Masło irlandzkie II

Na początku kolejnej partii rozpoczętych w ubiegłomiesięcznym wpisie irlandzkich migawek, postaram się głębiej uzasadnić ich tytuł.
Wiadomo powszechnie, że masło jest jedną ze specjalności wyspiarskiego kraju, bo jest smaczne i jest go dużo.
Błędem byłoby jednak mniemanie, że nadaje się ono tylko do smarowania chleba.

Wyobraźcie sobie Państwo łódź z wikliny, pokrytą skórami, zbudowaną w szóstym wieku dla podjęcia dalekomorskich wypraw.
Łódź oczywiście przecieka, ale po nasączeniu skór roztopionym masłem – staje się szczelną konstrukcją, o dużej dzielności morskiej.
Taką właśnie jednostkę zbudował irlandzki mnich, św. Brendan, i na niej odbył swoje półlegendarne podróże, odkrywając i eksplorując szereg wysp i wysepek brytyjskich, Hebrydy, Orkneye, a nawet ponoć docierając do Islandii i Ameryki Północnej.

Te globtroterskie przedsięwzięcia stały się we wczesnym średniowieczu, bez względu na fakty (nieostre za mgłą domysłów i legend), osnową dla hagiograficznej opowieści “Podróż Świętego Brendana”, która wzmacniając wcześniej już ugruntowany kult jej bohatera, przyczyniła się do uznania go patronem żeglarzy i podróżników.

Łatwo zatem zrozumieć, dlaczego jednym z pierwszych miejsc które postanowiliśmy odwiedzić w Irlandii było Clonfert, szczycące się posiadaniem katedry Św. Brendana, w której ponoć został on pochowany (grobu dotychczas nie znaleziono, może dlatego, iż sędziwy mnich zadbał przed swoim odejściem w zaświaty, aby przypadkiem nie pokrojono jego truchła na relikwie; ten odrażający, trącący kanibalizmem proceder, kwitnie niestety do dnia dzisiejszego ).

Katedry – wiadomo – wymagają sporego dystansu lub szerokokątnego obiektywu, aby można je było ująć na zdjęciu, no i oczywiście z reguły są ozdobą dużych miast.
Clonfert tymczasem okazało się być niewielką wioską, zaś rozmiary Brendanowej katedry przystają raczej do gabarytów wiejskiego kościółka, według polskich standardów naturalnie.
Małe wszakże bywa piękne, a w tym wypadku emanuje też niezwykłą aurą spokoju niezakłócanego przez turystów, którzy z rzadka tu trafiają.
Opiekująca się świątynią pani, którą zastaliśmy akurat na miejscu, wpuściła nas też do dawnych ogrodów opuszczonego żeńskiego klasztoru, będącego kiedyś jednym kompleksem z katedrą. Czarodziejskie miejsca.

Patron żeglarzy i podróżników, św. Brendan, postać mało do niedawna znana nad Wisłą, doczekał się jednak w ostatnich latach uhonorowania poprzez umieszczenie jego wizerunku w rzeszowskiej farze (więc nie nad Wisłą wprawdzie, a nad Wisłokiem).
Doprowadził do tego Andrzej “Tourbanik” – może jeszcze nie patron, ale na pewno już guru polskich obieżyświatów, skądinąd wykazujący fizyczne podobieństwo do wyobrażonego na wspomnianym konterfekcie Brendana (lub odwrotnie).
Z braku pewności co do faktycznego wyglądu twarzy świętego irlandzkiego mnicha, Żonna ograniczyła się tutaj do popełnienia alegorii, obrazującej go od tyłu.


Maślane tropy irlandzkie zawiodły nas niepostrzeżenie w stronę jeszcze jednej wyspiarskiej domeny, mianowicie irlandzkiego monastycyzmu – zjawiska o istotnym wpływie na dzieje wczesnośredniowiecznej Europy.
Powstało na ten temat wiele mądrych rozpraw, ale z żadnej nie wynika jednoznaczny wniosek objaśniający, dlaczego akurat na tej dość odizolowanej od ówczesnego głównego nurtu europejskiej cywilizacji wyspie, doszło w połowie pierwszego millenium do istnej erupcji aktywności intelektualnej, bazującej na mnożących się tam licznie ośrodkach życia klasztornego.
Zaistniała wówczas w Irlandii nowatorska forma mniszej reguły, oparta na prostym pomyśle zagospodarowania czasu wolnego od ascetycznych praktyk religijnych dla potrzeb zgłębiania wiedzy doczesnej, a także jej opisywania za pomocą pracowicie przyswajanej sobie łaciny (wspomniane wyżej peregrynacje św. Brendana i późniejsze ich opisy, to niezły tego przykład).
Poruszając się po wyspie nie sposób ominąć licznych pozostałości po wczesnośredniowiecznych klasztornych centrach religijno – naukowo – kulturalnych, jak choćby resztki kompleksu w Clonmacnoise.

Łatwo zauważyć, że zdjęcia zamieszczane w irlandzkiej relacji są w większości szarawe, pozbawione gry światła i cienia, jednym słowem – pochmurne.
Sorry, taki mają klimat!
Mimo niedogodności ekspozycyjnych widać jednak wyraźnie elementy charakterystyczne dla tamtejszej chrześcijańskiej scenerii.
Na przykład okrągłe wysokie wieże, do których zmykali mnisi w obliczu nadciągającego niebezpieczeństwa (choćby brutalnych najazdów, lub raczej -napływów, Wikingów w IX wieku, czy nie bardziej przyjaznych poczynań Anglo -Normanów w XII wieku), lecz przede wszystkim – krzyże celtyckie.

Dlaczego celtyckie? No właśnie, nie zdążyłem pośród maślanych rozważań przypomnieć, że to właśnie Celtowie skolonizowali Wyspy Brytyjskie, więc także Irlandię, w ostatnich wiekach starej ery. Przynieśli ze sobą swoje zdobycze cywilizacyjne, na czele z umiejętnością produkcji żelaza, oraz naturalnie – zestaw wierzeń religijnych, w owym czasie preferujących Słońce jako swój symbol.
Te ostatnie stały się celem natarcia krzewicieli chrześcijaństwa, których aktywność na wyspie gwałtownie zaczęła przybierać na sile od czasu skutecznej misji św. Patryka w pierwszej połowie piątego wieku po Chrystusie.
Jedna z interpretacji genezy kształtu krzyża celtyckiego określa go jako “kompromis” pomiędzy celtyckimi, kolistymi przedstawieniami Słońca i najważniejszym symbolem chrześcijaństwa. A może raczej – jako kompilację najważniejszych symboli starej i nowej religii, mającej złagodzić celtycki opór przed chrystianizacją.
Skoro zaś wspomniałem o św. Patryku, to będąc uznanym za patrona Irlandii, dorobił się należytych rozmiarów katedry w Dublinie (w odróżnieniu od św. Brendana, o którego minikatedrze w Clonfert było trochę na początku tego artykułu).


Święty Patryk urodził się i wychował w północnej Anglii, w pobliżu muru Hadriana (o którym wspomnieliśmy swojego czasu tutaj), pod sam koniec rzymskiego panowania nad tą krainą i po licznych życiowych perypetiach (wśród których był także okres kilkuletniego zniewolenia przez irlandzkich zbójów, najeżdżających sąsiednią wyspę), zdobywszy stosowną edukację kościelną na terenach obecnej Francji, jął się dzieła ewangelizacji Irlandii.
Skuteczność jego misji potwierdza wspomniany wyżej fakt uznania go za katolickiego patrona maślanej wyspy.
Niewielu lat było trzeba, aby wektor misyjny się odwrócił i irlandzcy mnisi zaczęli peregrynować i nawracać – najpierw jeszcze niewiernych mieszkańców Wysp Brytyjskich (zwłaszcza Szkocji), a potem – kontynentalnej Europy.
Działalność irlandzkich i szkockich (na kontynencie byli traktowani tożsamo z powodu wspólnych gaelickich = celtyckich korzeni) misjonarzy wywarła na rozwój gwałtownie chrystianizującej się Europy wpływ nieproporcjonalnie wielki, biorąc pod uwagę ich liczebność oraz “prowincjonalną” proweniencję.

Nie rozwijając tu szerzej tego skądinąd arcyciekawego wątku wspomnę choćby takie imiona jak, aktywny w rejonie Brytanii Columba, czy też Columbanus, gorliwie organizujący klasztory na terenach obecnej Francji, Niemiec, Szwajcarii czy północnych Włoch (dodam, że obaj święci mnisi byli płci męskiej, chociaż brzmienie ich imion na pierwszy rzut oka i ucha zdaje się sugerować coś innego).
Cały zaś zastęp najznamienitszych braciszków owego czasu zwany jest “dwunastką irlandzkich apostołów”,
aczkolwiek w sumie jest ich chyba więcej niż tuzin.

Masło irlandzkie

Okoliczności dziejowe sprawiają, że w centrum zainteresowania znajduje się ostatnio Ukraina, próbująca wzmocnić swą tożsamość i zrzucić ostatecznie imperialne okowy większego sąsiada, którego język wszelako jest w niej ciągle dominujący.
Nasuwa to analogie z Irlandią, w której najłatwiej dogadać się po angielsku mimo, że przez wieki mieszkańcy tej wyspy wielkim i krwawym wysiłkiem prowadzili do uniezależnienia się od Anglii.
Wątków łączących kraje położone na przeciwległych obrzeżach Europy można zresztą znajdować wiele, choćby przywołując zdarzenia z epoki wikińskiej.

Wikingowie norwescy i duńscy opanowali w dziewiątym wieku irlandzkie wybrzeża, fundując szereg miast (jak Dublin, Cork czy Limerick) i w znaczny sposób wpływając na funkcjonowanie dawnych tamtejszych królestewek.
Wikingowie zaś szwedzcy, zwani Waregami, formując w podobnym czasie szlaki handlowe do Bizancjum i Bagdadu, założyli nijako przy okazji – Ruś Kijowską, ukraiński matecznik.

Za sprawą wojennej awantury rozpętanej przez znanego moskiewskiego bandziora musieliśmy odstąpić od planów bliższego przyjrzenia się władztwu kijowskiemu, w zamian wybierając wypad do Irlandii właśnie, w dobrym towarzystwie Joanny i Jurka, z którymi skądinąd zwykliśmy co pięć lat odwiedzać jakąś wyspę.

Byliśmy na Zielonej Wyspie zbyt krótko, aby w pełni zrealizować tygodniowy program aktywności uwidoczniony przed jednym z dublińskich pubów (patrz zdjęcie powyżej).
Robiliśmy jednak co się dało, aby poczuć irlandzkie klimaty, nie rezygnując wszelako ze snucia ukraińskich odniesień.
No bo, na przykład, Ukrainę zwykło się uważać za spichlerz Europy, krainę pszenicą i żytem szumiącą (w czasach pokoju, naturalnie).
Irlandia natomiast owiewa przemierzającego ją turystę szlachetną wonią obornika, z gracją produkowanego przez nieprzeliczone stada rogacizny gryzącej i trawiącej wyspiarską zieleń.
Można ją zatem śmiało nazwać oborą Europy, zaznaczając wszakże, że wspomniane bydło dostarcza, obok obornika, także wielkie ilości mleka, no i mięsa.
Jest zatem Irlandia krainą mlekiem i stekiem płynącą, w której jedynym pocieszeniem dla wegan mogą być równie obficie płynące strugi piwa i whiskey, mające swe źródła w lokalnych łanach jęczmienia.
Mleko irlandzkie stanowi zaś, jak wiadomo, bazę do wyrobu masła irlandzkiego, dostępnego nawet w polskich owadzich spożywczakach i dającego tytuł tej krótkiej relacji.

Widoczny na ostatnim zdjęciu ze stadem groźnych czarnych byków w tle pałacyk to serce posiadłości Woodhouse, nad historią której pracuje nasza dawna sąsiadka z osiedla Marianna, od lat mieszkająca z rodziną w Irlandii i wzbogacająca ten kraj swą wiedzą i talentem, w sposób typowy dla znacznej części licznej polskiej imigracji.

Wracając na moment do ukraińskich skojarzeń podczas króciutkiej irlandzkiej podróży, to przychodzą na myśl widywane w kinach produkcje gangsterskie, przedstawiające mafie rodem z obu krajów.
Ta wschodnia, najbardziej “malownicza”, wywodziła się z Odessy.
Irlandzka zaś trzęsła wielkimi amerykańskimi miastami, gdzie walczyła z mafią włoską; jednych i drugich przygnała za Atlantyk bieda i głód w ich ojczystych stronach.
Współcześnie mafię irlandzką mogą przypominać tamtejsze wypożyczalnie samochodów, zdzierające okrutnie za możliwość poruszania się lewą stroną wąskich, nędznych na ogół dróg.


Szanowna Publiczność domyśla się już zapewne, co nastąpi za chwilę.
Nie sposób było, nawet przy bardzo ograniczonym czasie, nie zahaczyć o miasto sławne głównie z tego powodu, że dało swoją nazwę niezwykłej miniaturce poetyckiej. Zapewne każdy wierszokleta – amator, znalazłszy się w Limerick, usiłuje nerwowo coś skrobnąć na temat, co rzadko przynosi dobry efekt.
Próbować wszakże trzeba:

Nadobnej damie z Limerick
utknął raz w gardle strachu krzyk,
gdy się nagle dama
obudziła sama,
bo w miasto ruszył mąż – stary pryk.
W sławnym mieście Limerick
przebywał dorodny byk,
co każdego wieczora,
zamiast torreadora,
konsumował łyski łyk

Tu nagła zmiana nastroju: zaraz po powrocie z maślanej wyspy pojechaliśmy do Krakowa, aby pożegnać naszego przyjaciela od czasów studenckich jeszcze (więc bardzo dawnych), Ryśka. Przeżyliśmy razem sporo przygód, współpracowaliśmy przez długie lata, z pewnością bardzo się lubiliśmy. To kolejny bliski nam Podróżnik, którego wspominamy w naszym blogu.

O innym krakowskim podróżniku, wspominanym już swojego czasu Andrzeju “Tourbaniku” będzie już niebawem, przy okazji kolejnych zapisków z wypadu do Irlandii.

Mędrca szkiełko i Orinoko

Każdemu co jakiś czas przydarza się doświadczyć uczucia iluminacji, oświecenia, wewnątrzmózgowej bryzy świeżej myśli, albo może – intelektualnego kopa. Impulsy takiego stanu rzeczy bywają różne; nierzadko lęgną się endemicznie w iluminowanej mózgownicy, częściej wszakże trafiają do niej z zewnątrz, jako gotowe światełka.
Poświęcę tutaj kilka słów temu drugiemu przypadkowi, który oświecił nas przed kilku laty prostym i nie specjalnie odkrywczym, ale konsekwentnie i perfekcyjnie wprowadzonym w życie przez Ankę P. pomysłem cyklicznych spotkań kulinarno – literackich (dla uniknięcia dyskusji, co ważniejsze, te dwie domeny uszeregowałem alfabetycznie. Warto jednak zauważyć, że przymiotnik “literackie” zawiera w sobie rdzeń “liter”).
Zostaliśmy zatem zaszczyceni zaproszeniem do dwunastoosobowej grupki, która kilka razy w roku zasiada przy Ankowym stole, wymieniając uwagi na temat zadanej wcześniej przez wyznaczonego Czytojada lektury, i w szybkim tempie odciążając mebel od zgromadzonych na nim dobroci.
Liczba dwunastu osób nie ma żadnego podtekstu, ani ewangelicznego, ani tym bardziej artystycznego (“Parszywa Dwunastka”), choćby z powodu znacznego stopnia sfeminizowania przedmiotowego stadka (a może lepiej : “roju”, bo Gospodyni jawi się wszystkim jako Królowa Matka).
Liczba bierze się po prostu z maksymalnej ilości miejsc siedzących przy stole.
Zdarzają się wszakże dość rzadkie okazje, kiedy zasiada przy nim także Trzynasty.
Panie są wówczas skłonne się posuwać, byleby wcisnąć jeszcze jedno składane krzesełko. A warto, bo Trzynasty dużo wie.
I tak wzmiankowany rój (niezbyt chyży, raczej stateczny) zlatuje się periodycznie od czasów sprzed nastania “dobrej zmiany”, czekając jej rychłego końca, i dzieląc się wrażeniami z przeczytanych książek i zjedzonych dań.
Niektórzy zapamiętują te niezwykłe spotkania także (ale oczywiście nie wyłącznie!) jako “kaszanki u Anki”.
Godzi się wspomnieć, że autorką powyższych zdjęć jest Isia K., zaś pierwsze z nich przedstawia małą instalację, stworzoną na okazję rozmowy o modnej ostatnio (i słusznie!) książce Radka Raka “Opowieść o wężowym sercu, albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”. Drugie – kaszankę u Anki.


Złożyło się tak, że przedstawione pokrótce w styczniowym wpisie informacje i refleksje, dotykające arcyciekawej historii aktywności osiemnastowiecznych, pochodzących spod Gdańska, wybitnych przyrodników i publicystów, ojca Jana i syna Jerzego Forsterów, w idealny sposób mogą znaleźć kontynuację w tym artykule.
Wspomniany na początku “rój” czytelniczy zmaga się bowiem akurat, gdy piszę te słowa, z lekturą opasłego dzieła o długim tytule, przedłużonym o podtytuł; dla ułatwienia zamieszczam obok fotografię okładki.
Jest to pełna ciekawych szczegółów, z rozmachem rysująca historyczne tło epoki, opowieść o życiu i twórczości jednego z tytanów światowej nauki, Aleksandra von Humboldta.


Wzmianka o kontynuacji wątku sprzed miesiąca bierze się stąd, że jednym z naukowych mentorów Humboldta w jego wczesnej młodości był Jerzy Forster (o czym, jak również o naszym frapującym odkryciu związanym z prapoczątkiem Jerzego, wspomniałem w poprzednim wpisie).
Skoro zaś przypomniałem tę historię, to zanim przystąpię do próby ułożenia kolejnych zdań, zaproponuję rzut oka na przedstawione przez Żonnę wyobrażenie zimowego Gdańska, który mijali saniami w błyskawicznej podróży poślubnej 26 lutego 1754 roku rodzice Jerzego Forstera, Elżbieta i Jan (spośród innych dzieci tego stadła trafiłem jeszcze na wzmiankę o Virginii Victorii, zdolnej rysowniczce podrasowującej szkice brata Jerzego z “Podróży naokoło świata”).


Skupmy się jednak na przewodnim temacie tego artykułu, którym jest refleksja nad pracą (trudną do zakwalifikowania, bo łączącą cechy eseju, monografii, biografii i czegoś tam jeszcze) o Aleksandrze von Humboldcie.
Dzieło zawiera bogactwo pracowicie zebranych informacji o długim życiu uczonego, którego niezwykłe cechy umysłu, charyzma połączona z nieprawdopodobną gadatliwością, oraz pracowitość mogąca zawstydzić większość ludzkiej populacji (z piszącym te słowa na czele), uczyniły znaczącą instytucją dziewiętnastowiecznego świata.
Gość, który poświęcił się wnikliwym obserwacjom i badaniom przyrody, potrafił ich wyniki przekazać w formie łączącej suche naukowe dane z epickim rozmachem, nasyconym nieskończonym podziwem dla cudów natury.
A jednocześnie – głęboką refleksją na temat ludzkiego oddziaływania na przyrodę, oraz ludzkiej aktywności w ogóle.
Co zaobserwował, zbadał i przemyślał, przekazywał Humboldt w niezliczonych publikacjach, wystąpieniach publicznych, oraz w bezpośrednich spotkaniach z najważniejszymi postaciami ówczesnego świata, najczęściej w ich ojczystych językach.
Obdarzali go przyjaźnią i prosili o rady ojcowie – założyciele Stanów Zjednoczonych, wielcy władcy i kreatorzy polityki europejskiej, południowoamerykańscy rewolucjoniści, czy giganci nauki i kultury tamtych czasów.

Dla porządku wymienię po kolei nazwiska zobrazowanych wyżej (czasem w karykaturze) notabli:
Wolfgang Goethe, Thomas Jefferson, Napoleon Bonaparte, Simon Bolivar,
Georg Cancrin, Karol DarwinFryderyk Wilhelm IV, Wilhelm I.
To tylko mała próbka ze znacznie liczniejszego grona ważniaków współczesnych Humboldtowi, którzy za zaszczyt poczytywali sobie z nim znajomość.
Nie cierpiał go jedynie Napoleon Bonaparte, najwyraźniej zazdrosny o Humboldtowe dokonania w sferze naukowej, w której sam miał nadzieję (nieuzasadnioną) dokonać rzeczy znacznych.
Przyglądając się nakryciom głowy szacownych postaci można wysnuć uogólnienie, że długie życie Aleksandra mieściło się między artystycznym kapeluszem Goethego, a trzymaną w ręku pikielhaubą Fryderyka Wilhelma IV, co z grubsza obrazuje postępujący proces wzrastania państw niemieckich, z coraz bardziej dominującymi je Prusami, od potęgi kulturalnej do potęgi gospodarczo – militarnej. Na szczęście ów faktor kulturalny (zawierający w sobie wszystkie sztuki i nauki) miał się tam ciągle dobrze.
Wiem, że prosiłyby się o umieszczenie tutaj liczne wtręty dotyczące samych Prus pod władztwem Hohenzollernów; jest to temat najbliższy nam terytorialnie i historycznie, więc z pewnością zmierzymy się z nim niedługo obszerniej.
Fryderyk Wilhelm IV, ten trzymający na obrazku powyżej wprowadzoną przez siebie jako obowiązkową część wyposażenia pruskiego żołnierza pikielhaubę, zaś na karykaturze obok przedstawiony w nieco mniej bojowej postawie, objąwszy pruski tron w roku 1840 wybrał się, jak to bywało w zwyczaju, na objazd swoich ziem w celu odebrania stosownych hołdów ze strony zachwyconych poddanych.
Zabrał ze sobą Aleksandra Humboldta, który kilkanaście lat wcześniej przeniósł się z ulubionego Paryża do nielubianego Berlina, skuszony hojną gażą szambelana dworu pruskiego, bardzo mu przydatną po przeputaniu całego rodzinnego spadku na rzecz pracy naukowo – podróżniczo – wydawniczej.
W drodze do Królewca Jego Królewska Mość raczył był zahaczyć o Gdańsk, gdzie odbierał hołdy, zaś Humboldtowi wręczono szybciutko dyplom honorowego członka Danziger Naturforschende Gesellschaft, czyli Gdańskiego Towarzystwa Przyrodniczego.
Fakt ten dokumentuje tablica, umieszczona przed niewielu laty na budynku Towarzystwa, który w obecnej rzeczywistości mieści siedzibę Muzeum Archeologicznego w Gdańsku.
Samo zaś Towarzystwo, (zreaktywowane w niemieckim Marburgu, podobnie jak niedobitki szeregu innych gdańskich, odwiecznych instytucji, które szukały po 1945 roku za Odrą miejsca do przetrwania), przez blisko 200 lat było forum nadmotławskiej aktywności naukowej, skupiając wiele znamienitych mózgów, a na początku XX wieku stało się osnową dla rozpoczęcia działalności bliskiej nam skądinąd uczelni, Politechniki Gdańskiej.
Nawiązuje do jego działalności Gdańskie Towarzystwo Naukowe (współpracujące zresztą z Marburgiem), którego prezes współprzewodniczy kapitule przyznającej coroczne Nagrody Naukowe Miasta Gdańska im. Jana Heweliusza  (pod tym odnośnikiem zobaczycie informację o tegorocznych dwu Laureatkach, pomylonych zresztą w opisie zdjęcia. Dodam z dumą, że jedna z nich, Prof. Ewa, zaszczycała niejednokrotnie ciepłym słowem naszą blogową twórczość).
Drugim współprzewodniczącym kapituły gdańskiej Nagrody (podobno po drugiej stronie Bałtyku zaczyna się ostatnio mówić o Noblu jako o szwedzkim Heweliuszu) jest prezes gdańskiego oddziału Polskiej Akademii Nauk, której jedną z ważnych pomorskich placówek stanowi Instytut Oceanologii w Sopocie.


Wiążę te wątki, aby wspomnieć jeszcze jedną osobę przychylną temu blogowi, mianowicie Jacka, którego doczesna droga dobiegła niedawno końca. Był to Człowiek, który zrozumiał naukę (żeby nawiązać do przewodniego motywu tego wpisu). Człowiek, który cały swój temperament, zdolności i wiele serca poświęcił pracy na rzecz nauki (ale niemałą częścią tego dobrego serca zawładnęła też w ostatnich latach Iga, nasza wspólna wnuczka).


Widoczne na stronie startowej Instytutu Oceanologii jego sopocka siedziba, oraz żaglowy statek badawczy “Oceania”, to w dużej mierze efekty pracy Jacka.
“Oceania” od ponad trzydziestu pięciu lat wykorzystywana jest do badań na różnych akwenach, często też u wybrzeży Spitsbergenu, gdzie zaobserwowała ją nasza nieoceniona Ilustratorka.

Z wizerunkiem “Oceanii” sąsiaduje zdjęcie innego żaglowca, ponad stuletniego barku, przebudowanego na potrzeby niemieckiego stowarzyszenia szkoleń żeglarskich według koncepcji  inż. Zygmunta Chorenia, tego samego konstruktora, który niewiele wcześniej zaprojektował jednostkę badawczą Instytutu Oceanologii.
Piękny statek o charakterystycznych, zielonych żaglach nosi nazwę  “Alexander von Humboldt”, co po licznych tekstowych “skokach w bok”, pozwala nam wrócić na koniec wpisu do kilku jeszcze uwag dotyczących jego głównego bohatera.
Łatwo się domyśleć, że zieleń ożaglowania nawiązuje do pionierskiej w skali świata roli, jaką Humboldt odegrał w kształtowaniu świadomości o wpływie człowieka na środowisko przyrodnicze, oraz o konieczności ludzkiej troski o to środowisko.
Zagadnienia ekologii (termin ukuty zresztą przez jednego ze sławnych kontynuatorów jego pracy, Haeckla), były przewodnim tematem działalności Humboldta, począwszy od odbytej w 1792 roku wspólnie z Jerzym Forsterem podróży badawczej w dorzeczu dolnego Renu (napomknąłem o tym przed miesiącem; niestety znakomita ponoć relacja Forstera z tej wyprawy nie została dotąd przetłumaczona na polski).
Największy wszakże plon naukowy przyniosła blisko pięcioletnia wyprawa południowoamerykańska (1799 – 1804), podczas której gruntownie przebadał dorzecze rzeki Orinoko (zastępującej w tytule tego wpisu Mickiewiczowskie “Oko”).
Niektórzy twierdzą, że pozostawienie przez Humboldta tak gigantycznego dorobku było możliwe, bo nigdy nie założył on rodziny.
“Nie miał interesu na dziewczynki”, jak mawiała o swoim pozostającym dość długo w stanie bezżennym synu znajoma nam dama, przez długie lata mieszkająca poza Polską i nieco kalecząca język ojczysty.
Kończę ten artykuł pozostawiając Czytelnika, jak mniemam, w absolutnym niedosycie wiedzy o wiedzy, możliwym jednak do złagodzenia w trakcie lektury książek takich, jak “Człowiek, który zrozumiał naturę”.

 

Wydarzyło się!

Kiedyśmy niedawno w towarzystwie Iwony i Andrzeja małż. L., znających tam każdy zakątek, przemierzali urokliwe uliczki górnego Sopotu, natknęliśmy się u zbiegu Mickiewicza i Orzeszkowej na dość niezwykły monument, opatrzony jeszcze bardziej niezwykłą inskrypcją.
Zrazu wydała nam się ona żarcikiem na miarę “czeskiego geniusza” Jary Cimrmana, ale dość szybko odkryliśmy zaskakującą prawdę: napis głoszący, że “w tym miejscu w 1754 roku nic się nie wydarzyło”, to ewidentny przykład (nieświadomego, miejmy nadzieję) fałszowania historii.
W zdemaskowaniu niecnego czynu dopomógł strzęp niezbyt sprawnej już pamięci, oraz internet, jedna z odnóg oplatającej coraz ciaśniej świat cyberhydry, która potrafi także wydać z siebie inne mityczne stwory, jak choćby latające konie. Często bywa wszakże użyteczna; przeglądając swojego czasu rysunki Daniela Chodowieckiego, zwróciłem uwagę na scenkę rodzajową, mającą w tle charakterystyczną sylwetkę niewielkiego obelisku.
Niewątpliwie tego samego, chociaż zobrazowanego z przeciwnej strony niż ta, na której znajduje się dziś rzeczona tabliczka.

Podpis pod rysunkiem nie pozostawia wątpliwości: to młoda para Elisabeth i Johann Forsterowie, którzy pobrali się 26 lutego 1754 roku w podgdańskim Mokrym Dworze (Nassenhuben) nad zamarzniętą owej zimy Motławą i niezwłocznie wyruszyli w podróż poślubną.

Nie byli zbyt majętni (Johann piastował skromną posadę ewangelickiego pastora przy nieistniejącym dziś dworze), więc podróż saniami zakończyła się już w Sopocie, najpewniej w zajeździe widocznym na dalszym planie historycznego sztychu (autor rysunku, Daniel Chodowiecki był niemal rówieśnikiem Johanna Forstera; panowie z pewnością dobrze się znali).
Pierworodny syn Elisabeth i Johanna Forsterów, Georg (Jerzy) przyszedł na świat 26 listopada 1754 roku; zestawienie obu, odległych od siebie o dokładnie dziewięć miesięcy dat jest oczywiste i w jednoznaczny sposób obala pochopną, pomijającą czas i miejsce poczęcia wybitnego podróżnika tezę, wypisaną na przymocowanej do obelisku tabliczce, jakoby nic się tam w owym roku nie wydarzyło!
Zarówno Johann Forster, jak i jego syn Georg Forster, znakomici osiemnastowieczni badacze i publicyści, mają swoje miejsca w encyklopediach, zaś w skondensowany i ciekawy sposób przybliża ich sylwetki artykuł bazujący na kwerendzie zbiorów Biblioteki Gdańskiej PAN:
Forsterowie oai-journals-pan-pl-121663_full-text_LG_2019_36_4 .
Obaj dopiero w ostatnich latach doczekali się skromnych elementów informacyjno – pamiątkowych w miejscach swoich urodzin (młodszy Jerzy został dodatkowo patronem nowoczesnego gdańskiego tramwaju, natomiast kamień z tablicą mu poświęconą znaleźliśmy nie bez trudu w Mokrym Dworze, za budyneczkiem łączącym funkcje świetlicy wiejskiej i zlewni mleka).
Dziwne to, bo ci pomorscy ziomale byli ludźmi nieprzeciętnymi, mającymi spory wkład w dokonania epoki Oświecenia, w której przyszło im żyć.
Żeby uniknąć zamieszania z imionami obu panów, będę dalej operować polskimi wersjami: Jan (Johann, ojciec) i Jerzy (Georg, syn).
Wszak byli oni przez znaczną część swojego życia, jako mieszkańcy Prus Królewskich, obywatelami Rzeczpospolitej (upadającej zresztą akurat pod naporem sąsiednich, zaborczych mocarstw).


Z rodziną Forsterów spotkaliśmy się już w pierwszych tygodniach funkcjonowania tego blogu; wspomniałem tam ojca Jana i syna Jerzego podczas mojego wirtualnego pobytu na Tahiti, wymieniając zresztą błędnie jako miejsce urodzenia obu – Tczew.
W tym zacnym mieście urodził się w 1729 roku tylko Jan (którego ojciec, a dziadek Jerzego, był tam przez szereg lat burmistrzem), natomiast domniemany proces zaistnienia na tym świecie Jerzego opisałem na wstępie tego artykułu.

 

 

 


Jerzy Forster obdarzony był autentycznym talentem pisarskim, co w połączeniu z osiągniętym głównie dzięki wysiłkom ojca wszechstronnym wykształceniem uczyniło zeń wielce cenionego autora licznych prac.
Miał nieczęsto występujący u ludzi nauki dar relacjonowania wyników dociekań przyrodniczych, jak też obserwacji najróżniejszych aspektów ludzkiej działalności, w sposób łatwo przyswajalny nawet dla laików (pod warunkiem, że umieli czytać, co w tamtych czasach nie było oczywistością). Słowem – był prekursorem nowoczesnej literatury popularnonaukowej oraz podróżniczej.
I to właśnie “Podróż naokoło świata”, będąca szczegółową relacją z odbytego w latach 1772 – 1775 wokółziemskiego rejsu dowodzonego przez Jamesa Cooka, do udziału w którym ojciec i syn Forsterowie zastali przez brytyjską Admiralicję zaproszeni dla sporządzenia naukowej dokumentacji, przyniosła Jerzemu uznanie i sławę.
Jest to jedyne z jego dzieł dostępne w polskim przekładzie (w obszernych fragmentach); lektura jest prawdziwą przyjemnością i wzbudza w czytelniku podziw dla horyzontów myślowych, dociekliwości oraz zasobu wiedzy dwudziestoletniego wówczas zaledwie autora.

 

Jak wspomniano, powraca od jakiegoś czasu w Gdańsku i okolicach chęć do upamiętnienia rodu Forsterów (aczkolwiek chyba w zbyt skromnym wymiarze).
Ta zacna, wywodząca się ze Szkocji rodzina, jest dobrym przykładem historii osiedlania się i współtworzenia świetności nadmotławskiego przybytku wyznawców Machandla (kultowej gdańsko – żuławskiej jałowcówki, spożywanej według specyficznego żeglarskiego rytuału) przez admiratorów “wody życia” (czyli whisky po prostu) znad jeziora Loch Ness.
Historia Szkotów w Gdańsku i będących pod panowaniem polskich królów Prusach jest po trochu uzupełniana; z drugiej strony docierają także wieści o nowopowstających opracowaniach historii osadnictwa Polaków w Szkocji, w bardziej współczesnych nam czasach.
Jerzy Forster żył niestety krótko; zmarł na kilka miesięcy przed ukończeniem czterdziestki w Paryżu jako banita, pozbawiony prawa powrotu do Prus wskutek zaangażowania w sprawy francuskiej rewolucji.
Jedną z ostatnich jego prac były “Zapiski z roku 1790”, w części zilustrowane przez Daniela Chodowieckiego, mimowolnego sprawcę niniejszych rozważań.

Zdążył Jerzy poznać i współpracować z największymi swojej epoki, choćby ze sporo młodszym odeń Aleksandrem von Humboldtem, dla którego stał się mentorem, jeśli chodzi o metodykę opisywania przyrody.
O Humboldcie napiszemy wkrótce ciut więcej, tymczasem obejrzyjcie dwa zdjęcia z Nowej Zelandii, na którą znacznie łatwiej dostać się w dzisiejszych czasach samolotem, niż ćwierć tysiąclecia lat temu Forsterom na statku “Resolution” pod komendą kapitana Cooka.


Na dobrą sprawę powinna się tu zacząć toczyć opowieść o czasach, w których działali Forsterowie, o epoce kształtowania się świata takiego, jaki obecnie chyba odchodzi w przeszłość.
Epoce zmagania się osiągnięć rozumu z obawą przed jego używaniem (te zmagania akurat, niestety, w przeszłość nie odchodzą), epoce, która na dużych próbach udokumentowała znaną od dawna zasadę przechodzenia przywódców – rewolucjonistów na pozycje krwawych dyktatorów.
Epoce, która zostawiła światu maszynę parową i gilotynę.
Oszczędzę Czytelnikom tej opowieści, bo musiałaby przekroczyć dopuszczalne pojemności na serwerze, ale przede wszystkim dlatego, że za mało wiem.
Podobno jakiś chiński ekspert spytany niedawno o opinię na temat znaczenia rewolucji francuskiej dla losów świata odparł, że dwieście lat to niewystarczająca perspektywa czasowa dla dokonania takiej oceny.
Konfucjusz bowiem uczył cierpliwości i długich, powolnych ruchów.
Skądinąd jeśli o ruchy chodzi, to inny mędrzec, współczesny wspominanym tu Forsterom ich sąsiad z nieodległego od Mokrego Dworu Królewca, Immanuel Kant , określał ponoć pewien ich rodzaj mianem “ruchów niegodnych filozofa”.
Zreflektował się na łożu śmierci, gdy w ostatnim tchnieniu miał wyszeptać: “es ist gut” (to jest dobre). I tego się trzymajmy!


Przy pisaniu tego artykułu ciągle przychodziła mi na myśl jedna z najbardziej odrażających postaci (zwłaszcza dla mieszkańców Pomorza i Wielkopolski) z czasów triumfalnego pochodu niemieckich narodowych socjalistów w latach trzydziestych i czterdziestych dwudziestego wieku, Albert Forster.
Spoglądam na zdjęcie tej kreatury i widzę twarz, zdawałoby się, ludzką.
Nie mam pewności, czy miał jakiś związek rodzinny z pozytywnymi bohaterami powyższych zapisków; szybko zaprzestałem śledzenia genealogii Forsterów.
Pozostała dość prosta refleksja, że normalne z pozoru rysy twarzy często bywają maską dla osobowości urągających statusowi człowieczeństwa, o którym zawzięcie rozprawiali filozofowie Oświecenia.
I że pochodzenie owych indywiduów (częstokroć narodowych socjalistów właśnie, choć nie tylko) bywa na ogół bez znaczenia.

Po drodze (3)

Komandoria. Spotkaliśmy się z tym terminem przed miesiącem, smakując wyborne cypryjskie wino, które swą nazwę wzięło od jednostki organizacyjnej zakonów rycerskich (czasem, zwłaszcza w przypadku Krzyżaków, mówi się o “komturii”, jednak nic mi nie wiadomo, aby ten termin przeniósł się na nazwę jakiegokolwiek trunku).
W tym miejscu wypada uderzyć czołem przed oceanem mądrości emitowanej z ust Nominalnej Głowy Państwa (NGP), że mianowicie nie należy ustawać w trudzie uczenia się, bez względu na sytuacje, w której się znajdujemy.
NGP zapewnia że uczy się bezustannie, zatem i my staramy się naśladować ten światły wzór, bo na uzupełnianie wiedzy nigdy nie jest za późno.
Nauczyliśmy się choćby niedawno, przy okazji corocznej jesiennej wizyty w gościnnych progach Anny K. , że znajdują się one w poznańskiej dzielnicy “Komandoria”, nazwanej tak nie tylko na cześć sławnego wina.
Jest to bowiem teren, na którym książę Mieszko Stary w 1187 roku osadził szukających w Europie bezpieczniejszych niż w Palestynie siedzib Joannitów, a ci utworzyli tu swoją komandorię właśnie.

Istniejący tam wcześniej kościół św. Michała Archanioła  przemianowali braciszkowie na wezwanie swojego patrona św. Jana, dodatkowo – zgodnie z topografią miasta – przydając mu określenie “za murami”. Dziś jest to najstarsza poznańska świątynia.
Na pamiątkę Joannitów, Kawalerów Maltańskich, okolica obfituje w elementy nazewnicze, przywołujące nazwę śródziemnomorskiej wyspy.
Najbardziej znane, szczególnie pośród kibiców wioślarstwa, jest jezioro Malta – sztuczny zbiornik zbudowany w połowie XX wieku, na którym urządzono sławne tory regatowe. Joannitów w Poznaniu nie ma już od dwustu lat, ale ich przejęte przez miejscową diecezję dobra ciągle bywają źródłem niesnasek pomiędzy lokalnym tronem i ołtarzem


“Ołtarz” wielkopolski (i w ogóle – polski) przedstawia skądinąd współcześnie obraz dwubiegunowy: z jednej strony przepięknej urody stare kościółki, kościoły, katedry i pozostałości gospodarczej oraz kulturotwórczej  (nie tylko w warstwie estetycznej) spuścizny tysiącletniej obecności Kościoła z wszystkimi jego wariacjami organizacyjnymi, z drugiej – relikty systematycznego  ukoszmarniania tego wizerunku w ostatnich czasach.
Przed rokiem dzieliłem się już w tym blogu wrażeniem, jakie czynią mijane “po drodze” wielkie napisy “Poznań i Gniezno Chrzcielnicą Polski”, albo karykaturalne wyobrażenia Papieża Wojtyły. Teraz kilka nowych fotek z obu biegunów:

Obiekty sakralne same pchają się przed obiektyw, bo w naszym krajobrazie najczęściej są elementem wyróżniającym się. Można wszakże łatwo ten wizerunek, łagodnie mówiąc, uczynić nie tak zachwycającym.


Dzieje znaczone trwałymi, zwieńczonymi krzyżem budowlami, dają się nieźle śledzić. Dodatkowo dokumentują je coraz liczniejsze w miarę upływu lat źródła pisane, które nie istniały na naszych terenach przed zaczątkami piastowskiej organizacji państwowej, pokrywającymi się z grubsza z pierwszymi działaniami chrystianizacyjnymi. Miało to miejsce, jak wiadomo, w drugiej połowie X wieku, od którego to czasu historia obecnej Polski zaczyna mieć coraz solidniejszą dokumentację.
Fachowcy zachodzą jednak w głowę i od dawna spierają się o to, co działo się na ziemiach zwanymi “piastowskimi” (a ostatnimi czasy także “chrzcielnicą”) na kilka dziesięcioleci przed wydarzeniem, zwanym w uproszczeniu “chrztem Polski”.
Archeologicznie udokumentowane fakty świadczą (przynajmniej dla rejonu Kujaw i Wielkopolski) o tym, że niewiele lat przed “chrztem” funkcjonujące wcześniej maleńkie gródki plemiennych szefów zostały bądź doszczętnie zniszczone, bądź też posłużyły jako baza dla szybkiego powstania znacznie większych i mocniej ufortyfikowanych siedzib lokalnej władzy.
Kto był w stanie dokonać tak radykalnego postępu w krótkim czasie?
Hipotez jest kilka, a wszystkie w sporej mierze bazują na spekulacjach i dowodach nie wprost, bo dowodów wprost – zwyczajnie brakuje.
Niezbitym faktem wszakże są pozostałości X – wiecznych, potężnych jak na ówczesne czasy, powstałych w szybkim tempie ośrodków, jak poznański Ostrów Tumski (podobnie jak wrocławski zresztą), Ostrów Lednicki, Gniezno czy Giecz.
Ten ostatni, nieco rzadziej odwiedzany przez turystów gród, robi naprawdę duże wrażenie ogromem ziemnych obwałowań, których kubatura wymagałaby, jak ktoś obliczył, zaangażowania dwudziestu tysięcy wielkich wywrotek. A że pierwsi Piastowie nie dysponowali taką flotą samochodową, to niech Szanowny Czytelnik spróbuje przeliczyć to na taczki z drewnianym kółkiem, lub noszone na plecach kosze. Taka symulacja pozwoli zdać sobie sprawę z siły i efektywności działania władzy, która była zdolna wyegzekwować podobny nakład pracy.

Grodziszcze w Gieczu osiągnęliśmy bez kłopotu, podczas gdy dostępu na Ostrów Lednicki broniła grupa konnych, którzy baczyli, aby poza sezonem turystycznym na wyspie nikt nie mógł wylądować. Nawet Bolesław Chrobry musi czekać do wiosny, wskutek czego zupełnie zdrewniał.

Poruszaliśmy się w tym odcinku blogu w mniej więcej trzystuletnim zakresie czasowym, znaczonym od pojawienia się piastowskich ośrodków władzy w połowie X wieku, do solidnego zagospodarowania się Joannitów w połowie XIII wieku. W Poznaniu przemierzenie dystansu dzielącego te dwie epoki wymaga odbycia niedługiego spaceru pomiędzy kościołem św. Jana Jerozolimskiego (“za murami”), a Ostrowem Tumskim, nad którym góruje katedra. Po drodze mija się uroczą małą dzielnicę Śródka, gdzie na dość paskudnej zapewne wcześniej ścianie (aż się nie chce wierzyć, że płaskiej!) powstał fantastyczny mural.

 

Wkrótce, w kolejnym wpisie (z którym mam nadzieję zdążyć przed końcem jesieni) znajdziecie jeszcze kilka obserwacji poczynionych “po drodze”, a dotyczących rycerzy zakonnych, którzy najczęściej byli w drodze.

Dynastia (Wazowie 1)

Kalendaria historyczne każdego dnia odnotowują okrągłe rocznice bardziej lub mniej doniosłych wydarzeń, dając asumpt do odświeżenia sobie w pamięci przykurzonych wiadomości. Warto wybrać spośród nich te ciekawiące nas szczególnie.

Przypomnę więc na początek, że 27 kwietnia 2021 roku minęło równo 500 lat od niefortunnej śmierci Ferdynanda Magellana, patrona tego blogu, który wiedziony nadmierną pychą przeszacował swe możliwości w starciu z zastępami mieszkańców wyspy Mactan. Więcej o tym wydarzeniu można poczytać choćby tutaj, oraz oczywiście w setkach publikacji znacznie poważniejszych, niż wpisy w tym blogu.


W tym roku przypada jednak również okrągła rocznica wydarzenia, które będąc jednym z rozlicznych efektów aktywności szwedzko – polskiej dynastii Wazów, jest nam wprawdzie bliższe geograficznie i historycznie od potyczek na odległych Filipinach, ale też nie tak całkiem oderwane od kolorytu zachodniego Pacyfiku, o czym poniżej.
Czterysta lat temu bowiem, w 1621 roku, szwedzki król Gustaw II Adolf z dynastii Wazów, jeden z najwybitniejszych (czyli najskuteczniejszych w realizacji swoich szeroko zakrojonych zamysłów) władców i wodzów w historii Europy, ufundował miasto Göteborg.
Ufundował w nie do końca dzisiejszym znaczeniu tego terminu, natomiast obdarzył królewskim przywilejem przedsięwzięcie kupieckich gildii niemieckich, szkockich, a przede wszystkim holenderskich, zmierzające do utworzenia szwedzkiego portu, pozwalającego na uniknięcie słonego myta duńskiego pobieranego przy przepływaniu cieśnin Sundu.


                                                          Projekt układu urbanistycznego Göteborga był dziełem architektów holenderskich, którzy w podobnym czasie stworzyli także koncepcję zabudowy Dżakarty (zwanej do niedawna Batawią) – najważniejszej faktorii Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, a obecnie – stolicy Indonezji. I to jest właśnie owo wspomniane wyżej powiązanie niedalekich poczynań szwedzkiego króla z drugim krańcem świata.
Nawiasem mówiąc, niemal równolegle powstał na podobnych do Batawii i Göteborga założeniach urbanistycznych Nowy Amsterdam, znany dziś jako Nowy Jork.
Przełom XVI i XVII wieku to czas wielkości Niderlandów (jakże widoczne ślady pozostawiającej też w Gdańsku), ale to obszerny temat na przyszłe opowieści. Teraz wróćmy więc do Wazów, rzucając wpierw okiem na widoki z Göteborga i okolic.

Aby zamysł stworzenia alternatywnego dla cieśnin Sundu połączenia Morza Północnego z Bałtyckim mógł zaistnieć w pełni efektywnie, już poprzednicy Gustawa II Adolfa planowali budowę śródlądowej drogi wodnej z wykorzystaniem rzeki Göta (u której ujścia zlokalizowano później Göteborg), oraz wielkich jezior Vänern i Vättern.
Trudne technicznie i bardzo kosztowne przedsięwzięcie udało się zrealizować dopiero w połowie XIX wieku, kiedy w zasadzie przestawało być potrzebne, bo zaczynały swą karierę koleje, zaś Dania została zmuszona  do rezygnacji z poboru ceł sundzkich.
Dzisiaj kanały Trollhattan i Göta są głównie atrakcją turystyczną, imponującą skalą budowli hydrotechnicznych.

Współczesność największego miasta prowincji Västergötland i okolic to znane uczelnie, teatry, oraz przemysł (m.in. główna siedziba zakładów Volvo, które można zwiedzać, ale zdjęcia wolno zrobić jedynie w muzeum, a także – jedno z centrów popularnej ostatnio skądinąd firmy AstraZeneca). Oraz zieleń.

Łatwo zauważyć w tej krótkiej relacji powtarzający się w wielu nazwach rdzeń “göt”. Z największą dozą prawdopodobieństwa fachowcy uważają, że właśnie z rejonu Västergötland przemigrowali w początkach naszej ery w okolice ujścia Wisły Goci, wielokrotnie wspomniani wcześniej w tym blogu i będący (według mojej prywatnej, amatorskiej klasyfikacji), sprawcami pierwszego z cywilizacyjnych “skandynawskich falowań” .
Ostatnim zaś z owych “falowań”, i najbardziej znaczącym dla polskich losów, był ciąg wojen inicjowanych w północnej części Europy przez osiągającą pod rządami Wazów rangę mocarstwa Szwecję.


Krótką powtórkę z historii tego czasu zaczęliśmy, jak zapewne zauważyliście, nie od początków dynastii (funkcjonującej na szwedzkim tronie w latach 1523-1654, zaś na polskim w okresie 1587-1668), lecz od Gustawa II Adolfa, który był przedostatnim Wazą na tronie szwedzkim, panującym od roku 1611 do 1632 (po nim koronę dzierżyła jeszcze, przynajmniej formalnie, jego córka Krystyna).
Na zdjęciu powyżej widać wojenny okręt “Vasa”, zbudowany na królewskie polecenie podczas kolejnej wojny z Polską, krótko po sławnej klęsce szwedzkiej floty pod Oliwą (1627).
Gustaw II Adolf, jak to władcy miewają w zwyczaju, wtrącał się do prac projektowych, czego efektem było efektowne zatonięcie galeonu podczas efektownej parady w próbnym rejsie.
Wrak wydobyto w latach sześćdziesiątych XX wieku i po żmudnej konserwacji wyeksponowano w specjalnym budynku muzealnym w Sztokholmie.
Okręt zdobiły rozliczne rzeźby; niektóre wyraźnie wyzłośliwiały się w stosunku do wrogiej podówczas Polski (piszę skrótowo, bo była to wszak Rzeczpospolita Obojga Narodów) i jej mieszkańców. Jak choćby rzeżba, przedstawiająca polskiego szlachcica, chowającego się tchórzliwie pod stołem i odszczekującego nieprzychylne Szwedom słowa. Umieszczona była tak, aby mogli ją dobrze widzieć członkowie załogi podczas korzystania z latryny.
Niezbyt to miły wizerunek, aczkolwiek sama estetyka ówczesnej propagandy wojennej – dużo milsza od obecnej.


Osiągnąwszy ten punkt narracji zorientowałem się (a Szanowni Czytelnicy zapewne zrobili to wcześniej), że na dobrą sprawę nie zacząłem jeszcze pisać o tym, co zapowiedziane w tytule. Pozwólcie więc, że traktując jako wymówkę saharyjskie upały (w poprzednim wpisie zwalałem swoje niedociągnięcia na ulewy), odłożę na jakiś czas kontynuację wątku Wazów.
Tym bardziej, że muszę też nabrać dystansu do niedawnego, trzymającego wszystkich w stanie nerwowego wzmożenia , meczu w piłkę kopaną.
Jak donosiła prasa z drugiej strony Bałtyku: “spotkanie Szwecja – Lewandowski zakończyło się wynikiem 3:2” . 

nasz dziennik

Na początku, Drodzy Czytelnicy, wyjaśnię, skąd tytuł tego wpisu.
Otóż wspomniany w ubiegłym miesiącu szybki rzut oka na toruńskie włości zakonnika, trzymającego duchową (i bardzo często materialną) władzę nad licznymi rzeszami wyznawców, skłonił mnie do przyjrzenia się instrumentarium takiego sukcesu, w którym istotną rolę gra “Nasz Dziennik”.
Spróbuję więc tym razem przedstawić Wam nasz dziennik z niektórych dni marca 2021 roku, spędzonych wbrew woli w warunkach zwanych ze staropolska “lockdownem”, który obok niezliczonych uciążliwości, pozwala jednak swobodnie znaleźć czas chociażby na podglądanie wyczekującego nadejścia wiosny ptactwa.
Dla urozmaicenia zaś wzbogacę gdzieniegdzie nasz dziennik wyimkami z “Naszego Dziennika” (kopie oryginalnie wyróżnionych fragmentów artykułów), którego pobieżne nawet przejrzenie przypomina o twardych realiach naszej codzienności i skłania do powracających, niezbyt odkrywczych skądinąd, usiłowań wytłumaczenia sobie istniejącego stanu rzeczy. Ewentualne moje komentarzyki wyróżnię czerwoną czcionką, tak jak tutaj, sygnując je inicjałami (PB).
Aha, jeszcze ważna uwaga: nie dotykam w tym przeglądzie “Naszego Dziennika” treści o charakterze konfesyjnym tam występujących, bo nie powinny one być obiektem bezbożnego oglądu. Ograniczam się do licznych w tym piśmie tekstów, związanych w oczywisty sposób z doczesnością, naświetlaną według mnie w sposób bezbożny właśnie.

A że zdarzą się dni, w których nasz dziennik z marca 2021 i “Nasz Dziennik” z marca 2021 nie przyniosą godnych wspomnienia treści, to przywołam wówczas marcowe dni z innych lat.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

 

Ja wybieram wolną prasę!!! (PB)


xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

 

 

 

 

 


“Nowa wizja człowieka” to, jak zrozumiałem z lektury, złowroga wizja osoby ludzkiej, obdarzonej i kierującej się wolną wolą. Po prostu. (PB)


 

 

 

 

 

“Marksizm”, czy “lewactwo”, to uosobienie “tzw. wolności” (PB)


Skopiowane obok wyróżnienie fragmentu tekstu z “Naszego Dziennika” nieźle koresponduje ze zdjęciem wizerunku białoruskiego więźnia politycznego, opatrzonego dopiskiem dającym odpór “zakłamanej prawdzie o antysemityzmie Polaków”. Filar estakady w centrum Gdańska.

 

 

nasz dziennik 2 marca 2021

Drugi plan zdjęcia obejmuje fragment Teatru Szekspirowskiego, o którym wspominam poniżej, z bardzo smutnej okazji.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

 

Dzisiaj cytaty z “Naszego Dziennika” pozostawiam bez komentarza. (PB)


nasz dziennik 3 marca 2021

Wiadomością dnia, która przygnębiła rzesze osób bliżej lub dalej znających Jerzego Limona, a także tych, którzy znali Go tylko dzięki Jego dokonaniom, była informacja o odejściu tego pragmatycznego romantyka, sprawczego marzyciela, kreatora niemożliwego – jak się wielu wydawało – dzieła, jakim było doprowadzenie do wybudowania, oraz natchnięcie artystycznym duchem gdańskiego Teatru Szekspirowskiego.

Jerzy był wielbicielem i wyjątkowym znawcą brytyjskiej historii i kultury.
Los sprawił, że przegrał z brytyjską mutacją koronawirusa.


xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

Duch Narodu? Raczej 38 milionów “duchów”, każdy trochę inny. (PB)


nasz dziennik 4 marca 2021

Dokładnie rok temu zdiagnozowano w Polsce pierwszy przypadek zakażenia COVID 19. Życie w kraju, podobnie jak w reszcie świata kompletnie się od tego czasu  poprzestawiało; nie wiadomo, na jak długo.
Nam udało się dotrwać do terminu szczepienia, który przypadkowo pokrył się z ponurą rocznicą. Nieoceniony “Nasz Dziennik” zaś doniósł, że:

 

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

“tzw. strajk kobiet” to jedno z ważących “tzw. zjawisk społecznych”, co do których “Nasz Dziennik” współbrzmi z “Dziennikiem Telewizyjnym”, czyli
tzw. obecnie “Wiadomościami” TVP. (PB)

 

 


nasz dziennik 5 marca 2021

Udało nam się trafić w okienko czasowe, kiedy na krótko otwarto kina i obejrzeć “Zabij to i wyjedź z tego miasta” Wilczyńskiego. Niezwykłej mocy kreskówka, gdzie PRL – owskie klimaty zarysowane są po mistrzowsku.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx




Weekendowe wydanie “Naszego Dziennika” nie przerosło codziennego poziomu.(PB)


nasz dziennik z 6 i 7 marca 2021 proponuje natomiast trochę informacji, w których rzetelność nie powinniście, Drodzy Czytelnicy, powątpiewać:

– 6 marca 1521 roku, a więc dokładnie pół tysiąclecia temu, wygłodzone załogi flotylli Magellana po przeszło trzech miesiącach żeglugi przez Pacyfik dostrzegły wyspę, noszącą obecnie nazwę Guam. Żeglarze po utarczkach z tubylcami nazwali archipelag Marianów “Wyspami Złodziejskimi” i po kilku dniach ruszyli dalej na zachód. Proponuję Czytelnikom zajrzeć na początek tego blogu, do wpisów sprzed pięciu lat, gdzie jest więcej informacji o epokowym rejsie.

– 7 marca 2020 roku trafiliśmy w Jakuszycach na narciarski Bieg Retro. Obiecaliśmy sobie wrócić na tę zwariowaną imprezę rok później, ale wirus postanowił inaczej. Pozostało parę zdjęć i nadzieja, że w przyszłości…

– 7 marca 2021 w całej Polsce “Manify”. W Gdańsku też, mimo wyjątkowo podłej pogody, zebrała się bardzo znaczna grupa osób, przewyższająca liczebnością ilość samochodów policyjnych.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


Dzień Kobiet nie dał “Naszemu Dziennikowi” inspiracji do zająknięcia się o połowie ludzkości. Każdego dnia natomiast krótsze lub dłuższe materiały o Danielu O. (kiedyś taka forma będzie zapewne obowiązująca). Obajtek Rydzykiem interesów świeckich, czy Rydzyk Obajtkiem interesów kościelnych – teza prawdopodobna w obie strony. (PB)


nasz dziennik 8 marca 2021
przypomnijmy, że:
8 marca 1968 roku rozpoczęły się trwające kilkanaście dni protesty i strajki w obronie relegowanych z uczelni warszawskich studentów, najczęściej o żydowskich korzeniach. Obejmując cały kraj, akcja nie ominęła też Politechniki Gdańskiej.

Implikacje wydarzeń (najpewniej zresztą po części prowokowanych przez walczące frakcje partii komunistycznej) były wstrząsające: do emigracji zmuszono dziesiątki tysięcy osób, głównie pochodzenia żydowskiego, bardzo często pełniących istotne funkcje w nauce, administracji czy kulturze.
Ich miejsce szybko zaczęły wypełniać “nowe elity” (termin przewijający się także w obecnym czasie, z lubością lansowany przez “zbawcę narodu”).
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

Nie odważę się skomentować wklejonego obok zdania. Skopiowałem je z “Naszego Dziennika”, bo zafrapował mnie niesłyszany wcześniej czasownik “omadlać”. Najwyraźniej korektor tekstu w edytorze też się z nim nie spotkał, bo podkreślił na czerwono.(PB)

 


nasz dziennik 9 marca 2021 znów wspomina przeszłość:
– 9 marca 2015 roku mieliśmy okazję zaliczyć krótki pobyt w Wenecji i okolicach. “Krótki pobyt” w Wenecji ociera się o grzech, żeby pozostać przy retoryce naszego medialnego przewodnika po marcowym wpisie, ale lepiej krótko niż wcale.
Miasto, które w średniowieczu stało się jedną z głównych potęg Europy (i w swojej formule miejskiej republiki – wzorem do naśladowania choćby dla Gdańska), założyli w połowie V wieku n.e. uciekinierzy z nieodległej, bogatej i znaczącej wówczas Akwilei, ratujący się przed najazdem Hunów.
Zahaczyliśmy zatem o pozostałości tej dawnej metropolii, z których najważniejsze są wspaniałe posadzki w katedrze, jak też wybraliśmy się stateczkiem na lagunę, żeby z perspektywy obejrzeć sylwetkę Wenecji.

 – 9 marca 2016
Diabelski (znów ten szatan!) Kamień w Lasach Oliwskich

– 9 marca 2018
Łódź – murale w centrum miasta

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx



Wiem, że w gronie Miłych Czytelników tego bloga jest spora liczba medyków.
“Nasz Dziennik” służy również tej grupie zawodowej odkrywczymi, przydatnymi radami.(PB)

 


nasz dziennik 10 marca 2021 wspomina:
– 10 marca 2014 – Mierzeja Wiślana (jeszcze nie tknięta przekopem!)

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


Zauważcie, Drodzy Czytelnicy, że powyższe wyimki pochodzą z “Naszego Dziennika” i dotyczą, rzecz jasna, poczynań edukacyjnych wrażych środowisk “lewackich”. Sądzę jednak, że nietrudno byłoby znaleźć we wrażych, “lewackich” wydawnictwach identyczne tytuły, odnoszące się wszakże do poczynań edukacyjnych środowisk “kato – narodowych”, a więc łatwo identyfikowalnych choćby z “Naszym Dziennikiem”.
Ta swoista konwergencja propagandowego języka przeciwstawnych sobie obozów jest fenomenem, który właśnie w tym wpisie próbuję pokazać Czytelnikom, a samemu – zrozumieć. (PB)


nasz dziennik 11 marca 2021 uwagaaaa:
11 marca 2016 roku zacząłem pisać ten blog!!!
Minęło więc pięć lat comiesięcznego absorbowania Czytelników nie zawsze udanymi tekstami i zdjęciami, oraz zawsze udanymi rysunkami Żonny.

Serdeczne dzięki za cierpliwość i wyrozumiałość, oraz za liczne ciepłe, a także nieliczne oziębłe słowa, napływające w reakcji na tę ilustrowaną pisaninę!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


  Dobrze jest, jak wskazują doświadczenia wybitnych speców od propagandy, użyć języka militarnego, potęgującego u odbiorców poczucie zagrożenia i odruch obronny. (PB)

 


nasz dziennik 12 marca 2021 przynosi kolejne rocznicowe wspomnienie:
– 12 marca 2013 roku zdarzyło się nam być w Jerozolimie.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

Po raz kolejny hasło (to z mediami i ideologią), które z powodzeniem może funkcjonować po obu stronach politycznego muru, przy odwrotnym zwrocie wektorowym wszakże. (PB)


nasz dziennik 13 marca 2021 znów odnosi się do staroci, mających jednak cień związku z tym, co powyżej:

jeśli o media (kiedyś wolne) chodzi, to zdarza się jeszcze trafić na artefakty…

13 marca 2013 roku (bez związku z mediami i ideologią) – widok na najważniejszy izraelski port nad Morzem Śródziemnym – Hajfę:

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

Wiara, neomarksizm, media, popędy, żądze. Oprócz tego – rozum, którego “Nasz Dziennik ” zaleca używać. Popieram zdecydowanie ten postulat. (PB)


nasz dziennik 15 marca 2021

15 marca 2011 (dziesięć lat temu) zdarzyło się podziwiać prawdziwe zimowo – górskie panoramy. Zdjęcie ma przypominać wrażenia estetyczne i nie ma w nim żadnych głębszych podtekstów.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

 

Nie mogę się nadziwić inwencji redaktorów we wskazywaniu szatańskich podszeptów. Dzisiaj na warsztacie pomysły na pomoc osobom niepełnosprawnym intelektualnie poprzez włączanie ich, w miarę możliwości, do powszechnego systemu oświaty. Zamysł trudny w realizacji, ale w cywilizowanych krajach funkcjonujący.
Komentarz “Naszego Dziennika” na tyle żenujący, że nawet obśmiać go trudno.
Wyróżnienia tekstowe  z dzisiejszego numeru wpisują się w takie pomysły Partii i Rządu, jak dążenie do wypowiedzenia antyprzemocowej “Konwencji Stambulskiej” (co, żeby było śmieszniej, pierwsza zrobiła Turcja!).
W znacznych obszarach “konserwatyzm” islamski pokrywa się z katolickim.(PB)


nasz dziennik 16 marca 2021 nie odnotował ciekawostek bieżących, ani historycznych, więc macie Państwo dzień oddechu, okraszony fotką zrobioną dokładnie 11 lat temu (nie mam pewności, kto wystaje spod pokrywy śnieżnej, ale jest to bez wątpienia postać obdarzona świętością):
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 



 

 

 

 

 

 

 

 

nasz dziennik 17 marca 2021  (a więc na środę dzisiejszą) jest w stanie skwitować wyżej przytoczoną lawinę obajtkomańską z “Naszego Dziennika” jedynie skromnym limerykiem:

Pognębiał raz w Pcimiu wójt wuja
wołając: “pokażę ci mu ja,
bez ścianki rurę,
czyli że: dziurę”.
Tu rym se dobierzta na czuja!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

nasz dziennik 18 marca 2021

to pierwszy dzień tegorocznego marca, którego nie zaczynamy od przeglądu “Naszego Dziennika”. Chcemy tym sposobem dać Państwu i sobie chwilę oddechu od pulsującej emocjami atmosfery tego wydawnictwa.

Mamy nadzieję, że odprężeniu sprzyjać będzie zdjęcie, zrobione w epoce fotograficznych błon odwracalnych “Orwochrom”, a przedstawiające naszą najmłodszą córę Katarzynę, dziś właśnie obchodzącą urodziny.
Zwróćcie uwagę na paczkę papierosów “Caro”, które utonęły w odmętach czasu podobnie, jak błony “Orwochrom”, a których obecność na stoliku niemowlaka nikogo wówczas nie dziwiła.

 

 

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


Z przyjemnością zaprenumerowałbym na stałe “Nasz Dziennik”, gdyby całą jego zawartość stanowiły wyłącznie, podobne jak powyższa, apetyczne recepty kuchenne. (PB)


nasz dziennik 19 marca 2021

Dzisiaj Dzień Jedności Kaszubów, przypadający w tym roku w siedemset osiemdziesiątą trzecią rocznicę ukazania się bulli papieża Grzegorza IX, gdzie znalazła się pierwsza pisemna wzmianka o tym dzielnym pomorskim ludzie.
W dniu ich jedności życzymy Kaszubom, aby jednoczyli się wokół myśli swobodnej.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 Koniec odpoczynku! Wracamy do tekstów istotnych dla “Naszego Dziennika” programowo, pozostawiając na jakiś czas na boku przyjemności w rodzaju zupy z bakłażanów. (PB)

 


nasz dziennik 20 marca 2021 ma wolny weekend i o niczym nie donosi.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Powyżej – fragment zajmującej całą stronę “Naszego Dziennika” reklamy grupy “Orlen”. Najwyraźniej Daniel O. zamawiając te kosztowne reklamy spłaca gazecie należność za bardzo liczne płomienne artykuły w jego obronie, których fragmenciki prezentowaliśmy powyżej.(PB)


nasz dziennik 22 marca 2021

dziś imieniny Katarzyny Krenz, którą mamy zaszczyt znać osobiście.
Jeśli nie przeczytaliście jeszcze wszystkich napisanych przez Solenizantkę książek, zróbcie to niezwłocznie, bo z tego co wiemy, nadchodzą
kolejne!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


Nie jestem pewien, czy właściwie odczytuję te diagnozy “Naszego Dziennika”, ale mam mocne przeświadczenie, że autorom przyświeca myśl propagowania polszczyzny czystej i wolnej od jakichkolwiek wulgaryzmów którą, w odróżnieniu od różnych tam salonów, reprezentuje w godny sposób codzienny ostatnio gość redakcyjnych treści, Daniel O. (PB)
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx



Zdarza się “Naszemu Dziennikowi” krytykować władze Partyjno – Rządowe. Mam jednak wrażenie, że dzieje się to tylko w przypadkach takich, jak próby ograniczania frekwencji w kościołach podczas pandemii, co skutkuje zmniejszeniem wpływów na tacę. (PB)


xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

nasz dziennik 27 marca 2021
Miłośnicy podróży bez pudła poznają zapewne, że na zdjęciu widnieje berlińska Brama Brandenburska. Nieco osobliwą cechą zdjęcia jest to, ze zostało zrobione od strony wschodniej w bardzo dawnych latach, gdy przekroczenie znajdującej się w ciągu muru berlińskiego bramy było niemożliwe. Możliwe natomiast było udanie się do Berlina wschodniego na zakupy tym bardziej, że w okresie czasu, o którym mowa, ówczesne Partia i Rząd pozwalały na wymianę dość znacznej kwoty złotówek na marki wschodnioniemieckie. Ze sposobności tej skorzystało skwapliwie poślubione sobie właśnie 27 marca tego dawnego czasu małżeństwo, wymieniwszy na marki wszystkie otrzymane z okazji ślubu “kopertówki”. Owoce wyjazdu były przebogate; do czasów dzisiejszych dotrwał przechowywany jak relikwia nóż z aluminiową rączką, oraz mechaniczna waga osobowa, zachowująca dokładność +/- 3 kg.
Nie tylko ślubne (cywilne) wspomnienie wyróżnia dzień 27 marca, bo dokładnie rok później do młodych małżonków zawitał Tomasz.
Ten znamienny fakt niech będzie podsumowaniem marcowego naszego dziennika.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Po miesięcznych zmaganiach z lekturą i komentowaniem wyimków z “Naszego Dziennika” (i źródeł pokrewnych), oraz czynienia zapisków w naszym dzienniku (i źródłach pokrewnych), pora na krótką refleksję nad obserwacjami płynącymi z tych czynności.

Pierwszym pobieżnym wrażeniem, jakie nasuwa się przy obcowaniu z oboma dziennikami, jest zauważalny “symetryzm” (że użyję rozpowszechnionego ostatnimi czasy, choć raczej w odniesieniu do całokształtu polskiej praktyki politycznej, neologizmu) znajdowanych tam punktów widzenia, czy raczej – stosowanych  wobec przeciwnej strony dyskursu politycznego figur retorycznych.
Rzucająca się w oczy jest ich konwergencja, czyli równoległe występowanie, wszakże przy przeciwstawnych opisach.
Kilka pierwszych z brzegu przykładów:
– “pachołki Moskwy”
– “Targowica”
– “Szczujnia”
– “Ideologia” (w różnych konfiguracjach)
– “Edukacja – indoktrynacja”
–  “Propaganda”
– “Patriotyzm”
– “Duch Narodu”
To była mała próbka jednobrzmiących epitetów, mających dyskredytować stronę przeciwną.
“Jesteś głupi!”, “To ty jesteś głupi!” – pamiętacie z podwórka?
Zauważamy zatem, że identyczne lub bardzo podobne określenia są w odwrotny sposób rozumiane przez, mówiąc umownie, czytelników “Naszego Dziennika” i naszego dziennika.
Jedni i drudzy traktują nawzajem tę “symetrię” retoryczną jako odbicie ich własnych prawd w krzywym lustrze, lub mętnej wodzie strony przeciwnej.

Funkcjonuje także cała gama określeń opatrzonych modnym ostatnio przedrostkiem  “tzw.”, który można znaleźć w publikacjach dzienników obojga punktów widzenia (jak też tygodników, kwartalników, oraz innych niż drukowanych przedsięwzięć medialnych).
Tu znajdziemy, zależnie od opcji światopoglądowej “tzw. praworządność”, “tzw. strajk kobiet”, “tzw. strefę wolności osób LGBT”, ale też “tzw. Trybunał Konstytucyjny”, “tzw. Izbę Dyscyplinarną SN”, etc. Dziwne, że w tej ostatniej grupie nie znalazło się dotychczas “tzw. prawo i sprawiedliwość”, ale to pewnie kwestia czasu.

Napisawszy powyższe znalazłem się w miejscu, gdzie powinny zaistnieć próby wytłumaczenia sobie i innym przyczyn funkcjonowania dwóch równoległych rzeczywistości.
Uznałem jednak, że przed nadchodzącą Wielkanocą lepiej będzie podumać w spokoju nad własną niedoskonałością z nadzieją, że innym także zdarzy się taki czas refleksji.

 

Mijający czas bałwanów (?)

Natura łaskawie przypomniała nam w ostatnich tygodniach zjawisko, zwane dawniej “zimą”. Najmłodszemu pokoleniu nie muszę zatem opisywać takich fenomenów jak mróz czy śnieg, bo mogło ich doświadczyć organoleptycznie.
Wiedzione zaś naturalną u ludzkiego gatunku skłonnością do eksperymentu, wspartą doświadczeniem osób starszych, szybko opanowało sztukę tworzenia śniegowych bałwanów.
Słowo “bałwan” w języku polskim określa, jak wiadomo, nie tylko ulepioną przez dzieciaki śniegową figurę czy spienione morskie fale, ale także figuralne wyobrażenie bóstwa, zaś najczęściej – osobę reprezentującą przymioty nie do końca godne szacunku.
Dwa ostatnie znaczenia bywają, jak wynika z obserwacji, częstokroć kojarzone wspólnie, czego skutkiem może się stawać ubóstwianie bałwanów – zjawisko w życiu społeczeństw nierzadkie.
Przemijaniu czasu bałwanów śniegowych sprzyja zwykła odwilż.
W przypadku bałwanów ubóstwionych jest to niestety proces znacznie bardziej zawiły  i na ogół skutkuje jedynie czasowym ich nadtopieniem.
Poczynania w tym kierunku są wszakże bardzo pożądane; w ostatnim czasie daje się takowe zaobserwować w wykonaniu odwilżowych ekip politycznych, oraz publicystycznych.
Tyle o (lekko może naciąganych) paralelach z dziedziny bałwanologii, spójrzmy zatem na migawki z (niespodziewanej w lutym) zimy 2021.
Oddający atmosferę przymglonych tego dnia tras biegowych w ulubionym Hrabstwie Kłodzkim obrazek narysowała znana, lecz niestety ciągle nie do końca sprawna Ręka. Podobnie, jak wykonała kilka następnych zimowych szkiców i fotografii, nie tylko zresztą z południa Polski.

Na ostatnim ze zdjęć widać górną stację wyciągu na Czarnej Górze. Trasy narciarskie z niej prowadzące były puste, opatrzone tablicami zakazu wstępu; nie dostrzegliśmy tam nawet Pierwszego Zjazdowca RP.
To osobliwe feryjne doświadczenie: bezludne niemal góry, żywienie się “wynosami” z nielicznych pracujących na ćwierćobrotach  knajp, noclegi u miłych gospodarzy zerkających w okno z obawą, czy nie nadarzy się jakaś kontrola, szaleńcze szusy na “jabłuszkach”, wymarłe stare kurorty.

Szczęśliwie, ulubione biegówki – bez urzędowych ograniczeń.

Ostatnie zdjęcie pochodzi z Gierałtowa, malowniczej jak cały region i mającej długą historię wsi, której dawniejsza nazwa brzmiała Gersdorf.
Ciekawe, czy Pani Małgorzata Gersdorf, dobrze zapamiętana była szefowa Sądu Najwyższego, mogła mieć jakiś odległy związek rodzinny z obecnym Gierałtowem (Starym lub Nowym, bo tak się dzieli)?
Niekoniecznie, ale ta zbieżność nazewnicza jest jednym z tysięcy przykładów na to, jak przez wieki przeplatały się na terenach polskich, ale i wszędzie indziej, losy ludzi będących w drodze, a w końcu znajdujących swoje miejsce.
A także na to, jak wąskim, przemijającym i sztucznym, a przez to instrumentalnie wykorzystywanym i nadużywanym pojęciem może być “narodowość”.
Poprzestanę na tej dość ogólnikowej refleksji, bo temat jest szeroki i drażliwy, a nasz blog ma być dla Czytelników i Oglądaczy okazją do chwili wytchnienia.


Dla wielu osób wytchnieniem będzie najpewniej widok kilku zdjęć obrazujących dzieło Ojca Dyrektora, na które trafić można niewiele zbaczając z drogi łączącej Gierałtów z Gdańskiem.
Luty był miesiącem naprzemiennie i niespodziewanie następujących po sobie pór roku; niespodziewana mroźna i śnieżna zima znienacka ustąpiła miejsca niespodziewanemu, upalnemu prawie latu, które błyskawicznie zanihilowało śniegowe bałwany, jak też zaspy przesłaniające obiekty wszelakich kultów.
Na przedmieściach Torunia dał się więc zaobserwować kompleks marmurowo – złoty, wcale nie skromny.
Można odnieść wrażenie, że zamysłem jego powstania jest chęć stworzenia takiego polskiego Watykaniku, sanktuarium myśli konkurencyjnej wobec franciszkowej, którą mają nieść w lud adepci lokalnej wyższej szkoły spikerów.
Twarze spotykanych osób wyglądają, mimo maseczek, na uduchowione i niezbyt skore do wymiany poglądów, natomiast pewne zasłyszanych tu prawd.
Zaobserwowaliśmy również, że jeśli ktoś tu nosi sutannę, to nie nosi maseczki. Księżowskie “pogotowie” z Gierałtowa nie pasowałoby tu zbytnio.

Miasto Kopernika i piernika oferuje szeroką gamę doznań duchowych.
Nieco odmienne w swym charakterze sanktuarium , jakim jest świetne tamtejsze Centrum Sztuki Współczesnej, prezentuje na przykład wystawę twórczości kultowego fotografika i celebryty, Helmuta Newtona.
Nie przepadam za fotografią reżyserowaną, jednak kreatywność tego twórcy naprawdę robi wrażenie.


Przemierzenie kraju z północy na południe i z powrotem pozwoliło po raz nie wiadomo który potwierdzić opinię, że w domu najlepiej, chociaż gdzie indziej też bywa ładnie i ciekawie.
Widoki zimowe z okna, narciarska włóczęga przez kaszubskie pagórki i jeziora, a nade wszystko wzdłuż morskiej plaży: hej, jak mawiają górale!

Ameryka

Dociekania lokalnych badaczy (niekoniecznie zgodnie z prawdą powołujących się na związki z KULKaszubskim Uniwersytetem Ludowym) sugerują, że znaczna liczba spotykanych w świecie nazw geograficznych ma swoje źródło na Kaszubach.
Dobrym przykładem jest Ameryka, której to nazwy pochodzenie błędnie wywodzono do niedawna od nazwiska Amerigo Vespucciego, gdy tymczasem tkwi ono najpewniej w podmirachowskim przysiółku.
Jakby nie było faktem jest, że Mirachowo w ciągu kilku ostatnich stuleci traciło na znaczeniu, spadając z rangi stolicy starostwa do obecnego statusu niewielkiej wioski, natomiast Ameryka – często utożsamiana w potocznym rozumieniu z USA – potężniała w tym czasie niebywale.
Ewolucyjne przedsięwzięcie, na skalę być może największą od czasu wyginięcia dinozaurów, polegające na wymieszaniu genomów i etnosów z całego zaludnionego świata na obszarze jednego kontynentu, dało efekt cywilizacyjny o skali równie ogromnej.
Efekt dobry, czy nie – dyskusja niewiele da; można najwyżej opisywać to, co się wydarzyło i wydarza.
Tym zaś trudnią się zastępy specjalistów, skromnym blogerom pozostawiając ewentualnie margines na ich prywatne obserwacje i uwagi.
A także – na wspomnienia z pobytów za Wielką Wodą, jeśli się to komuś przydarzyło, tak jak nam przed dekadą, kiedy to od Michała/Tadeusza i “Lali” (która od pewnego czasu przemierza niebieskie prerie), dostaliśmy propozycję wspólnego objazdu kilku wschodnich stanów.
Jak wszędzie, tak i tam, najciekawsi są ludzie. Dobrym punktem obserwacji może być choćby stolik w nowojorskim przyulicznym knajpianym ogródku, gdzie w trakcie opróżniania butelki piwa da się uwiecznić wiele ciekawych postaci spośród milionów, składających się na “We, the People of the United States” (“My, Naród Stanów Zjednoczonych”):

To, co działo się w Stanach w ostatnich tygodniach w sferze polityki świat obserwował z jeszcze większym zainteresowaniem, niż topowe mecze ligi NBA, czy gale wręczania filmowych Oskarów.
Prezydenckie zmagania wygrał gość wyglądający na normalnego, który ma szanse faktycznie wcielić w życie hasło wykrzykiwane przez swojego poprzednika, by “uczynić Amerykę znowu wielką”.
Wśród wielu mądrych słów wypowiadanych ostatnio przez Bidena zwróciły uwagę dwa, niejednokrotnie powtarzane: “szacunek” i “możliwości”.
Oba te terminy są bardzo pojemne, podobnie jak korelacje między nimi; zdolni autorzy stworzyliby (a może już to zrobili?) pewnie niejeden interesujący esej bazujący na znaczeniach i powiązaniach tych dwóch wyrazów.
Myślę, że nowy prezydent USA przywołał je, próbując wskazać na moralną podwalinę ukształtowania się i rozwoju kraju, ale też zaznaczając potrzebę trwania przy nich dla przyszłości.

Szacunek jako życzliwa akceptacja inności, także jeśli chodzi o dzielenie się możliwościami. Jako schowanie cząstki egoizmu, żeby w lepszym współdziałaniu z innymi w końcu i tak wyjść na swoje, podobnie jak ci inni.
Niby proste i oczywiste, a jak niełatwe do stosowania w życiu, zwłaszcza w epoce swobodnego, lecz niestety – zdziczałego – internetu.
Biden deklaruje usilną pracę dla przekonywania o konieczności i celowości wzajemnego szacunku. Jeśli mu się powiedzie, a świat zechce pójść w ślady Ameryki tak, jak to czyni od dobrych stu lat, to może coś dobrego z tego będzie.
Także dla Kaszubów z Mirachowa, górali z Murzasichla i w ogóle dla mieszkańców kraju nad Wisłą, nie wyłączając redaktorów TVP.
Jak i dla tych, co grają i słuchają muzyki w Nowym Orleanie, w Nashville, czy w Memphis.

Górale, Kaszubi……….., ze wszystkich stron świata ciągnęli do Ameryki ludzie wolnej woli, przyciśnięci biedą czy opresją, gnani żądzą przygody, bogactwa czy sławy, w końcu – idealiści. Bez względu na motywy, które skłoniły ich do trudnej wyprawy za ocean, wszystkich łączyła ponadnormatywna odwaga i wyobraźnia.
Te spostrzeżenia dotyczyły, jak wspomniano, ludzi wolnej woli.
Kontynent miał wszakże wcześniejszych gospodarzy, którzy ulegli z czasem sile europejskiej ekspansji i – przetrzebieni, lepiej czy gorzej próbują wpasowywać się w urabianą przez zdobywców społeczną magmę.
Podobnie jak Afrykanie, których miliony dowiozły tu statki handlarzy niewolnikami, a których nie pytano o chęć odbycia podróży.
Migracje między Europą, Azją i Afryką a Ameryką to temat potężny jak oceany, dzielące te kontynenty; spróbujemy od czasu do czasu cokolwiek o nich napomknąć w tym blogu.
A na razie kilka słów i obrazków dotykających czasu wcześniejszego niż ten, kiedy Brytyjczycy okrzepli na tyle, aby zacząć kolonialną konkurencję w Ameryce Północnej z wcześniej tam instalującymi się Hiszpanami, a także Francuzami.

Nie rozpisuję się na temat tych mniej znanych epizodów północnoamerykańskiej historii; jeśli starczy Wam cierpliwości, poczytajcie inskrypcje na kilku pamiątkowych tablicach, które znaleźliśmy w różnych miejscach Florydy i Georgii.
Natomiast zdecydowanie zachęcam do lektury znakomitej książki Tony’ego Horwitz’a “Podróż długa i dziwna – drugie odkrywanie Nowego Świata” (“A voyage long and strange. Rediscovering New World”). Nieczęsto trafiają się autorzy potrafiący, jak Horwitz, łączyć dogłębną wiedzę i wystudiowanie tematu z lekką i bardzo dowcipną formą narracji. Warto poczytać Horwitza tę i inne rzeczy tym bardziej, że nic już więcej, niestety, nie napisze !

Finisz tych porozrzucanych amerykańskich impresji nie może obyć się bez nutki patriotyczno – bohaterskiej, którą niech wyrazi przywołanie postaci Kazimierza Pułaskiego.
Pamiętamy go z jesiennej wycieczki do Warki, z którym to miasteczkiem związany był w dzieciństwie. Zaliczywszy chlubną historycznie kartę w Polsce, trafił do formujących się Stanów Zjednoczonych, których pozostał jednym z bohaterów.

Poniżej zaś – nieco bardziej współczesne, ale zdecydowanie lokujące się w kategorii zabytków,  akcenty batalistyczne napotkane w USA:

 

 

Podróżnicy

Rob Gonsalves – “Pływające wyspy”

Adwentowy czarny karnawał 2020, godny pióra Osieckiej czy Młynarskiego.
Korowody gości, sterowane gazetowymi anonsami w czarnych ramkach, przemieszczają się w funeralnym kontredansie z Witomińskiego, poprzez sopocki, Srebrzysko aż na Łostowicki,
Muzyka niezbyt skoczna, ale rytmiczna.
Na początku wodzirej z kosą, za nim w pierwszej parze Ciocia Pandemia z Wujem Kryzysem, potem – roje masek, które przy każdym kolejnym spotkaniu coraz lepiej nawzajem się rozpoznają, bo spotkania częste.
Zamaskowani żałobnicy idą dalej, pozostawiając w ciszy i spokoju Ich, których imiona przywołałem pod koniec poprzedniego wpisu.
To bliskie nam osoby, które wybrały się w podróż dokądś – tam, w feralnych ostatnich dniach listopada.
Każde z nich było podróżnikiem co się zowie, żyjącym blisko morza, często – na morzu czy dla morza. I dla nas.


  • Iwona
    Jako zdeklarowana feministka obruszyłaby się zapewne na określenie “Damski Noe“, ale w mojej pamięci pozostaje kimś właśnie takim.
    Kimś, kto robił wszystko, żeby ziemską naturę ocalić przed antropoceńskim potopem.
    Z biblijnym pierwowzorem łączyły Iwonę jeszcze trzy przynajmniej cechy: żegluga była Jej pasją, a poza tym – lubiła wino i nie lubiła Chama.

  • Zbyszek
    Kiedyś zbudowaliśmy razem dom; w jednej jego połówce mieszkamy dotychczas z Żonną, w drugiej Zbyszek spędził może z tydzień, po czym na długie lata wybrał się w świat. W czasie gdy w Polsce zebrano się przy Okrągłym Stole, Zbyszek zaprosił mnie do wspólnego rejsu łódką po egzotycznych wodach.
    Z różnych względów do rejsu nie doszło, mnie zaś pozostała jako pamiątka przepustka do ministerstwa bezpieki Jamajki, gdzie musiałem przedłużyć wizę.
    Młodszym Czytelnikom wyjaśniam, że wówczas w paszportach był uwidoczniony opis cech fizycznych właściciela, między innymi kolor oczu, który portier uznał za moje nazwisko.
    Więcej w tym akapicie o mnie niż o Zbyszku, ale to On inicjował przygody.
  • Tomek
    Powściągliwy w wypowiedziach i w wydatkach, wszelako obok masy zalet:
    miał nasz Tomek dwie słabostki,
    cygara i rosół z kostki .
    Sylwia (żona) w pięknych słowach Tomka pożegnała.
  • Wiesław
    W mojej pamięci – wzorzec siły spokoju, mądrości i rozwagi.
    Marzena (córka) w pięknych słowach Wiesława pożegnała.
  • Józef
    Znałem Józefa najmniej z wymienionych; był, podobnie jak Wiesław, przedstawicielem starszej od nas o numer generacji.
    Wiem wszakże na pewno, że podobnie jak Wiesław, był autorem nadzwyczaj udanego potomstwa.

 

500 lat upłynęło niedawno od momentu, gdy wyprawa pod wodzą Magellana sforsowała  cieśninę znaną obecnie pod jego imieniem i wypłynęła na bezmierne wody Pacyfiku.
Historię epokowego rejsu starałem się przypomnieć w pierwszych wpisach tego blogu w 2016 roku, uzupełniając ją opisem swoich prób podążania śladami Magellana (to informacja dla Czytelników od niedawna bywających na tej stronie i  jednocześnie zachęta, aby zajrzeć wstecz).
Jednym z najważniejszych źródeł dokumentujących wyprawę są dzienniki Antonio Pigafetty, wydane w polskim tłumaczeniu tylko raz, w 1992 roku. Opis wydarzenia wygląda tam tak:

Próbuję sobie wyobrazić święta Bożego Narodzenia 1520 roku załóg trzech okrętów, jakie pozostały w eskadrze po wcześniejszych perturbacjach.
Pożegnawszy kontynent amerykański 28 listopada, mieli jeszcze żeglarze zapewne zapasy wody i żywności tam pozyskane, zatem w miesiąc później mogli na pokładach nieco poświętować.
Czekały ich jednak kolejne prawie trzy miesiące żeglugi non – stop, której “uroki”, zwłaszcza kulinarne, możemy poznać w widocznym obok fragmencie zapisków Pigafetty (skopiowane z “Relacja z wyprawy Magellana dookoła świata” wyd. Novus Orbis Gdańsk 1992).
Lektura tej relacji po raz kolejny skłania do podziwu dla odwagi i wyobraźni, jak też do zadziwienia systemem wartości, który motywował wielkich odkrywców do ich epokowych poczynań. 


Ten sam zestaw zadziwień, co w przypadku wielkich odkrywców, bywa też naszym udziałem w odniesieniu do władców i polityków, których zwykło nazywać się wielkimi, bo potrafili bilans swoich działań w brudnawej generalnie sferze walki o władzę i jej utrzymanie zamknąć wynikiem dodatnim dla społeczeństw, a nie tylko dla siebie.
Taki był choćby Willy Brandt, niemiecki kanclerz z przełomu lat 60-tych i 70-tych XX wieku, laureat pokojowego Nobla.
“Niemiec o ludzkiej twarzy” – to określenie w ustach osób, które już w dorosłości przeżyły koszmar II wojny i okupacji, brzmiało jak prawdziwy komplement.
Symbolem tego, co zdziałał pożytecznego, było spontaniczne uklęknięcie przed pomnikiem Bohaterów Getta podczas wizyty w rządzonej przez komunistów Warszawie, dokładnie 50 lat temu. Okrągła rocznica, więc na jej uczczenie powstał m.in. świetny programik muzyczny, przepleciony wypowiedziami znanych historyków i polityków, który polecam zwłaszcza uwadze młodzieży, w obliczu intensywnego korygowania podstaw nauczania historii w polskich szkołach:
https://vimeo.com/487605284
Jeszcze jedno rocznicowe przypomnienie dla młodzieży: kilka dni po wizycie Brandta, ale bez związku z tym wydarzeniem, zaczął się nasz Grudzień’70


Zauważyliście zapewne między ilustracjami do tego wpisu niezwykłe, trącące surrealizmem obrazy Roba Gonsalvesa, które pasowały moim zdaniem do tekstu.
Wiadomo wszakże, że wpis bez Aninego obrazka jest pozbawiony najważniejszego waloru, więc niniejszym nadrabiamy (tym razem bez koloru, bo Artystka ma kontuzjowaną prawicę):
Na obrazku – widoczny z naszego okna po przeciwnej stronie ulicy domek imienniczki Żonny. Pani Ania pod koniec grudnia skończy 100 lat, co okoliczni mieszkańcy zamierzają uczcić w sposób zgodny z rygorami sanitarnymi
(i uważając, aby okolicznościowej pieśni urodzinowej nie odśpiewać w rutynowy sposób: “stooo laaat”)
Zatem jeszcze jedna okrągła rocznica grudniowa, jeszcze jedna podróż – tym razem ciągle trwająca, bo jak zapewnia Jubilatka prosząc o podwózki na kolejne wybory – nie spocznie zanim się dobra zmiana nie zmieni na dobre.


I tak, wyszedłszy od wspomnień o Podróżnikach, a znalazłszy się w sferze toastowej, spójrzmy na dokonanie – tym razem nie podróżnicze – Andrzeja “Tourbanika”, o którym szerzej wspomniałem w listopadowym artykule.
Mam nadzieję, że wklejenie tu fragmentów epokowej pracy zespołu przezeń kierowanego jest legalne. Czynię to z zapałem, bo mimo całej mojej mizerii lingwistycznej, a tym bardziej medycznej, konkluzje badań odczytuję jako w miarę optymistyczne, sygnalizujące mianowicie odwracalność pewnych zmian zachodzących w strukturach ludzkiego mózgu po spożyciu umiarkowanych ilości alkoholu. To jedna z najlepszych wiadomości upływającego miesiąca i roku.
Wznośmy zatem w odpowiednio umiarkowanym trybie kielichy za Podróżników, bez względu na to, który ze światów aktualnie przemierzają!!!


Z ostatniej chwili: od dawna wspólnie podróżujący Teresa i Michał postanowili usankcjonować tę praktykę stosownym urzędowym dokumentem. A więc jeszcze jedna miła okoliczność toastowa pod koniec roku! Tym razem śmiało można zaśpiewać: “Sto lat”!!!
Podsumowanie obrzędu w bardzo okrojonym składzie osobowym miało miejsce w kaszubskiej wiosce Hejtus, w domu sąsiadującym z Pomorskim Ośrodkiem Rehabilitacji Dzikich Zwierząt “Ostoja”.
Zupełny przypadek, ale jest to miejsce, do którego powstania i funkcjonowania w wielkim stopniu przyczyniła się Iwona, o której wspomniałem na początku. Rodzina prosiła, aby zamiast kłaść kwiaty na Jej mogile, przekazać datek na “Ostoję” właśnie. Jeśli możecie, zróbcie to także, Drodzy Czytelnicy!