licznymi świątyniami, a także prowokujące swą nazwą limerykowe rymy:

Raz katecheta z Chodzieży
badał, gdzie punkt “G” leży,
by metodycznie,
systematycznie,
objaśniać to młodzieży

 


Praktyczny zmysł obywateli “Chrzcielnicy” przejawiał się od wieków, choćby wtedy, gdy pod Ujściem w lipcu 1655 roku zebrały się rzesze pospolitego ruszenia wielkopolskiego , które szybko podało tyły przed nadciągającą armią szwedzką, bo przecież nadchodził czas żniw. Zdecydowało się ujść spod Ujścia.

Gwoli prawdy historycznej trzeba wszakże wspomnieć, że w późniejszych etapach zwalczania “potopu” Wielkopolanie stawali dzielnie,
goniąc Szweda i oblegając aż w dalekiej duńskiej Koldyndze. Wspomnialem o tym przed rokiem , ilustrując informację stosownym obrazem tego samego twórcy, który uwiecznił widoczną obok scenę spod Ujścia, czyli Józefa Brandta


Leżące nad Notecią Ujście przez wieki strzegło biegnącej wzdłuż tej rzeki granicy wielkopolsko – pomorskiej, a z czasem  polsko – niemieckiej.
Na północ od Noteci rozciąga się Wał Pomorski, kojarzony głównie z pasem umocnień, mających pod koniec II wojny światowej utrudniać posuwanie się sowieckiego frontu w kierunku Berlina. Został po ciężkich walkach przełamany przez działającą w ramach tego frontu armię polską, co ma swój smaczek historyczny, ponieważ zbudowano go na początku lat trzydziestych XX wieku dla obrony niemieckiego Pomorza przed… agresją ze strony ledwie co odrodzonego Państwa Polskiego.
Godzi się wspomnieć, że w klasyfikacji geologicznej tych terenów termin “Wał Pomorski” używany jest dla określenia antyklinorium (czyli wypiętrzenia warstw w postaci “grzbietu”), powstałego w erze mezozoicznej wskutek ruchów tektonicznych.
A dla nas to po prostu wielkiej urody tereny, obfitujące w lasy, jeziora i wymarzone na spływy kajakowe rzeki. Takie jak Grabowa, której fragment nie bez trudu pokonaliśmy w drodze Wałem do Chrzcielnicy (całość drogi dla pewności przebywając samochodem).

 

 

Sopot

  •  Widniejący obok obraz mógłby sugerować kontynuację ptasich motywów, podjętych w poprzednim wpisie blogowym, ale nie – wyobrażona na nim mewa, będąca centralnym fragmentem herbu Sopotu, ma jedynie zasygnalizować zamysł poświęcenia kilku zdań temu unikalnemu miastu, objętemu w swoim czasie granicami Wolnego Miasta Gdańska.
    Jak przypomnieliśmy wcześniej, granica ta biegła wzdłuż potoku Swelinia, po którego drugiej stronie było polskie już – do 1939 roku – Orłowo (jednak znowu ptasie nawiązanie…), gdzie morenowe wzgórza kaszubskie toną w pochłaniających systematycznie ich klifowe urwiska morskich wodach.
  • Ludzie przywędrowali w te strony wkrótce po ustąpieniu lodowca skandynawskiego, który był sprawcą porzeźbienia terenu, no i powstania Bałtyku, a więc dobre kilka tysięcy lat temu. Łowili ryby, polowali na foki i próbowali to i owo uprawiać używając kamiennych narzędzi, bo była to epoka kamienia gładzonego, czyli neolitu. Relikty tamtego czasu znajdowano także w Sopocie, zwłaszcza w rejonie, gdzie znacznie później, bo około VIII wieku pobudowano grodzisko, zrekonstruowane obecnie w formie ciekawego skansenu archeologicznego.
    Zdjęcia obrazują grodzisko (fot. z sieci), oraz sopocką plażę (fot. prywatna) wkrótce po zlodowaceniach, kiedy jeszcze zdarzały się prawdziwe zimy .
    Kim byli ówcześni Pomorzanie: Germanami, jak chcieli niektórzy fachowcy niemieccy, czy Słowianami, do czego przekonują polscy zwolennicy teorii autochtonicznej  – nie da się przesądzić, choćby z powodu braku zachowanych nagrań mowy, jaką się posługiwali.
  • Pewne jest natomiast, że po upływie kolejnego tysiąca lat zaczęto doceniać lecznicze walory miejscowych źródeł solankowych i tworzyć infrastrukturę, pozwalającą zarobić na kuracjach ludzi chorych, oraz hipochondryków. Tak w XIX wieku szybko powstał kurort, z czasem obrastający instytucjami towarzyszącymi, jak tory wyścigów konnych, kasyno, molo, korty tenisowe, czy Opera Leśna.
    W okresie przynależności do Wolnego Miasta Gdańska, Sopot był już zdrojowiskiem o europejskiej renomie, konkurującym w skuteczności drenażu portfeli kuracjuszy z Monte Carlo, Baden-Baden czy Karlowymi Varami.
    Życie kulturalne w owym czasie bogate było w przedstawiane gościnnie wydarzenia odtwórcze, często wysokiej rangi artystycznej, wśród których prym wiodły sławne festiwale wagnerowskie w Operze Leśnej – jednak wybitnych twórców stale rezydujących w Sopocie trudno byłoby wskazać.
  • Sytuacja odwróciła się kompletnie po II wojnie światowej; historyczna zawierucha wymiotła dotychczasowych mieszkańców i osadziła w ich miejsce nowych, wśród których roiło się od postaci noszących głowy w chmurach, potrafiących nie tylko tworzyć dzieła wysokiej kultury, ale też klimat miejsca w niezwykłym stopniu uduchowionego artystycznie.
    Pomocna w tym była zachowana w ogromnej większości tkanka miejska, pozwalająca przybyszom od razu podjąć w miarę normalne życie, w którym reanimowane na siermiężną skalę przybytki gastronomiczne i kulturalne  miały ważny udział.
    Dobrze jest czasem pogadać z sopocianami przy piwie, a gdy się nie da – odwiedzić ich, wspinając się z trudem na zbocza nekropolii przy Malczewskiego.
  • Gdyby istniał obiektywny wskaźnik opisujący relację wpływu miast na życie kulturalne, naukowe, sportowe czy polityczne kraju do liczby mieszkańców tych miast, Sopot znalazłby się z pewnością “na pudle”.
    Wymienianie nazwisk i związanych z nimi dokonań pozostawię licznym poważniejszym i obszerniejszym niż ten blog publikacjom, przypomnę może tylko dla przykładu, że w całkiem nieodległej przeszłości jeden z mieszkańców Sopotu był premierem, a inny w tym samym czasie – prezydentem Polski. Panowie ci potrafili, mimo zasadniczych różnic w poglądach i interesach politycznych, rozmawiać, trącając się przy tym niejednym kieliszkiem wina.
    Drugi z nich miał wszakże (nieuświadomione przezeń zapewne) nieszczęście posiadania brata bliźniaka; stan nieuświadomienia owego nieszczęścia jest zresztą ciągle udziałem z grubsza biorąc połowy polskiego społeczeństwa.
  • Wróćmy wszakże do sopockiej atmosfery z lat sześćdziesiątych XX wieku, gdy raczkował tam polski big – beat, gdy w Non – Stopie zaczynały swoją karierę zespoły o dwukolorowych nazwach (obowiązkowo z czarnym jako jednym z tych kolorów) i legendarni soliści, gdy na hipodromie obstawiano wyniki gonitw w kasach Państwowych Torów Wyścigów Konnych, zaś w zakonspirowanych melinach kwitły inne, nielegalne według ludowej władzy, formy hazardu. Hazard  i szemrane interesy w podziemiu, “Perła Bałtyku” i wódka z zakąską na powierzchni, oraz artystyczny duch unoszący się powyżej – to był Sopot tamtych lat.
  • Każdemu, kto zechciałby wczuć się w tę atmosferę, polecam lekturę książki, która stała się białym krukiem już w momencie wydania. “Derda” to nazwa bardzo popularnej w owym czasie i owym miejscu gry karcianej, którą Autor chciałby przywrócić światu, wyjaśniając jej zasady na tle kryminalnej intrygi i z autopsji znanych mu obrazów Sopotu czasów gomułkowskich. Niech pozostanie tak, że Ryszard Zienkiewicz będzie jedyną wymienioną z nazwiska osobą w tym wpisie, bo jego pasjonacka i bezinteresowna działalność dotykającą tematyki sopockiej (a poza “Derdą” wydał także bazującą na własnych zbiorach monografię “Z pocztowych dziejów Sopotu”), oraz całkowicie niecelebrycki sposób bycia sprawiają, że “po prostu mu się to należało”.
    Na koniec akapitu zostawiam to, co powinno być na początku, to znaczy fotografie okładki pierwszego z wydanych drukiem dzieł Zienkiewicza, oraz ostatnich stron tego wiekopomnego wydawnictwa:
  • Napomknęliśmy dotąd pokrótce o niektórych sopockich przewagach, pozwólcie zatem zakończyć ten artykuł wzmianką o akademickich aspektach życia miasta.
    Powstało tam po wojnie i w większości dotychczas funkcjonuje (chociaż z reguły w zmienionych formach organizacyjnych) wiele poważnych instytucji, jak choćby Instytut Oceanologii PAN i Oddział Geologii Morza , Akademia Sztuk Pięknych, oraz będąca zalążkiem Uniwersytetu Gdańskiego – Wyższa Szkoła Handlu Morskiego.
    Ta ostatnia przyciągnęła niedługo po zakończeniu wojny dwójkę młodych ludzi, którzy – niezależnie od ich planów akademickich – wzięli ślub w sopockim magistracie.

    Nie zdążyłem szczegółowo tego zweryfikować, ale chyba kilka miesięcy przekoczowali w Sopocie, zanim przeprowadzili się do Gdańska – Wrzeszcza, gdzie przyszedł na świat ich pierworodny syn Piotr.
    Domniemywać zatem można, że prawdziwe początki Piotra tkwią w Sopocie, co miasto stara się zaakcentować w widoczny na zdjęciu sposób.

  • Sopot jak zwykle w letnim sezonie pełen jest turystów, którzy w tym roku do tradycyjnego ekwiwalentu pieniężnego za pozyskane tu atrakcje, dokładają jeszcze małe złośliwe wirusy, które oby jak najszybciej pozdychały!
    Bądźmy zdrowi na ciele i umyśle!

Ornitologia

 

Doroczny pobyt nad kaszubskim jeziorem w campingowych przyczepkach, w gronie przyjaciół, a przez jakiś czas – także gromady rodzinnego drobiazgu.
Przy ognisku pomimo starań nie udaje się uniknąć nawiązań do aktualnych tematów. W ostrym cieniu jeziornej mgły jawią się sylwetki kaczek, co skłania do ptasich rozważań, niesionych frazą narodowego eposu:

Gdziekolwiek w Polszcze, gdyście ku górze spojrzeli,
szybował w majestacie piastowski orzeł bielik,
z rozpostartemi skrzydły, co go unosiły
w powietrznych prądach w górę, by nie tracił siły
daremnie, lecz by orlim swym wzrokiem dostrzegał
co dla kraju najlepsze, w czym kraju potrzeba.

Pomny był ptak królewski zniewagi zaznanej
od moskiewskich pachołków: korony zabranej
razem z myśli swobodą tych, co myśleć zwykli,
i jak potem: „Duch zstąpił!” gromkim chórem krzykli,
wkrótce znowu w koronie ptaszysko nam lata,
zaś „ta ziemia” wróciła znów do „tego świata″.

Rychło wszakże w dół patrząc zoczyło ptaszydło,
że dość wielu zwycięzcom zwycięstwo wnet zbrzydło
i poczęli tych drugich darzyć brzydkim śmiechem,
chcąc Lechitom zastąpić Lecha innym Lechem,
krzycząc, że ból ich lepszy i większe zasługi
i że się im należy, choć kraj wpada w długi!

Gdy  spytano o orła narodu połowę,
ta orzekła, by przydać mu skrzydło… drobiowe
w miejsce jednego z orlich, bowiem suwerena
dziwi lot zbyt swobodny, bez usterowienia.
Słysząc to dumny orzeł zasępił się wielce,
że nie daj Bóg, a zechcą nałożyć mu lejce…

I raz jeszcze na “Ducha” obejrzał się bielik,
bowiem dostrzegł go u tych, którzy myśleć chcieli
dla swych dzieci i wnuków o dobrej przyszłości,
o dobrych przodków czynach, o z życia radości.
I uwierzył w odmianę oblicza “tej ziemi”
i w swój lot: znów swobodny, ze skrzydły własnemi!

Na koniec jeszcze inne ptactwo, troszkę czupurne, ale bez podtekstów:

Tępy wzrok fok

Na początek podzielę się spostrzeżeniem pod własnym adresem: nie należy zaczynać pisania czegokolwiek od wymyślenia tytułu, który powinien raczej pojawić się po ukształtowaniu treści tego, co próbuje się napisać.
Tytuł tego wpisu przyszedł mi do głowy jako niezły motyw do rapu w wykonaniu któregoś z pretendentów do prezydentury, ale już następnego dnia naoczna obserwacja wykazała fałszywość tytułowej tezy (mimo to tytułu nie zmieniłem, aby zobrazować ten krótki wywód).
Foki bowiem mają wzrok bystry i myślący (chciałoby się powiedzieć: “ostry”, ale ten przymiotnik w prezydenckim rapie już zaistniał w odniesieniu do rzadkiego zjawiska atmosferycznego, jakim bywa cień mgły), co dane nam było stwierdzić podczas wizyty w fokarium Stacji Morskiej w Helu.

Zaaranżowana w szybkim trybie przez dwie Iwony (zauważam skądinąd, że imieniem tym legitymują się z reguły Panie kreatywne, energiczne, pełne pasji i życzliwości) rodzinna wycieczka pozwoliła nam spotkać osoby o podobnym jak one poziomie entuzjazmu i optymizmu, oraz rzucić okiem na ich dokonania.
Choćby na Muzeum Helu, gdzie ponure bunkry ogromnej baterii artyleryjskiej pasjonaci przekształcili w ekspozycję etnograficzno – historyczno – przyrodniczą, pełną w dodatku wesołego ptactwa i wszelakiej roślinności, albo na znakomicie dla celów ekopoznawczych urządzony czubek helskiego półwyspu.

Półwysep Helski bywał w historii domeną różnych władztw, czasem w całości, czasem zaś “w kawałkach” (o takiej konfiguracji wspomniałem tu).
Rzadko pamiętanym epizodem była podjęta w XVII stuleciu próba stworzenia na nim polskiego portu wojennego, a także datowana na podobny czas katastrofa wiozącego do Gdańska gorzałkę statku “Lübeck” ; symboliczne zaznaczenie bliskości kontaktów obu hanzeatyckich miast, podkreślone “ukaszubioną” nazwą wydmowego wzgórza, przy dobrej pogodzie widocznego poprzez Zatokę Gdańską.


Za czasów przywołanego w poprzednim wpisie napoleońskiego Wolnego Miasta półwysep od nasady po czubek należał do Gdańska, ale kolejne, międzywojenne Wolne Miasto widziało już Hel jako polską, mocno ufortyfikowaną enklawę.
Ten niezwykle burzliwy czas został już w tysiącu źródeł gruntownie opisany i zilustrowany, pozwólmy sobie zatem tylko na krótką i całkowicie amatorską obserwację związaną z pozostałościami ówczesnej architektury (fachowców proszę o wyrozumiałość).
Paradoksalnie imponujące i nowatorskie, modernistyczne rozwiązania płynące z niemieckiej szkoły Bauhausu w dużo mniejszym stopniu odcisnęły się na architektonicznym wizerunku Gdańska, niż budowanej niemal od podstaw przez odrodzone państwo polskie Gdyni, która do dziś jest jednym z największych w świecie (chyba obok Tel Awiwu) skupisk efektownego modernizmu.

Gdańsk międzywojenny hołdował formom bardziej tradycyjnym, ale takie budowle jak obecny Wydział Farmacji GUMed, hotelik Gdańskiej Fundacji Innowacji Społecznej, kościół Chrystusa Króla, czy adaptowana właśnie na apartamentowiec poczta, bronią się ciągle jako niezłe przykłady architektury modernistycznej.

Najważniejszym natomiast w opinii autora obiektem jest wrzeszczańska szkoła mieszcząca II Liceum Ogólnokształcące, stojąca w rodzimym zakątku Güntera Grassa i wspomniana przezeń w “Blaszanym bębenku” .


Wyjątkowość “dwójki” bierze się stąd, że poza formą architektoniczną może się ona poszczycić  wydaniem trzeciego już pokolenia nie byle jakich absolwentów.
Marysia skończyła egzaminy maturalne tuż przed urządzeniem w szkole komisji wyborczej, jej Mama i Dziadek – odpowiednio wcześniej.

A wybory o tak wielkiej wadze, że nawet Lechia Gdańsk trzyma kciuki za Legię Warszawa. Wkrótce okaże się, czy skutecznie.

 

2 x Wolne

Domyślacie się zapewne po lekturze poprzedniego wpisu, że w tytule chodzi o Wolne Miasto Gdańsk. Dubeltowy mnożnik przypomina zaś o tym, że status wolnego miasta Gdańsk miał w historii dwukrotnie, o czym napomknę jeszcze później.
Odwiedziliśmy w kwietniu najdalej na wschód i na zachód wysunięte punkty granicy WMG (tego nowszego, z lat 1920 – 1939) w Przebrnie i Połęczynie, spójrzmy więc na czubki wystające w kierunku pozostałych dwóch głównych kierunków róży wiatrów.
Na zdjęciach powyżej – ujście potoku Swelinia, który jest chyba sopockim Kamiennym Potokiem, a w każdym razie – z całą pewnością stanowił w okresie międzywojennym granicę między Wolnym Miastem Gdańsk, a przyznanymi Polsce terenami, na których rychło zaczęła kwitnąć Gdynia.
Łatwe do osiągnięcia piechotą lub rowerem miejsce (najprościej – “Aleją Wisielców” od Grand Hotelu), bywało także punktem granicznym w różnych konfiguracjach odleglejszej miejscowej historii.
O barwnych epizodach i wyjątkowych kuracyjnych klimatach Sopotu napiszę coś niebawem, podobnie jak o fenomenie pobliskiej Gdyni.
Tymczasem wyruszmy na południe. Niedalekie wprawdzie, ale w maju świecące i pachnące połaciami rzepaku, z którego pszczoły robią miód, a ludzie – olej kuchenny i biopaliwa.
Najpewniej dlatego gminna wieś na skraju Żuław nosi brzęczącą nazwę Pszczółki (aczkolwiek w czasach przynależności do Prus, a potem W.M.Gdańska nazywała się Hohenstein – absolutnie bez polotu). 
Z Pszczółek warto zboczyć odrobinę na zachód, dobrą ścieżką rowerową urządzoną na trasie dawnej linii kolejowej, aby po kilku kilometrach i przejechaniu pod autostradą A1 trafić do pradawnego folwarku Żelisławki, szczycącego się nieźle zachowanym pałacem i parkiem, oraz – nieczynną niestety – gorzelnią.

Za Pszczółkami, jadąc na południe wzdłuż drogi krajowej nr 1, mija się kolejny punkt granicy polsko – gdańskiej, będący tuż przed wybuchem wojny miejscem jednego z wielu epizodów prowokacyjno – propagandowych, okupionego śmiercią polskiego żołnierza z lokalnego posterunku. Linia graniczna zmierzała tu w kierunku niedalekiej już Wisły, wzdłuż której biegła na południe, pozostawiając po polskiej stronie Tczew, a po gdańskiej – Żuławy.

Nie da się przejechać Wisły w samym Tczewie, bo zabytkowy stary most jest (na szczęście, bo już się sypał) w remoncie, więc trzeba to zrobić kilka kilometrów za miastem, przez most w Knybawie.
Zbudowany on został na początku wojny jako element autostrady Berlin – Królewiec, o poprowadzenie której przez tereny polskie toczyła się awantura, będąca dla pewnego niewysokiego jegomościa z grzywką i wąsikiem jednym z pretekstów do najazdu na Polskę w 1939 roku.
Pas nośny tego mostu widać na bliższym planie zdjęcia Tczewa, zrobionego z odległych o ponad 10 km w linii prostej Mątowów Wielkich (a może Mątów, lub Mątowych? – pytanie do polonistów), słynnych głównie jako miejsce urodzin błogosławionej/świętej (w zależności od przekonania czczących ją wyznawców) Doroty .

Wąskie i dość kręte, ale puste i dzięki temu przyjazne żuławskie drogi, prowadzą wzdłuż potężnego wiślanego wału w kierunku Białej Góry, mijając po drodze Piekło – wioskę znaną jako mała polska enklawa na pruskich, a potem gdańskich Żuławach. W latach trzydziestych XX wieku stanął tam budynek polskiej szkoły, okazale prezentujący się za polem rzepaku.
Biała Góra to miejsce ciekawe, bo:
1. w XIX wieku powstał tu imponujący zespół śluz, regulujących rozdział wód pomiędzy Wisłę a Nogat w związku z wielowiekowymi zatargami Gdańska i Elbląga w tej sprawie,
2. w średniowieczu funkcjonował tu ważny gród warowny Zantyr, będący zwłaszcza w XIII wieku przedmiotem napaści, obron i transakcji pomiędzy kotłującymi się intensywnie w różnych konfiguracjach plemionami Pruskimi, książętami piastowskimi, książętami pomorskimi, krzyżakami i innymi zakonami, a nawet władcami saskimi czy czeskimi . Nic z tego grodziszcza nie zostało, lecz archeolodzy starają się przynajmniej w miarę dokładnie odtworzyć jego lokalizację i zarysy.
3. w ostatnich latach urządzono w Białej Górze efektowną przystań, zamykającą świetne wodniackie przedsięwzięcie – “Pętlę Żuławską”
4. tu w końcu znajdował się w latach międzywojennych styk trzech granic: polskiej, niemieckiej i Wolnego Miasta Gdańska, będący najdalej na południe położonym punktem tego ostatniego, no i celem naszej wycieczki.

Znalazłszy się spory kawał drogi od domu, postanowiliśmy dołożyć jeszcze trochę kilometrów, aby poprzez przepiękną krainę kiepskich nawierzchni, czyli opisywany już kiedyś na tych niepapierowych łamach Oberland , dotrzeć do miejsca wiążącego się z historią pierwszego z tytułowych Wolnych.
Trzeba było w tym celu przemknąć przez więzienny Sztum, potem Kwidzyn – słynący najdłuższym ponoć na świecie gdaniskiem (czyli murowaną sławojką z prowadzącym do niej korytarzem), czy równie krzyżackie w charakterze kościelno – zamkowych “projektów typowych” Prabuty.

Nawiasem mówiąc to okolice, na których w połowie 1920 roku przeprowadzono wyjątkowo niefortunny dla Polski plebiscyt, wskazujący na wolę przytłaczającej większości mieszkańców pozostania w granicach Prus/Niemiec.
O jeszcze jednej krzyżackiej ciekawostce trzeba wspomnieć: w Przezmarku jest zrujnowany zamek, który z powodzeniem stara się ożywić obecny właściciel.  Pan ów dla uwiarygodnienia przedsięwzięcia dopisał sobie przed polskim nazwiskiem “von”. Warto zajechać i posłuchać entuzjasty!


No i nareszcie docieramy tam, gdzie najpewniej została dopracowana koncepcja pierwszego Wolnego Miasta Gdańska. Cesarz Napoleon, jeden z największych geniuszy politycznych i strategiczno – wojskowych wszechczasów, a co się z tym nieodzownie wiąże – jeden z największych niegodziwców wszechczasów, piorąc Prusów (ale już tych nowożytnych, czyli raczej Prusaków, a w każdym razie – obywateli Królestwa Prus) oraz Rusów w kampanii 1807 roku, zakwaterował wraz z całym dworem w Finckenstein, zwanym obecnie Kamieńcem. (Zwróćcie proszę uwagę, że na ogrodzeniu zrujnowanego pałacu, oprócz przywołującej historię, marmurowej inskrypcji napoleońskiej, widnieje też przywołująca dzień dzisiejszy szmaciana inskrypcja dudowa, zachęcająca miejscową ludność do odnowienia kadencji nominalnego szefa państwa polskiego).

Mały Korsykanin miał podczas tego trwającego od kwietnia do czerwca 1807 pobytu dwa strategiczne cele: spędzić mile czas z Marią Walewską, a w wolnych chwilach – uporządkować według swej wizji sprawy wschodniej Europy. Epizodycznie grywał też w oczko, o czym przypomniał niedawno niezrównany szperacz w dziejach Gdańska i okolic Pan Andrzej Januszajtis, przywołując arcyciekawe pamiętniki Józefa Wybickiego, jednego z karcianych partnerów Jego Cesarskiej Mości. Napoleon wykroił także dwa dni na odwiedzenie zdobytego właśnie przez swoje wojska Gdańska.
Niedługo po tym wydarzeniu podpisany został  pokój w Tylży, którego jednym z ważnych ustaleń było powołanie Wolnego Miasta Gdańska. Żywot tego tworu był wszakże równie nietrwały jak francuskiego cesarstwa i skończył się w myśl postanowień Kongresu Wiedeńskiego w 1815 roku.


Doczytując zapomniane, lub nieznane mi informacje dotyczące dwóch “wolnomiejskich” gdańskich epizodów, łatwo znajduję tak paralele, jak i przeciwstawności obu sytuacji. Z punktu widzenia historycznego laika wyglądają one z grubsza tak:
1. W 1807 roku Francuzi z entuzjazmem umierali za Cesarza, co w opisywanym tu przypadku oznaczało, że również za Gdańsk (podczas oblężenia miasta, a kilka lat później – przy obronie przed jego odbiciem przez Prusaków i Rosjan).
W 1939 roku Francuzi, zobowiązani do pomocy Polsce wobec niemieckiej agresji, demonstrowali pod hasłem “nie chcemy umierać za Gdańsk”. Jak wiadomo Niemcy nie dali im wówczas wiele czasu na demonstracje, najeżdżając Francję niewiele miesięcy po Polsce.
Ciekawą klamrą czasową jest wojskowy cmentarz francuski w Gdańsku, na którym leżą jeńcy z czasu II wojny światowej, a który został urządzony w przypuszczalnym miejscu pochówku żołnierzy napoleońskich, poległych przy zdobywaniu miasta w 1807 roku.

2. Gdańszczanie z dużą niechęcią odnosili się do narzucanego im statusu “Wolnego Miasta”, bo zarówno za Napoleona po traktatach w Tylży, jak i za Ligi Narodów po Traktacie Wersalskim, odczuwali w dotkliwy sposób ekonomiczne i polityczne rezulaty stanu rzeczy. Stąd ich westchnienie ulgi po upadku Napoleona i Kongresie Wiedeńskim (mimo, że później przez sporo lat jeszcze pod władzą pruską w mieście średnio się działo), i wręcz entuzjazm dla wcielenia Gdańska do III Rzeszy we wrześniu 1939 roku.
3. Gdańsk w ciągu tysiąca lat istnienia  był, z uwagi na swoje strategiczne położenie u ujścia Wisły, przedmiotem pożądania sił stanowiących władztwo w tym rejonie, bądź do tego aspirujących. W tym czasie kształtowała się powoli miejscowa społeczność, asymilująca obyczaje i kulturowe zachowania napływających przez wieki najróżniejszych grup ludnościowych, ucierając w końcu unikalną “gdańskość”. Wszystko to działo się w sposób ewolucyjny, choć oczywiście nie wolny od mniej lub bardziej dotkliwych wstrząsów. I nagle ten tysiącletni proces został wskutek niesnasek pomiędzy Berlińczykiem Z Niewielkim Wąsem, a Moskwiczaninem Z Wąsem Sumiastym (aczkolwiek żaden z tych s-synów nie pochodził oryginalnie z wymienionych metropolii) ucięty niemal z dnia na dzień, a Gdańszczanie, którym udało się przeżyć, uciekali pozostawiając za sobą dorobek kilkudziesięciu pokoleń.
Ten sam wir historii osadził tu Nowych, którzy przynieśli to co mieli i znali, i którzy – na szczęście – zaczęli dodawać do tego to, co odgrzebali po swoich poprzednikach.
Wybaczcie parę zdań zadumy, ale my właśnie z tych Nowych, którzy starają się odgrzebywać i dodawać.
4. Ucinam te rozważania, żeby się nie zagalopować i kończę artykuł dwoma limerykami, nawiązującymi do nazw geograficznych, które w nim wystąpiły.
Dzieła te mogą stanowić też wprawkę ortograficzną dla Młodzieży, która w najbliższych dniach, z wirusowym poślizgiem, zacznie zmagać się z egzaminami maturalnymi,oraz tymi kończącymi szkołę podstawową. Kopa w tyłek na szczęście, Kochani!

  • Animator spółki „Srebrna”
    dźgnął piach szpadlem koło Przebrna,
    bo oprócz dwóch wież
    ten myśliciel też
    coś w poprzek Mierzei przedsiębrał
  •  Gdy klawiszowi ze Sztumu
    całkiem zbrakło rozumu,
    to wlazł na słup
    i na dół – duuup!
    przez co wyróżnił się z tłumu

 

Co będzie?


Jest inaczej. Świat przywdział maseczkę i przycupnął w oczekiwaniu na rozwój sytuacji. Zastanawia się, co będzie po. Co będzie, kiedy uda się w końcu zwalczyć najróżniejsze toczące ludzkość patogeny, no i co zrobić aby je zwalczyć.
W zastanawianiu się co będzie po, starają się światu pomóc ludzie, których zawodem, powołaniem, umiejętnością, czy namiętnością jest przepowiadanie przyszłości.
Wasz szczerze oddany bloger nie zalicza się do żadnej z wymienionych kategorii; zarówno w swoich rozmyślaniach, jak i pisaninie stara się ograniczać do teraźniejszości i przeszłości, ciesząc się tym co jest,  a futurystykę pozostawiając fachowcom i hobbystom.


Zaledwie kilka tygodni temu wynalazki pozwalające widzieć i słyszeć się na odległość były urozmaiceniem, ciekawostką i atrakcją, służącą głównie rozrywce.
W czasie Świąt Wielkanocnych 2020 stały się narzędziem, dzięki któremu jakie takie kontakty rodzinne i przyjacielskie w ogóle mogły być podtrzymywane. (Pisanki roboty Marysi M.)
To były święta Skype’a, WhatsApp-a, Zoom-a i innych cudów nowoczesności, które poza świętami pozwoliły także wielu dorosłym pracować, a dzieciom – uczyć się.
Okazały się też być wyjątkowo przydatnym medium do transmisji tysięcy memów, filmików i dowcipów (czasem śmiesznych – niektóre widnieją w tym wpisie), których wysyp tradycyjnie następuje, gdy naród jest w opresji.
Pozwólcie zatem, że tak, jak wszyscy oklaskują zasłużenie ofiarnych medyków, ja poświęcę porcję oklasków wynalazcom środków komunikowania się, dających nam namiastkę dotychczasowej swobody życia.

 

 


Pandemiczna rzeczywistość w radykalny sposób każe rewidować plany podróżnicze, sprzyjając krótkim wypadom w bliskie okolice, gdzie zawsze trafi się na ciekawostki nieznane, albo warte przypomnienia.
Mija właśnie sto lat od czasu, kiedy na mocy ustaleń Traktatu Wersalskiego Gdańsk i okolice uzyskały status mający być kompromisem dla poobijanych dramatem I Wojny Światowej narodów tej części Europy.
Tę okrągłą rocznicę  uznaliśmy za kolejny, obok epidemicznych ograniczeń w poruszaniu się powód, żeby pomyszkować nieco blisko domu, odnajdując ślady z  historii  Wolnego Miasta Gdańska.
Zaczęliśmy od miejsc, w których zachowały się oryginalne słupy graniczne, lub też ustawiono ich repliki.
Najdalej na zachód granica WMG oddzielała ten wersalski twór od polskich Kaszub i sięgała wioski Połęczyno, gdzie niedawno zaaranżowano turystyczny kącik ku pamięci.
Granicząca z Kaszubami część Wolnego Miasta tworzyła powiat zwany Gdańskimi Wyżynami (Danziger Höhe), na których bystrooka i zręcznoręka Żonna dostrzegła i utrwaliła na różowym kartoniku kilka uroczych obiektów.

Na gdańskich wyżynach było, jest i będzie pięknie.

 

 

 

 

Żeby znaleźć się na wschodnim krańcu Wolnego Miasta trzeba dobrnąć do Przebrna. Ówcześni mieszkańcy Gdańska, generalnie posługujący się językiem niemieckim, woląc uniknąć “brnięcia do Przebrna”, po prostu udawali się do Pröbbernau. Granica tam biegnąca przecinała Mierzeję Wiślaną, pozostawiając jej wschodnią część Rejencji Królewieckiej , składowej części Prus Wschodnich, czyli – nie wchodząc w szczegóły – Niemiec. Zachowane słupy graniczne mają zatem z jednej strony wyryte “FD – Freie Danzig”, a z drugiej “D – Deutschland”.

Nawiązując do tytułowego pytania “Co będzie?” odpowiadam: nie wiem.
Wszystko jednak wskazuje na to, że będzie przekopana Mierzeja Wiślana, blisko wspomnianego wyżej Przebrna, do którego chcąc dobrnąć trzeba poczekać, aż będzie luka pomiędzy wielkimi wywrotkami z przekopowym urobkiem.
Wszystko przez kilka ruchów łopatą pewnego upartego paranoika, w którego wyobrażeniach przewijają się ponoć lotniskowce polskiej marynarki, przemieszczające się z Bałtyku na Zalew Wiślany, aby odstraszyć kogo trzeba.


Uparciuszek ów prowadzi aktualnie pod osłoną maseczek przeciwwirusowych manewry lądowe mające oskrzydlić, osaczyć, nastraszyć, a w końcu zbawić naród. Efekty tych manewrów opiszemy, gdy to co będzie stanie się tym co było i co jest. I gdy niektórzy z uczestników tych manewrów będą mogli spokojnie przeglądać się w lustrze, a inni – raczej zastosują wybieg samouspokajający.

Wątek wolnomiejski czy szerzej – gdański, poprzeplata nam się pewnie w kolejnych wpisach do czasu, kiedy uda się wyruszyć gdzieś dalej. Nie będziemy się do tego jednak śpieszyć, bo wątek jest fascynujący, czego jednym z dowodów – opowieść znanej lekarki od zwalczania patogenów, Pani Doktor Haliny Imielińskiej. Warto posłuchać!

Towarzysze

Tytuł wpisu mógłby sugerować cytaty z przemówień przywódców z niemiłej przeszłości, a może też (oby nie!) z niedalekiej przyszłości.
Może też nasuwać na myśl, powiedzmy, towarzyszy broni, towarzyszy niedoli, towarzyszy partyjnych (o nich wspomnę jeszcze niżej), towarzyszy pracy, czy towarzyszy polowań. Główny motyw jest jednak inny.


Na myśli mam bowiem w pierwszym rzędzie towarzyszy podróży, których wielu zdarzyło się mieć na przestrzeni lat i zakątków świata.
Próbuję przypomnieć sobie wszystkich – to trudne – ale z pewnością mogę powiedzieć, że nie zdarzyło mi się trafić na nikogo, kto pozostawiłby złe wspomnienie. Nie wiem, jak to wygląda z drugiej strony w spojrzeniu na mnie, ale ja zawsze miałem szczęście, zawsze trafiałem na Ludzi. Nawet nieliczne samotne podróże sprawiały mi przyjemność, chociaż to ciut nieskromne stwierdzenie.
Najczęściej oczywiście podróżujemy z Żonną, i bez względu na to, czy jesteśmy na dalekiej wyspie, czy pod Żukowem – ciągle mamy chęć wybrać się gdzieś znowu razem.
Jak wspomniałem, trudno byłoby wyliczyć wszystkich, z którymi gdzieś się wędrowało, ale wszystkim jestem winien wdzięczność i wyrazy sympatii.
Ci, o których myślę i którzy to czytają, wiedzą, że te ciepłe słowa są do nich skierowane.


Muszę jednak zrobić uzasadniony wyjątek i wymienić dwie Osoby – jedną Parę.
Od lat miewamy przywilej zwiedzania różnych bliższych i dalszych stron razem z Marzeną i Januszem. Przebyliśmy wspólnie sporo mil i to nas łączy.
Łączy nas też przyjaźń, no i to, że dzięki ich medycznej fachowości w ogóle może być mowa o naszych wspólnych podróżach.
Mija właśnie rocznica z zerem na końcu, odkąd ci nasi Towarzysze wędrują w mał-żeńskim stadle, więc akapit ten można uznać za okolicznościowy, gratulacyjno – dziękczynny.


Gdańsk był w ostatnich dniach centrum obchodów trzydziestej rocznicy wyborów 4 czerwca. Zjawiły się dziesiątki tysięcy ludzi świadomych tego, że ów obarczony wieloma niedoskonałościami akt, stanowił jednak epokowy przełom w historii kraju. Setki spotkań i imprez wokół Europejskiego Centrum Solidarności, na Długim Targu i w innych punktach miasta (tak jak w wielu innych miejscach w Polsce) były dla ich uczestników areną dla okazania satysfakcji z tego, co udało się zrobić, ale przede wszystkim – demonstracją przywiązania do wolności, w każdym rozumieniu tego słowa. Panowała radość, życzliwość i uśmiech.


W przeddzień kulminacji obchodów do Gdańska pofatygował się tow. premier z liczną obstawą, oraz mniej lub bardziej zamierzoną intencją obrażenia mieszkańców poprzez zlekceważenie zaproszenia gospodyni miasta do spotkania i rozmowy. Delegacja partyjno – rządowa ominęła wzrokiem świętujące obok tłumy ludzi i rychło wyjechała, pozostawiając na opustoszałym z wrażenia placu Solidarności kilka wiązek z dedykacjami od co ważniejszych towarzyszy.

Jak wyjaśniono, powodem przyjazdu ekipy w ciemnych limuzynach do historycznej stoczniowej sali BHP w Gdańsku była przypadająca równolegle rocznica pobytu papieża Jana Pawła Drugiego w Częstochowie. Może nawet słusznie, bo rola papieża Wojtyły w ciągu zdarzeń prowadzących do wyborów 4 czerwca była ogromna, ale z drugiej strony – dziejące się ostatnio nadużywanie i rozmienianie na drobne pamięci tej wybitnej postaci musi budzić sprzeciw. Skądinąd jednak sam się do tego pośrednio przyczynił, będąc głównym animatorem polsko – watykańskiego konkordatu.
Owo szkodliwe przeplatanie się sfery publicznej z religijną widać na każdym kroku, począwszy od szacownego kompleksu sejmowo – senackiego w Warszawie, który mieliśmy możność zwiedzić dzięki zaproszeniu posłanki Małgorzaty Ch., pomorskiej parlamentarzystki, łączącej w sobie najlepsze cechy zarówno Mał-gorzaty, jak i Mistrza (na zdjęciu obok – poselska dłoń w trakcie prezentacji makiety nieruchomości parlamentarnej przy Wiejskiej w Warszawie).
Wspomnę, że przed laty Mał-gosia bywała nam dobrą towarzyszką zwariowanych podróży, a przed kilku dniami – zechciała być inicjatorką i przewodniczką naszej niezwykłej eskapady do “tu i teraz”.
Spędziliśmy w parlamencie jeden dzień, korzystając też z noclegów w przywołującym dawne, PRL-owskie klimaty, Domu Poselskim.
Okoliczność ta pozwoliła nam zerknąć za kulisy teatru, którego scenę zdarza się oglądać w medialnych przekazach (sposobność szczególna zwłaszcza dla unikają-cych kontaktu z ekranem telewizyjnym).
Obiektyw kamery ma właściwość przekazywania obrazu w sposób dający złudzenie większej przestrzeni i szerszej perspektywy, niż to jest w rzeczywistości (wie to każdy, kto mógł porównać na przykład mecz piłkarski oglądany na stadionie z tym transmitowanym w telewizji). Także obraz pomieszczeń Sejmu jest w naturze bardziej kameralny niż na ekranie; wszystko jest jakoś bliżej.
Można na wyciągnięcie ręki, czy to na sali plenarnej, czy w sejmowej restauracji lub barze, mieć plejadę znakomitości uwijających się w ostatnich latach przy “dobrej zmianie” szkolnictwa, obronności, sądownictwa lub kultury.

Można podziwiać sprawność Marszałka Sejmu, dyrygującego odrzucaniem wszelkich wniosków opozycji w kilkunastosekundowych sekwencjach i przeglosowywaniem w równie szybkim tempie mniej lub bardziej udatnie spisanych Myśli Wiadomo Kogo. Ukaz uchwalon, wydrukowan i wdrożon. 

Można, a nawet należy, być pod wrażeniem umundurowania i wytrenowanej musztry Straży Marszałkowskiej, która nie skąpi oddawania honorów nawet najskromniejszym z mijających ją osób.

Nie sposób pominąć też milczeniem wrażenia, jakie robi bateria kamer telewizyjnych, przekazujących światu szerszy niż w naturze obraz, uzupełniony błyskotliwymi wypowiedziami polityków, oraz opatrzony stosownymi do struktury właścicielskiej kamer, komentarzami.

Co rusz trafia się też na bardziej przytulne, niż to widać na ekranach, elementy wizualne, czy też zakątki będące, na przykład, siedliskami groźnych komisji śledczych.


Towarzysze partyjni – termin dość smętnie kojarzący się z niezbyt twórczą, drobnokoniunkturalną społecznością, zgromadzoną w organizacjach politycznych zarządzanych autorytarnie przez osobników o skłonnościach wodzowskich po to, aby wodzów wspierać mową i uczynkiem (myślą, zwłaszcza wolną, już niekoniecznie).
W parlamencie grupują się ich setki; pełnią mniej lub bardziej ważne funkcje, ale ich mentalność czyni z nich wyłącznie wykonawców woli Ścisłego Kierownictwa.
Wkrótce będzie okazja do zmniejszenia ich liczebności w parlamencie – trzeba z tej sposobności skorzystać!

 

 

 


 

Śledztwo

Nie lękajcie się; ten wpis nie będzie o głośnych dochodzeniach, prowadzonych przez niezależne organy śledcze, lub jeszcze bardziej niezależne śledcze komisje.
Ten wpis będzie o śledziach, a jego inspiracją – kolejny przejaw licznych talentów Permanentnej Współpracowniczki autora, zilustrowany poniżej (nie zwyczajowym szkicem, lecz fotografią):
Słój zawiera, jak widać, śledzie podsmażane, zalane marynatą octową z dodatkiem niezbędnych przypraw i warzyw. Smaku tych śledzi nie podejmuję się opisać w odpowiednio wzniosłych słowach, nie wspomnę też czym należy je koniecznie popijać, bo wśród Czytelników zdarzają się osoby nieletnie.
Śledzie przyrządzone na sposób widoczny powyżej, jak też na dziesiątki innych sposobów (wliczając w to nieznanego Japończykom śledzia po japońsku), są od niepamiętnych czasów jednym z fundamentów diety wielu ludów, dostarczając masy odżywczych składników, jak też frajdy dla podniebienia.
Skandynawowie cenią sobie nawet potwornie śmierdzącego śledzia kiszonego, ale są w tym upodobaniu odosobnieni. Mało tego, niektórzy badacze przypisują wręcz zjawisko cyklicznych fal odpływu ludności z terenów skandynawskich (Goci, Wikingowie) nadmiernej wrażliwości węchowej części tamtejszej populacji; teza ta bywa podtrzymywana przez tych, którym zdarzyło się być w polu rażenia otwieranej puszki “surströmming”.
Szczęśliwie sieć internetowa nie jest w stanie transmitować zapachów, więc oddychajmy swobodnie!

Śledzie łowi się pod koniec zimy, co ma  związek z biologicznym rytmem  ich rozrodu, oraz wynikającą z niego migracją ławic. Szczęśliwie sezon migracji ławic śledziowych następuje przemiennie z sezonem migracji mas wczasowych. Dzięki temu rybacy, będący zazwyczaj jednocześnie właścicielami pensjonatów, budek z goframi, czy lokali disco – polo w nadmorskich kurorto – portach, są w stanie zająć się zarówno śledziami, jak i wczasowiczami.
Jak wygląda porto – kurort poza sezonem wczasowym można się przekonać zerkając na zdjęcie wyludnionego deptaka w Łebie, którego przebycie w letnie popołudnie wymaga ponoć znacznej krzepy i kondycji. W przystani rybackiej zaś zimą ruch, a świeże śledzie do kupienia prosto z burty.


Dzisiaj tłusty czwartek, więc czas zaprezentować kolejne dzieło Żonny, zanim zostanie wchłonięte przez czekającą od roku na ten moment rodzinę. Tłusty czwartek zwiastuje wszelako rychłe nadejście chudych tygodni, które czekają nas już od przyszłej środy, następującej po kończącym czas karnawału wtorku, zwanym, jak wiadomo – śledzikiem. Jest to moment czasowego triumfu postu w jego odwiecznej wojnie z karnawałem.


Chwila zatem właściwa dla krótkiego uzupełnienia śledztwa, czyli tutaj – śledziowych opowiastek. Wspomnieć bowiem trzeba koniecznie, że niepozorna z postury ryba, łowiona i zjadana w wielkich ilościach, stała się fundamentem bogactwa i potęgi tych, którzy potrafili ją złowić, zakonserwować i dostarczyć chętnym. A że chętna była cała Europa, zwłaszcza północna, to na połowach śledzi i handlu nimi (oraz solą, której tysiące ton były potrzebne do zakonserwowania ryb) wyrosły bogate miasta, jak choćby Amsterdam, Bergen, czy też potężne organizacje handlowe z Hanzą na czele.
Jak Hanza zaś – to Bałtyk, który od zawsze dostarczał mnóstwa srebrnych ryb, aż w ostatnich latach dostał w tym względzie zadyszki, bo śledzie zaczęły być zjadane szybciej, niż się mnożyły.
Pewnie też z tego powodu stracił cierpliwość i walnął niedawno takim sztormem, że aż żal było patrzeć na łebskie wydmy:



Wizerunek widoczny powyżej nie jest lokowaniem produktu (n.b. nędznej jakości PRL-owskiej konserwy rybnej, gdzie nadużyto dumnej nazwy “po gdańsku”), a jedynie przypomnieniem faktu odwiecznych związków śledzia z Gdańskiem.
Śledzie łowili lokalni rybacy (zresztą do dzisiaj głównym łupem wędkarzy moczących kije u ujścia Martwej Wisły są śledzie); w miarę wzrostu popytu dowożono je też z rejonu Półwyspu Helskiego, czy Zalewu Wiślanego. Jeden z ważniejszych kanałów meliorujących Żuławy nazywa się zresztą Śledziowy – ponoć dlatego, że stała tu dawno temu słynąca przysmakami śledziowymi karczma.
Od XVI wieku, kiedy w Gdańsku wzmocniły się wpływy holenderskie, podjęto na dużą skalę import matjasa (młode śledzie z Morza Północnego), z przeznaczeniem na rynki Rzeczpospolitej Obojga Narodów. To pewnie w tamtych czasach śledzie rozpowszechniły się także daleko od morza, po gór szczyty, gdzie nauczono się je niezgorzej przyrządzać. Tak jak choćby spróbowaną niedawno przez nas w południowej Polsce przekąskę, łączącą cechy rolady i carpaccio, zachowującą wszakże śledziowe walory co do smaku.

Były zatem śledzie jednym z głównych asortymentów, którym handlowano przez wieki na gdańskim Targu Rybnym, podobnie jak na jarmarkach we wszystkich zakątkach północnej Europy.

 


Śpiewało się dawniej na rajdach i imprezach studenckich “Alfabet”, którego zwrotka na “S” szła tak:
“Surdut jest to ubiór kusy – słoń ma jaja jak globusy”
Przyszła mi do głowy nowa wersja:
“Srebrzą śledzie się w Bałtyku – Srebrna źródłem jest srebrników”,
jednak szybko uznałem, że oryginał jest lepszy. 


Na koniec krótkich refleksji w długim, lecz niewesołym (przynajmniej w Gdańsku) karnawale, zachęta dla tych, którzy zmierzali by szosą z Lęborka do Łeby:
zatrzymajcie się na chwilę we wsi Białogarda, bo była to swojego czasu stolica jednego z rozlicznych pomorskich ksiąstewek .

Białogarda i jej XIII-wieczny epizod ośrodka władzy księcia Racibora, to przyczynek do przypomnienia sobie arcyciekawych dziejów Pomorza i jego książęcych dynastii, usiłujących poprzez sojusze, bądź wojny z Polską piastowską, Krzyżakami, Brandenburgią, czy Danią, utrzymać status jako tako niezależnego tworu państwowego – z marnym końcowym skutkiem, jak wiadomo.
To jednak temat na inne opowieści, aczkolwiek nie ulega wątpliwości, że Pomorze w tamtych czasach żywiło się także śledziami, co niech będzie usprawiedliwieniem niniejszej wzmianki w tym wpisie.