Turecki serial odc.2 – Krzyże

Powodowany zrozumieniem dla ograniczonych zasobów czasowych Czytelników, a także Ich ograniczonej cierpliwości staram się, aby relacje w tym blogu były możliwie jak najtreściwsze i niosące istotne informacje.
Nie mnie oceniać, w jakim stopniu się to udaje, zapewniam jednak, że zamysł nieprzynudzania bywa czasem niezwykle trudny do realizacji.
Dzieje się tak, gdy próbujemy przekazać wrażenia z miejsc, gdzie Historia postanowiła toczyć się wyjątkowo szybko i intensywnie, a w dodatku od zawsze.
Te miejsca to Pępki Świata (uznajemy, że Świat może mieć więcej niż jeden Pępek), zaś Bizancjum/Konstantynopol/Stambuł bez wątpienia się do nich zalicza.

Na fotografii widać Guldporten, konstantynopolitańską “Złotą Bramę“, znacznie ładniej skądinąd odwzorowaną na akwarelce, kończącej poprzedni wpis.
Przez bramę wychodziła z miasta Via Egnatia (jej śladem biegnie teraz ulica obok widocznych w oddali dwóch wieżowców).

Przypomnijmy, że ta imponująca magistrala drogowa (wprawdzie o niespełna trzymetrowej zaledwie, lecz wystarczającej podówczas, szerokości) powstała, gdy Rzymianie zabrali się w II wieku p.n.e. za podbój bogatych greckich terytoriów. Łączyła zaś Rzym z greckim miastem Byzantion, położonym w strategicznym miejscu nad Bosforem.

Tę mapkę Imperium Romanum z czasu jego największej ekspansji, podobnie jak widniejącą powyżej mapkę przebiegu Via Egnatia (obie skopiowane z Wikipedii), pokazuję tu nie po raz pierwszy, bo dają one pojęcie o ogromie polityczno – militarno – gospodarczo – cywilizacyjnego przedsięwzięcia, jakim było Cesarstwo Rzymskie.

Liczba ludności Cesarstwa w II wieku n.e. sięgała blisko 100 milionów (była to znacząca część ówczesnej światowej populacji), a długość granic przeszło 10000 km.
Panowanie nad tak wielkim obszarem, przy naturalnym oporze podbitych społeczeństw i równie naturalnym naporze społeczeństw sąsiadujących, było na tyle kłopotliwe, że na przełomie III i IV wieku cesarz Dioklecjan ustanowił drugie, obok Rzymu, centrum władzy (Nikomedia w Azji Mniejszej), oraz zawiły system wielowładztwa (tetrarchia).
Tenże Dioklecjan był skądinąd ostatnim spośród rzymskich cesarzy gnębicielem chrześcijan, których liczba i aktywność w imperium niebywale wzrosła od czasu wcześniejszych o ponad 200 lat poczynań misyjnych św. Pawła, wspomnianych tu przed miesiącem.

Konstantyn Wielki przez kilkanaście lat pracował w pocie czoła nad przekształceniem wymyślonego przez poprzednika (Dioklecjana) systemu wielowładztwa, w swoje własne jedynowładztwo. Dopiął tego w 325 roku metodami, których subtelność od zawsze charakteryzowała politykę (i nic się od wówczas w tym względzie nie zmieniło).

Znalazł jednak przy tym czas i wolę na podjęcie co najmniej dwóch epokowych decyzji: usankcjonowania chrześcijaństwa jako legalnej religii w Cesarstwie (edykt mediolański), oraz przeniesienia stolicy wschodniej części imperium z Nikomedii do miasta Byzantion , co sfinalizowano z pompą w roku 330, kiedy to cesarz w swej łaskawej skromności nadał mu nazwę Konstantynopol.
Bizancjum (Byzantion) stało się od tego czasu określeniem Cesarstwa Wschodniorzymskiego, a z chwilą ostatecznego upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego w 476 roku przejęło wszelkie atrybuty Imperium Romanum.

Konstantynopol – makieta (źródło :Wikimedia Commons)

Dwa sposoby odwzorowania pozwalają na dobry ogląd kształtu miasta, które przez kilkadziesiąt lat rozrosło się od niewielkiej faktorii handlowej do formatu światowej metropolii, naturalnie na miarę czasów.

mapa autorstwa: Cplakidas – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4988495

Położenie Konstantynopola jest wyjątkowe, zarówno w wymiarze lokalnym jak i globalnym.
O wymiarze globalnym już wspominaliśmy; miasto stanowiło i ciągle stanowi, zależnie od okoliczności – pomost lub rygiel na lądowych i morskich szlakach pomiędzy Azją i Europą, pomiędzy Morzem Śródziemnym i Morzem Czarnym.
Wymiar lokalny – to znakomite warunki do obrony miasta, na większej części swoich granic oblanego wodami Morza Marmara (Propontyda), oraz jego zatoki zwanej Złotym Rogiem. Wzmocnienie murami granic wodnych, ale przede wszystkim ufortyfikowanie zachodniej granicy lądowej, pozwoliło mieszkańcom metropolii pokazywać środkowy palec najróżniejszym najeźdźcom przez długie wieki.
Na planie widać dwie główne linie murów lądowych, wzniesione w interesujących nas czasach: te z lat dwudziestych IV wieku (“Konstantyńskie”), oraz znacznie potężniejsze, o sto lat późniejsze “Teodozjańskie” (zbudowane za Teodozjusza II) – odsunięte dwa kilometry na zachód, dla zwiększenia przestrzeni rozrastającego się szybko miasta i lepszej jego obrony.

W tle murów teodozjańskich – dziesiątki statków na bosforańskiej redzie, zmierzających do ukraińskich portów po zboże, którego odbiór i możliwość przewozu w wojennych realiach 2022 roku próbuje negocjować Turcja.
To bardzo aktualna ilustracja nawiązująca do motywów, kierujących cesarzami w wyborze i umacnianiu Konstantynopola jako “Drugiego Rzymu”.

Dobrnęliśmy do momentu, w którym możemy zacząć eksploatację tematyki związanej z tym odcinkiem “Tureckiego serialu”, zatytułowanym: “Krzyże”.
I tutaj gładko przechodzimy od wątku murów obronnych i areału Konstantynopola, które związane są z imionami cesarzy Konstantyna i Teodozjusza (obu skądinąd zdobi w historii przydomek “Wielki”), oraz Teodozjusza II, do mających daleko większy wpływ na historię świata poczynań tych panów, tyczących się ekspansji chrześcijaństwa.

Konstantyn, jak wspomniałem wcześniej, zalegalizował chrześcijaństwo w Cesarstwie Rzymskim. Zaangażował się w sprawę do tego stopnia, że w 325 roku zwołał w swojej podstołecznej rezydencji w Nicei sobór powszechny, którego ustalenia dały podstawę dla bazowej doktryny chrześcijaństwa, czyli wyznania wiary, ale także dla jednoznacznego określenia terminu obchodów Świąt Wielkanocnych, dzięki czemu od wieków wiadomo, kiedy należy zacząć malować jajka.
Letni pałac Konstantyna zniszczyło trzęsienie ziemi, zaś ruiny zniknęły pod wodami jeziora, nad którym leży Nicea (przemianowana przez Turków na Iznik).
Nie ma pewności, czy sobór odbył się właśnie w owym zatopionym pałacu, czy może raczej w nikejskiej bazylice Hagia Sophia, kilkakrotnie przebudowywanej, a obecnie służącej jako meczet.
Raczej jako pewnik przyjmuje się natomiast, że w tej bazylice obradował w 787 roku Sobór Nicejski II, będący jedną z odsłon zmagań z ikonoklazmem w Kościele Wschodnim, czyli kłótniami o oddawanie lub nie oddawanie czci świętym obrazkom.

Wielcy: Konstantyn, oraz władający Cesarstwem kilkadziesiąt lat po nim Teodozjusz, doprowadzili w ciągu IV wieku do legalizacji chrześcijaństwa, a potem do uczynienia go oficjalną religią w Imperium Romanum (Teodozjusz był ostatnim władcą obu jego części, wschodniej i zachodniej).
Można jedynie spekulować, w jakiej proporcji pozostawały w umysłach obu władców autentyczna wiara oraz rachuba polityczna, biorąca się z obserwacji atrakcyjności nowej religii dla mas społecznych.
Tego rodzaju spekulacje dotyczą większości władców i większości religii, z jakimi miała (i ma ciągle) do czynienia ludzkość w swojej historii.

Hagia Irene, czyli Bazylika św. Ireny, jest jednym z niewielu bizantyńskich obiektów sakralnych, do których po tureckiej konkwiście Konstantynopola nie dobudowano minaretów.

Bazylika św. Ireny była w Konstantynopolu najważniejszym kościołem, do czasu wybudowania w pobliżu sławnej Hagia Sophia, istnego cudu bizantyńskiej architektury i sztuki.
Ta ostatnia została jednak przerobiona na meczet, a fantastyczne freski – zręcznie zamaskowane. W Hagia Irene maskowanie za pomocą siatek ma zapobiegać skutkom aktywności wydalniczej gołębi, co jak widać po plamach – dobrze się udaje.



Rzadko udaje się dziś znaleźć krzyże na tureckich od przeszło pięciuset lat terenach dawnego Bizancjum. Na wspaniałych świątyniach zastąpiły je półksiężyce, chociaż sama forma architektoniczna bizantyńskich bazylik zyskała uznanie wyznawców Proroka; trzeba przyznać zresztą, że minarety całkiem dobrze się z nią komponują.

O półksiężycach i ich starciach z krzyżami będzie trochę w kolejnym odcinku, a na razie wspomnijmy o tym, jak to krzyż krzyżowi krzyżem bywał.

Średniowieczna ilustracja do manuskryptu opisującego zdobycie Konstantynopola przez krzyżowców w 1204 roku.

Krucjaty, czyli zwoływane pod znakiem krzyża wojenne wyprawy europejskiego rycerstwa przeciwko “niewiernym” występowały już w tym blogu niejednokrotnie.
Przypomnijmy, że ich historia zaczęła się na przełomie XI i XII wieku skutecznym wyparciem muzułmanów z Ziemi Świętej, co przerodziło się w trwające dziesiątki lat zmagania, angażujące wielkie pokłady żarliwej wiary przeplatanej żądzą podboju, rabunku, sławy i władzy.
Bizancjum było, z uwagi na terytorialną bliskość celu krucjat (a także na swoje porachunki z wyznawcami islamu, kąsającymi i po trochu odgryzającymi kawałki cesarstwa), naturalnym zapleczem logistycznym wypraw krzyżowych.
Lepiej czy gorzej układające się współdziałanie sił spod patronatu rzymskiego papiestwa, z tymi mającymi błogosławieństwo patriarchy Konstantynopola, miało miejsce mimo narastających kontrowersji między wschodnim i zachodnim odłamami chrześcijaństwa, których kulminacją była schizma 1054 roku .
Bieg spraw odwrócił się kompletnie w latach 1202 – 1204, kiedy to nagromadzenie politycznych wektorów (w pierwszym rzędzie mocarstwowych aspiracji Wenecji, jak też wewnętrznych walk o tron w Bizancjum) spowodowało, że ogłoszona przez papieża IV krucjata dała sobie w zasadzie spokój z jej nominalnym celem (Jerozolimą i resztą Palestyny), skupiając się na zdobyciu i złupieniu chrześcijańskiego, bądź co bądź, Konstantynopola.

Metropolia padła po raz pierwszy od wzniesienia 800 lat wcześniej murów Teodozjusza, które zresztą przy tej okazji nie były atakowane (najeźdźcy wdarli się od strony słabszych umocnień wzdłuż Złotego Rogu).
/Mapka skopiowana z książki “Czwarta Krucjata” M.Angolda/

Warto jednak wspomnieć, że bizantyńskie elity solidnie zapracowały na tę klęskę, doprowadzając system władzy do legendarnej wręcz degrengolady, na końcu której dość powszechną praktyką bywało królobójstwo, skutkujące szybką rotacją na cesarskim tronie.
Poddani Cesarstwa niespecjalnie rwali się zatem do obrony, a elitarna zaciężna gwardia wareska odmówiła w pewnym momencie współpracy na znak obrzydzenia wobec poczynań swoich pracodawców.

Tu znowu swoją chwilę (trwającą kilkadziesiąt lat) w historii miała wspomniana wyżej w związku ze sławnym soborem z 325 roku, Nicea (obecnie Iznik).
Właśnie tam bowiem po upadku stolicy zainstalował się bizantyński “rząd na uchodźctwie”, w którym z czasem objawiły się indywidualności zdolne odbudować potęgę Cesarstwa i doprowadzić do odbicia w 1261 roku Konstantynopola z rąk łacinników (lub “Franków”, jak nazywali ich Grecy).

Uwieńczeniem procesu był triumfalny wjazd do miasta przez znaną nam z początku tej opowieści Złotą Bramę,
Michała VIII Paleologa (jeszcze jako cesarza nikejskiego) i przywdzianie przezeń bizantyńskiej korony
(mal. Rosen Toshev).
Dynastia Paleologów zdołała “dorządzić” do upadku państwa w 1453 roku, któremu nie zdołała wszakże zapobiec.

Trwający z górą dziesięć wieków w Bizancjum czas krzyży pozostawił po sobie niezliczoną ilość architektonicznych i inżynieryjnych cudów.
Te sakralne są na ogół dalej sakralnymi, tylko sacrum się zmieniło po 1453 roku, gdy półksiężyc zapanował w miejsce krzyża.
Jest jednak w Konstantynopolu/ Stambule wyjątkowa budowla służąca wprawdzie sferze profanum, ale swym ogromem i kunsztem wykonania wprowadzająca zwiedzającego w stan duchowego uniesienia.
Jeśli zdarzy Wam się być w tym mieście, nie omińcie Bazyliki Cystern!!!!!

Odrestaurowanie i świetne wyeksponowanie Bazyliki Cystern, (lub Cysterny Bazyliki), jest jednym z przykładów rozumnego podejścia tureckich zdobywców Bizancjum do materialnych pozostałości tego imperium.
Widać to też w innych miejscach, gdzie prowadzone są prace badawcze, zabezpieczające, a w miarę możliwości – także rekonstrukcyjne.
Trzeba mieć nadzieję, że jest to robione w imię świadomego wpisywania się w cywilizacyjną ciągłość, a nie z intencją “podczepiania się” pod osiągnięcia dawnych pokoleń, oraz ich “przyswajania” po odpowiedniej “obróbce”.
Jak dobrze wiemy, bywa to częstą praktyką wśród autokratyczno – populistycznych rządców w różnych krajach.

Turecki serial odc.1 – Panteony


Koń jaki jest – każdy widzi, nawet przy kiepskim oświetleniu.
Koń jest mianowicie trojański i w dość wątpliwy sposób ozdabia plac recepcyjny najsławniejszego chyba w świecie kompleksu archeologicznego.
Ale po minięciu parkingów z setką autokarów, kas biletowych, sklepów z pamiątkami, oraz konia, robi się coraz lepiej.


Trudno opanować wzruszenie, gdy idzie się powoli systemem drewnianych pomostów, poprowadzonych wśród wykopalisk i ogląda odkryte przez Schliemanna i pokolenia jego następców obiekty.
Przypomina się z pradawnych, szkolnych czasów, fascynacja lekturą takich dzieł jak “Bogowie, groby i uczeni” Cerama, gdzie pionierzy dziewiętnastowiecznej archeologii opisani byli niczym herosi, których tajemnice starali się odsłaniać. Tego świetlanego wizerunku nie był w stanie przyćmić nawet fakt masowego – co tu dużo mówić – rabunku i wywozu ogromnych ilości bezcennych artefaktów (aczkolwiek nie można wykluczyć, że gdyby nie znalazły się one w muzeach Londynu, Paryża, Berlina czy Nowego Jorku, to mogłyby po prostu nie przetrwać).

Zanim zaczniemy przemierzać chodniki ułożone pośród ruin Troi, zajrzyjmy do relacji sprzed trzech lat, napomykającej o wydarzeniach sprzed trzech tysięcy lat i miejscach na Peloponezie, gdzie rozpoczęła się uwieczniona w strofach “Iliady” Homera trojańska awantura.
Obok ślepego greckiego poety i opiewanych przezeń bohaterów, postacią łączącą Troję i peloponeskie Mykeny oraz Tiryns jest Henryk Schliemann, postępujący za wskazówkami zawartymi w “Iliadzie” odkrywca pozostałości wymienionych antycznych miast.

"Homer (stgr. Ὅμηρος, Hómēros, gr. Όμηρος) (VIII wiek p.n.e.) – grecki pieśniarz wędrowny (aojda), epik, śpiewak i recytator (rapsod). Uważa się go za ojca poezji epickiej. Najstarszy znany z imienia europejski poeta, który zapewne przejął dziedzictwo długiej i bogatej tradycji ustnej poezji heroicznej. Do jego dzieł zalicza się eposy: Iliadę i Odyseję."

(fragment artykułu z Wikipedii)

rysunek: Ania B.

Jak wspomniano, Henryk Schliemann potraktował epos Homera jako wiarygodne źródło informacji nie tylko o przebiegu i bohaterach wojny trojańskiej, ale także o szczegółach topograficznych takich, jak obwód murów, czy odległość miasta od brzegu morskiego.
Kierując się tymi wskazówkami wytypował wzgórze koło wsi Hisarlik i w roku 1871 rozpoczął tam wykopaliska, przy których prace trwają od tego czasu niemal nieprzerwanie, kontynuowane przez specjalistów różnych nacji – szczęśliwych posiadaczy koncesji tureckiego rządu. Ostatnimi czasy skądinąd wyraźna jest tendencja “turczenia” badań archeologicznych, nie tylko w Troi zresztą.
Dla zainteresowanego obserwatora wielkim walorem ekspozycji trojańskich wykopalisk jest wyraźne oznaczenie i opisanie warstw osadniczych.
Badacze doliczyli się ich nie mniej niż dziewięciu (niektórzy – nawet kilkunastu), bazując na subtelnych przesłankach pozwalających na datowanie, takich jak znajdowane w nich artefakty, lub techniki budowlane.

Pierwsze z powyższych zdjęć, skopiowane z zasobów internetowych, pokazuje próbę rekonstrukcji Troi w jej najbardziej znanej w świecie warstwie VI, przypisywanej czasom wojny trojańskiej (XIII w pne). Na kolejnym widać jedną z licznych tablic informacyjnych na terenie wykopalisk, nieźle obrazujących zidentyfikowane warstwy osadnicze, pokazane w terenie tak, jak na trzecim zdjęciu.
Jeśli zaś przyjrzeć się dokładnie czwartej fotografii, to widać w dalekiej perspektywie poza ruinami statek, zmierzający w stronę Cieśniny Dardanele (w antyku – Hellespont) i Morza Marmara (Propontis), a jeszcze dalej – zarys jednego z monumentów na półwyspie Gallipoli, upamiętniającego epizody I Wojny Światowej (o tym w następnych odcinkach).

Niewykluczone, że taki właśnie rzut oka upewnił Schliemanna co do lokalizacji Troi, według Homera osiągalnej w trakcie niedługiego marszu od wybrzeża, do którego dobiły okręty wiozące wojska spartańsko - mykeńskie (wsparte posiłkami innych greckich miast i wysp)
Nie chcąc dalej eksploatować cierpliwości Czytelników, oraz zasobów własnej niewiedzy, zakończę trojański epizod naszej eskapady naszkicowanym przez Żonnę konterfektem Panni Zofii Schliemannowej, ozdobionej przez jej znakomitego małżonka znalezioną przezeń w ruinach Troi antyczną biżuterią, która w jego wyobraźni i marzeniach mogła trzy milenia wcześniej należeć do pięknej Heleny. Porwanie Heleny, żony króla Sparty Menelaosa, przez Parysa, syna trojańskiego króla Priama,  miało być pretekstem do podjęcia przez grecką koalicję wojny przeciw Troi. Uczeni ciągle nie są zgodni co do tożsamości etnicznej mieszkańców Troi w owym czasie. 

Ten i kolejne odcinki “Tureckiego serialu” noszą podtytuły nawiązujące do skojarzeń religijnych, bo wielkie religie panujące w różnych epokach na terenach obecnej Turcji mogą, moim zdaniem, czytelnie identyfikować te epoki.
Zaczęliśmy zatem od “Panteonów”, będących określeniem zarówno zbiorowiska najważniejszych dla danej kultury bóstw, jak też poświęconych im sanktuariów.
Panteony były przedmiotem czci ludu i narzędziem sprawowania władzy przez panujących; ołtarze od zawsze podpierały trony, od zawsze z wzajemnością.
Przed nastaniem cywilizacji greckiej w drugim tysiącleciu p.n.e. niewątpliwie panowały wśród tamtejszych ludów (choćby Hetytów, którzy stworzyli potężne państwo w Azji Mniejszej) politeizmy, po których pozostało sporo śladów.
Natomiast panteon grecki i będący jego kalką rzymski, są nam doskonale znane zarówno dzięki źródłom pisanym, jak i dziełom sztuki oraz architektury.

Odwiedziliśmy w Troadzie (krainie, której Troja była metropolią) kilka fantastycznych przybytków, gdzie kamienne resztki zachowały się, w przeciwieństwie do otaczającej je w antycznych czasach zabudowy miejskiej z cegły suszonej na słońcu. Wszędzie wałęsaliśmy się praktycznie sami.
Sanktuarium Ateny w Assos góruje nad pobliskim wybrzeżem Morza Egejskiego i nad pozostałościami publicznych obiektów miasta, które w historii gościło tak znamienite postaci jak Arystoteles, czy św. Paweł z Tarsu.

Nieopodal trafiamy na zespół świątynny kolejnej ważnej postaci greckiego panteonu, Apolla. W tutejszym wydaniu nosi on przydomek “Smintheion”, z grubsza przekłada się to ponoć na “Apollo od myszy”. Gryzonie symbolizują tu zarazę, jaką miał zesłać Apollo na greckie wojska oblegające Troję, na prośbę kapłana imieniem Chryzos.
Nie wdając się w dalsze zawiłości związane z tym wątkiem, zachęcam Czytelników do wnikliwej lektury “Iliady”, gdzie wszystko zostaje przez Homera detalicznie wyłożone.

Ostatnie ze zdjęć obrazuje kawałek antycznej drogi, łączącej apollińskie sanktuarium z leżącym kilka kilometrów dalej miastem i portem Aleksandria Troas, nazwanym tak na cześć macedońskiego imperatora. Port został z czasem kompletnie zapiaszczony i pozostało po nim niewielkie jezioro o czerwonawej barwie.
Pozostałości okazałego niegdyś miasta badają zaś obecnie archeolodzy z uniwersytetu w Ankarze.
Wiadomo, że kwitło ono jeszcze kilka wieków po podboju rzymskim (133 p.n.e.), a nawet było brane pod uwagę przez cesarza Konstantyna jako potencjalna stolica imperium. Przegrało jednak w konkurencji z Bizancjum, o czym w kolejnych odcinkach.

Świętego Pawła spotkaliśmy już w Assos, zaś Aleksandria Troas była jeszcze ważniejszym punktem jego misyjnych wędrówek. Pojawienie się “Apostoła Narodów” w tej relacji zwiastuje rychłe zaistnienie chrześcijaństwa w rzymsko – greckim imperium i powolny zmierzch “Panteonów” w “Tureckim serialu”.

Skoro dobrnęliśmy do postaci niestrudzonego wędrowca – misjonarza, który kładł w połowie I wieku podwaliny chrześcijaństwa w Cesarstwie Rzymskim i w należyty sposób przypłacił to w końcu życiem, należy wspomnieć o tym, że swoje podróże odbywał morzem (choćby korzystając z portu Aleksandria Troas), ale także lądem, korzystając ze znakomitej sieci dróg, wybudowanych przez Rzymian dla podboju i administrowania imperium.
Najważniejszą bodaj z nich była Via Egnatia, przywoływana swojego czasu w relacji z Macedonii i Albanii, a także – z wędrówki w poszukiwaniu śladów Via Appia.
Via Egnatia łączyła dwie stolice Cesarstwa – Rzym i Bizancjum, wchodząc w mury tego ostatniego poprzez Złotą Bramę, od której wkrótce rozpoczniemy kontynuację naszej grecko – rzymsko – tureckiej opowieści.

Austriackie gadanie

Powyższe zdjęcie jest wypełnieniem obietnicy danej Czytelnikom na zakończenie poprzedniego wpisu.
Przedstawia, jak łatwo zauważyć, tysiące woluminów pogrupowanych na setkach metrów półek, w przebogatym barokowym wnętrzu. To sławna biblioteka benedyktyńska w austriackim Admont.
Sporo było we wcześniejszych, irlandzkich opowiastkach, o tamtejszym średniowiecznym ruchu monastycznym, skutkującym powstawaniem klasztornych ośrodków o charakterze naukowym, "eksportujących" następnie wyedukowanych mnichów do Europy kontynentalnej i Anglii.
Irlandczycy zakładali tam swoje zgromadzenia, ale też z czasem przystępowali do zakonów o podobnym charakterze, wśród których prym wiedli benedyktyni. 
Może trafili także do powstałego prawie tysiąc lat temu klasztoru w Admont, w austriackiej Styrii?
Braciszkowie oddawali się tam iście benedyktyńskiej pracy, tworząc bogato iluminowane manuskrypty, będące ozdobą wyżej wzmiankowanej biblioteki. Nie zaniedbywali wszakże działań bliższych codzienności, prowadząc ożywioną działalność gospodarczą.
Od kilkudziesięciu lat flagowym ich przedsięwzięciem jest mająca już dobrą markę kompania przemysłu drzewnego, bazująca na bogatych zasobach alpejskiego drzewostanu.

Tytułowe “austriackie gadanie”, to takie właśnie sobie gadanie, z mniejszym lub większym sensem, a generalnie – bez jasnej myśli przewodniej. Czasami też oznacza po prostu gadanie bez sensu .
Wymykając się wszakże tym galicyjskim definicjom postanowiłem nie tylko gadać, ale też pozwolić Państwu popatrzeć na przewagi, które tego lata były udziałem KKK (Klubu Kochających Kajaki).
Owo czcigodne zgromadzenie, goszczące już w tym blogu we wcześniejszych wakacyjnych sezonach w pomorsko – przybałtyckich okolicznościach, zmierzyło się tym razem z górskimi wodami austriackich, alpejskich rzek.
Będziemy zatem mieli do czynienia nie z gadaniem, a z oglądaniem zdjęć.
Niektóre z nich mogły powstać tylko dzięki temu, że ich autor wyrzucony gwałtownie z pneumatycznej kanadyjki zdołał żywym osiąść na skale, w dodatku chroniąc aparat przed zalaniem.

Charakterystyczną cechą osób prawdziwie kochających kajaki jest to, że potrafią
przemierzać wzdłuż cieki wodne nawet wtedy, gdy kajaków zwodować się nie da…

Spływ zakończył się bez ofiar (nie licząc złamanego Sławkowego palca), co na starcie wcale nie wydawało się oczywiste.
W ramach relaksu po jego zakończeniu dzielni KKK-owcy zahaczyli jeszcze, poza wspomnianym klasztorem w Admont, o obfitującą w spektakularne widoki odkrywkową kopalnię rudy żelaza Erzberg.
Obwożą po niej gigantycznymi wywrotkami, na których przymocowane są specjalne platformy, służące ulokowaniu posiadaczy biletów wstępu.

Wpis, do którego końca zmierzacie, miał być krótki i będzie krótki, aczkolwiek na koniec nie pozbawiony odrobiny austriackiego gadania o powiązaniach.
No bo, proszę Państwa, rudy żelaza z okolic Erzbergu niechybnie mogły być eksploatowane już przez Celtów, którzy w połowie ostatniego tysiąclecia przed Chrystusem zawędrowali w te strony, niosąc wczesne umiejętności ich hutniczego wykorzystania. Niedaleko leży wszak Hallstatt, które utytułowało mocną, archeologiczną identyfikację tutejszej celtyckiej aktywności powszechnie przyjętym terminem “kultury halsztackiej”.
Celtowie zaś, jak wspomniano w wielu poprzednich wpisach, pociągnęli stamtąd dalej, wywierając przemożny wpływ na dzieje zachodniej Europy kontynentalnej, jak też Wysp Brytyjskich, do których zalicza się Irlandię.
Folgując wielokrotnie sygnalizowanej chęci przypominania Czytelnikom o plątaninie powiązań czasoprzestrzennych w dziejach ludzkości wspomnę, że wyżej opisane ciekawostki austriackie spotkaliśmy w relatywnie niewielkiej odległości od Wiednia, spod którego w swoim czasie zmykali Turcy, pogonieni przez polską husarię.
Ta habsburska stolica, o której więcej można poczytać w artykulikach zgromadzonych w kategorii “Habsburgowie”, leży z grubsza w połowie drogi między Dublinem a Istanbułem, z których pierwszy występował w ostatnich, a drugi – wystąpi w następnych wpisach w tym blogu.

W ramach “austriackiego gadania” zauważę jeszcze tylko że, według ostatnich doniesień medialnych, pewien znany w Polsce “Skromny Prezes Partii Politycznej” (cytat z szeroko rozpowszechnianego samookreślenia) , pomyślnie dokonawszy współpoświęcenia przekopu Mierzei Wiślanej, podzielił się z Narodem refleksją o swojej wizycie w Wiedniu sprzed kilkudziesięciu lat.
Owo epizodyczne dotknięcie “Zachodu” wywołało u niego odruch, mówiąc delikatnie, niechęci, którą pracowicie usiłuje przenieść na społeczeństwo.
W jakim stopniu się to udaje – przekonamy się przy najbliższych wyborach, oby uczciwych.
Nawiasem mówiąc, partyjno – rządowe gremium zmierzające na przekopową fetę, niechybnie otarło się o inny przekop, zbudowany przed stu kilkudziesięciu laty w celu utworzenia nowego ujścia Wisły, dla ochrony Gdańska i Żuław przed katastrofalnymi powodziami.
Wielokrotnie dłuższy, szerszy i trudniejszy w realizacji od przekopu Mierzei, jest ciągle przykładem ze wszech miar sensownej inwestycji.

Światowa opinia publiczna w tym samym czasie (choć w nieco zróżnicowanym stopniu) ekscytowała się okołoprzekopowymi występami, jak też królewskimi funeraliami w Wielkiej Brytanii.
Te ostatnie uwidoczniły, jak ważne dla Brytyjczyków jest trwanie monarchii i jak ogromna ich większość uważa tę instytucję za szczęśliwą dla kraju okoliczność.
Szczęśliwą okolicznością dla Polski jest natomiast pewność, że nie grozi jej dynastyczne następstwo tronu.

Masło irlandzkie III

W poprzednich wpisach staraliśmy się wskazać na charakterystyczne elementy irlandzkiego krajobrazu, obyczaju czy historii.
Obok tytułowego masła przywołane zostały inne sławne przetwory spożywcze (whiskey, piwo), a następnie: chmury, klasztory (z całą otoczką związaną z irlandzkim monastycyzmem), limeryki, oraz klify.
Przychodzą mi jeszcze do głowy: kuchnia, dolmeny, puby, tańce, muzyka i linie lotnicze. Joyce’a, jak i innych licznych luminarzy irlandzkiej kultury wysokiej, oszczędzę Państwu z uwagi na wakacyjno – relaksacyjną formułę tej relacji.

Co do irlandzkiej kuchni, to jej specjalnością wydaje się być pizza, podobnie jak w przypadku narodowych kuchni większości ze 193 krajów zrzeszonych w ONZ (jednym z chlubnych wyjątków jest Italia).
Najlepszą zjedliśmy w mieście Tullamore, którego nazwa kojarzy się zdecydowanie bardziej z płynnym smakołykiem irlandzkim, niż z posiłkiem neapolitańskiej biedoty.

Klify na wybrzeżach Irlandii wielu uważa za najbardziej malownicze w Europie. Żeby odnieść się do tej opinii, warto mieć okazję obejrzeć owe nadmorskie urwiska w świetle słonecznym, na które nieczęsto udaje się tam trafić.
Najbardziej znane klify o wdzięcznej nazwie Moher (nadanej im zapewne po to, aby przyjezdni zaopatrzyli się w odpowiednio ciepłe bereciki) ledwo – ledwo przezierały przez atlantycką mgłę i opad atmosferyczny, co widać – nie widać na fotografiach.

Wszelako nawet na tej mglistej wyspie bywają z rzadka okienka pogodowe, które tamtejsze widoki czynią godnymi zapamiętania i utrwalenia.
Momentów takich zdarzyło się niewiele, zatem i zdjęć w słonecznym świetle zobaczycie w tej, jak i dwóch poprzednich irlandzkich relacjach, zaledwie kilka.

Historia cywilizacji w Irlandii nie zaczęła się od czasów św. Patryka, czy “dwunastu irlandzkich apostołów” (V – VI wiek n.e.), nie zaczęła się też od przybycia prawie tysiąc lat wcześniej Celtów.
Ludziska ciągnęli na wyspy brytyjskie od czasów najdawniejszych, bo są one enklawą względnie przyjaznego klimatu (choć nie zawsze przychylnego fotografom z wyżej wspomnianych względów, co jednak w neolicie było przeszkodą pomijalną), dającego perspektywę nie tylko przeżycia, ale też rozmnażania się.
Mają też, jak to wyspy, walor obronny, utrudniający ewentualnym chętnym niepokojenie wcześniej osiadłych na nich społeczności.
Losy prairlandczyków próbują uczeni odtwarzać badając znajdowane tu i ówdzie odłamki ich kości; jest to zajęcie obarczone z góry ogromnym marginesem niepewności co do wnioskowanego obrazu.
Pewne przybliżenie dają natomiast efektowne pozostałości kultur sprzed paru tysięcy lat, kiedy to w różnych miejscach globu jęto je upamiętniać w sposób do dziś budzący szacunek i podziw.
To z czasów egipskich piramid czy mezopotamskich zikkuratów pochodzą irlandzkie dolmeny – megalityczne konstrukcje, służące pewnie celom kultowym, lub będące miejscem wiecznego spoczynku kogoś ówcześnie ważnego.

Puby irlandzkie, w odróżnieniu od dolmenów, tętnią życiem.
Każdy z nich jest państewkiem w państwie, rządzi się swymi własnymi, często odwiecznymi zwyczajami i prawami, zaś władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą sprawuje w nich barman (autorytarna władza barmana w irlandzkich pubach to skądinąd zapewne natchnienie i inspiracja dla niejednego Najważniejszego Polityka w niejednym prawdziwym państwie).
Wiele pubów opisuje siebie jako najstarsze na wyspie; nie należy się zbytnio do tego przywiązywać, natomiast należy cieszyć się piwem i muzyką, których nie brakuje.
W zasobie zdjęć z irlandzkiej włóczęgi nie znalazłem takich, które obrazowałyby puby jako puby, zatem zamieszczam fotografie zawierające wizerunki osób w pubowej scenerii, za ich domniemaną zgodą.




Raz turysta w Kilkenny
chciał coś łyknąć za penny.
Barman na to: nie te czasy,
tu się pije za eurasy!
I za potrójne ceny!

W poprzednich dwu odcinkach relacji z krainy masła, piwa i destylatu, sporo miejsca poświęciłem świętym tamtejszym, których panteon jest okazały.
Trudno się dziwić, bo Irlandię nie tylko kształtowały w swoim czasie płynące przez Europę prądy chrześcijańskie, ale na zasadzie fali odbitej wracały one na kontynent, wzmocnione przepracowanym na wyspie duchem i myślą średniowiecznych mędrców, spośród których wielu dosłużyło się przedrostka “św.” przed imieniem.
O korelacjach polityki z niesioną na sztandarach taką czy inną religią wspominamy co rusz, bo to bodaj najważniejsze paliwo historycznego wehikułu; dzieje Irlandii nie są tu wyjątkiem.

Ciekawym zjawiskiem natomiast, zwłaszcza z polskiego dzisiejszego punktu widzenia, jest gwałtownie postępujący w ostatnich latach proces odchodzenia irlandzkiego społeczeństwa od katolickiego kościoła, do niedawna wszechwładnego w tym kraju.

Coraz częściej mieszkańcy Corku
odmawiają odmawiania paciorków.
"Od spraw niebiańskich tera
my mamy Rajanera"-
tak mówią od środy do wtorku.

Przyczyn tego trendu dociekają w licznych publikacjach tęgie i biegłe w tematyce głowy; na porządnie ugruntowane wnioski trzeba spokojnie poczekać, niekoniecznie wiążąc ów fenomen z imponującymi osiągnięciami irlandzkiej gospodarki, wśród których sukces Ryanaira jest jednym z najbardziej spektakularnych.

Na koniec “irlandzkiego tryptyku”, dawkowanego P.T. Czytelnikom powolutku w upalnych wakacyjnych miesiącach, wspomnę o miejscu, którego na maślanej zielonej wyspie nie obejrzeliśmy, bośmy nie zaklepali na czas biletów.
To sławna biblioteka sławnego Trinity College w Dublinie – z konieczności na zdjęciu Dilitta, a nie moim.
Jako rekompensatę zaprezentuję już w kolejnym wpisie inną sławną bibliotekę, którą udało mi się sfotografować osobiście.

Masło irlandzkie II

Na początku kolejnej partii rozpoczętych w ubiegłomiesięcznym wpisie irlandzkich migawek, postaram się głębiej uzasadnić ich tytuł.
Wiadomo powszechnie, że masło jest jedną ze specjalności wyspiarskiego kraju, bo jest smaczne i jest go dużo.
Błędem byłoby jednak mniemanie, że nadaje się ono tylko do smarowania chleba.

Wyobraźcie sobie Państwo łódź z wikliny, pokrytą skórami, zbudowaną w szóstym wieku dla podjęcia dalekomorskich wypraw.
Łódź oczywiście przecieka, ale po nasączeniu skór roztopionym masłem – staje się szczelną konstrukcją, o dużej dzielności morskiej.
Taką właśnie jednostkę zbudował irlandzki mnich, św. Brendan, i na niej odbył swoje półlegendarne podróże, odkrywając i eksplorując szereg wysp i wysepek brytyjskich, Hebrydy, Orkneye, a nawet ponoć docierając do Islandii i Ameryki Północnej.

Te globtroterskie przedsięwzięcia stały się we wczesnym średniowieczu, bez względu na fakty (nieostre za mgłą domysłów i legend), osnową dla hagiograficznej opowieści “Podróż Świętego Brendana”, która wzmacniając wcześniej już ugruntowany kult jej bohatera, przyczyniła się do uznania go patronem żeglarzy i podróżników.

Łatwo zatem zrozumieć, dlaczego jednym z pierwszych miejsc które postanowiliśmy odwiedzić w Irlandii było Clonfert, szczycące się posiadaniem katedry Św. Brendana, w której ponoć został on pochowany (grobu dotychczas nie znaleziono, może dlatego, iż sędziwy mnich zadbał przed swoim odejściem w zaświaty, aby przypadkiem nie pokrojono jego truchła na relikwie; ten odrażający, trącący kanibalizmem proceder, kwitnie niestety do dnia dzisiejszego ).

Katedry – wiadomo – wymagają sporego dystansu lub szerokokątnego obiektywu, aby można je było ująć na zdjęciu, no i oczywiście z reguły są ozdobą dużych miast.
Clonfert tymczasem okazało się być niewielką wioską, zaś rozmiary Brendanowej katedry przystają raczej do gabarytów wiejskiego kościółka, według polskich standardów naturalnie.
Małe wszakże bywa piękne, a w tym wypadku emanuje też niezwykłą aurą spokoju niezakłócanego przez turystów, którzy z rzadka tu trafiają.
Opiekująca się świątynią pani, którą zastaliśmy akurat na miejscu, wpuściła nas też do dawnych ogrodów opuszczonego żeńskiego klasztoru, będącego kiedyś jednym kompleksem z katedrą. Czarodziejskie miejsca.

Patron żeglarzy i podróżników, św. Brendan, postać mało do niedawna znana nad Wisłą, doczekał się jednak w ostatnich latach uhonorowania poprzez umieszczenie jego wizerunku w rzeszowskiej farze (więc nie nad Wisłą wprawdzie, a nad Wisłokiem).
Doprowadził do tego Andrzej “Tourbanik” – może jeszcze nie patron, ale na pewno już guru polskich obieżyświatów, skądinąd wykazujący fizyczne podobieństwo do wyobrażonego na wspomnianym konterfekcie Brendana (lub odwrotnie).
Z braku pewności co do faktycznego wyglądu twarzy świętego irlandzkiego mnicha, Żonna ograniczyła się tutaj do popełnienia alegorii, obrazującej go od tyłu.


Maślane tropy irlandzkie zawiodły nas niepostrzeżenie w stronę jeszcze jednej wyspiarskiej domeny, mianowicie irlandzkiego monastycyzmu – zjawiska o istotnym wpływie na dzieje wczesnośredniowiecznej Europy.
Powstało na ten temat wiele mądrych rozpraw, ale z żadnej nie wynika jednoznaczny wniosek objaśniający, dlaczego akurat na tej dość odizolowanej od ówczesnego głównego nurtu europejskiej cywilizacji wyspie, doszło w połowie pierwszego millenium do istnej erupcji aktywności intelektualnej, bazującej na mnożących się tam licznie ośrodkach życia klasztornego.
Zaistniała wówczas w Irlandii nowatorska forma mniszej reguły, oparta na prostym pomyśle zagospodarowania czasu wolnego od ascetycznych praktyk religijnych dla potrzeb zgłębiania wiedzy doczesnej, a także jej opisywania za pomocą pracowicie przyswajanej sobie łaciny (wspomniane wyżej peregrynacje św. Brendana i późniejsze ich opisy, to niezły tego przykład).
Poruszając się po wyspie nie sposób ominąć licznych pozostałości po wczesnośredniowiecznych klasztornych centrach religijno – naukowo – kulturalnych, jak choćby resztki kompleksu w Clonmacnoise.

Łatwo zauważyć, że zdjęcia zamieszczane w irlandzkiej relacji są w większości szarawe, pozbawione gry światła i cienia, jednym słowem – pochmurne.
Sorry, taki mają klimat!
Mimo niedogodności ekspozycyjnych widać jednak wyraźnie elementy charakterystyczne dla tamtejszej chrześcijańskiej scenerii.
Na przykład okrągłe wysokie wieże, do których zmykali mnisi w obliczu nadciągającego niebezpieczeństwa (choćby brutalnych najazdów, lub raczej -napływów, Wikingów w IX wieku, czy nie bardziej przyjaznych poczynań Anglo -Normanów w XII wieku), lecz przede wszystkim – krzyże celtyckie.

Dlaczego celtyckie? No właśnie, nie zdążyłem pośród maślanych rozważań przypomnieć, że to właśnie Celtowie skolonizowali Wyspy Brytyjskie, więc także Irlandię, w ostatnich wiekach starej ery. Przynieśli ze sobą swoje zdobycze cywilizacyjne, na czele z umiejętnością produkcji żelaza, oraz naturalnie – zestaw wierzeń religijnych, w owym czasie preferujących Słońce jako swój symbol.
Te ostatnie stały się celem natarcia krzewicieli chrześcijaństwa, których aktywność na wyspie gwałtownie zaczęła przybierać na sile od czasu skutecznej misji św. Patryka w pierwszej połowie piątego wieku po Chrystusie.
Jedna z interpretacji genezy kształtu krzyża celtyckiego określa go jako “kompromis” pomiędzy celtyckimi, kolistymi przedstawieniami Słońca i najważniejszym symbolem chrześcijaństwa. A może raczej – jako kompilację najważniejszych symboli starej i nowej religii, mającej złagodzić celtycki opór przed chrystianizacją.
Skoro zaś wspomniałem o św. Patryku, to będąc uznanym za patrona Irlandii, dorobił się należytych rozmiarów katedry w Dublinie (w odróżnieniu od św. Brendana, o którego minikatedrze w Clonfert było trochę na początku tego artykułu).


Święty Patryk urodził się i wychował w północnej Anglii, w pobliżu muru Hadriana (o którym wspomnieliśmy swojego czasu tutaj), pod sam koniec rzymskiego panowania nad tą krainą i po licznych życiowych perypetiach (wśród których był także okres kilkuletniego zniewolenia przez irlandzkich zbójów, najeżdżających sąsiednią wyspę), zdobywszy stosowną edukację kościelną na terenach obecnej Francji, jął się dzieła ewangelizacji Irlandii.
Skuteczność jego misji potwierdza wspomniany wyżej fakt uznania go za katolickiego patrona maślanej wyspy.
Niewielu lat było trzeba, aby wektor misyjny się odwrócił i irlandzcy mnisi zaczęli peregrynować i nawracać – najpierw jeszcze niewiernych mieszkańców Wysp Brytyjskich (zwłaszcza Szkocji), a potem – kontynentalnej Europy.
Działalność irlandzkich i szkockich (na kontynencie byli traktowani tożsamo z powodu wspólnych gaelickich = celtyckich korzeni) misjonarzy wywarła na rozwój gwałtownie chrystianizującej się Europy wpływ nieproporcjonalnie wielki, biorąc pod uwagę ich liczebność oraz “prowincjonalną” proweniencję.

Nie rozwijając tu szerzej tego skądinąd arcyciekawego wątku wspomnę choćby takie imiona jak, aktywny w rejonie Brytanii Columba, czy też Columbanus, gorliwie organizujący klasztory na terenach obecnej Francji, Niemiec, Szwajcarii czy północnych Włoch (dodam, że obaj święci mnisi byli płci męskiej, chociaż brzmienie ich imion na pierwszy rzut oka i ucha zdaje się sugerować coś innego).
Cały zaś zastęp najznamienitszych braciszków owego czasu zwany jest “dwunastką irlandzkich apostołów”,
aczkolwiek w sumie jest ich chyba więcej niż tuzin.

Masło irlandzkie

Okoliczności dziejowe sprawiają, że w centrum zainteresowania znajduje się ostatnio Ukraina, próbująca wzmocnić swą tożsamość i zrzucić ostatecznie imperialne okowy większego sąsiada, którego język wszelako jest w niej ciągle dominujący.
Nasuwa to analogie z Irlandią, w której najłatwiej dogadać się po angielsku mimo, że przez wieki mieszkańcy tej wyspy wielkim i krwawym wysiłkiem prowadzili do uniezależnienia się od Anglii.
Wątków łączących kraje położone na przeciwległych obrzeżach Europy można zresztą znajdować wiele, choćby przywołując zdarzenia z epoki wikińskiej.

Wikingowie norwescy i duńscy opanowali w dziewiątym wieku irlandzkie wybrzeża, fundując szereg miast (jak Dublin, Cork czy Limerick) i w znaczny sposób wpływając na funkcjonowanie dawnych tamtejszych królestewek.
Wikingowie zaś szwedzcy, zwani Waregami, formując w podobnym czasie szlaki handlowe do Bizancjum i Bagdadu, założyli nijako przy okazji – Ruś Kijowską, ukraiński matecznik.

Za sprawą wojennej awantury rozpętanej przez znanego moskiewskiego bandziora musieliśmy odstąpić od planów bliższego przyjrzenia się władztwu kijowskiemu, w zamian wybierając wypad do Irlandii właśnie, w dobrym towarzystwie Joanny i Jurka, z którymi skądinąd zwykliśmy co pięć lat odwiedzać jakąś wyspę.

Byliśmy na Zielonej Wyspie zbyt krótko, aby w pełni zrealizować tygodniowy program aktywności uwidoczniony przed jednym z dublińskich pubów (patrz zdjęcie powyżej).
Robiliśmy jednak co się dało, aby poczuć irlandzkie klimaty, nie rezygnując wszelako ze snucia ukraińskich odniesień.
No bo, na przykład, Ukrainę zwykło się uważać za spichlerz Europy, krainę pszenicą i żytem szumiącą (w czasach pokoju, naturalnie).
Irlandia natomiast owiewa przemierzającego ją turystę szlachetną wonią obornika, z gracją produkowanego przez nieprzeliczone stada rogacizny gryzącej i trawiącej wyspiarską zieleń.
Można ją zatem śmiało nazwać oborą Europy, zaznaczając wszakże, że wspomniane bydło dostarcza, obok obornika, także wielkich ilości mleka, no i mięsa.
Jest zatem Irlandia krainą mlekiem i stekiem płynącą, w której jedynym pocieszeniem dla wegan mogą być równie obficie płynące strugi piwa i whiskey, mające swe źródła w lokalnych łanach jęczmienia.
Mleko irlandzkie stanowi zaś, jak wiadomo, bazę do wyrobu masła irlandzkiego, dostępnego nawet w polskich owadzich spożywczakach i dającego tytuł tej krótkiej relacji.

Widoczny na ostatnim zdjęciu ze stadem groźnych czarnych byków w tle pałacyk to serce posiadłości Woodhouse, nad historią której pracuje nasza dawna sąsiadka z osiedla Marianna, od lat mieszkająca z rodziną w Irlandii i wzbogacająca ten kraj swą wiedzą i talentem, w sposób typowy dla znacznej części licznej polskiej imigracji.

Wracając na moment do ukraińskich skojarzeń podczas króciutkiej irlandzkiej podróży, to przychodzą na myśl widywane w kinach produkcje gangsterskie, przedstawiające mafie rodem z obu krajów.
Ta wschodnia, najbardziej “malownicza”, wywodziła się z Odessy.
Irlandzka zaś trzęsła wielkimi amerykańskimi miastami, gdzie walczyła z mafią włoską; jednych i drugich przygnała za Atlantyk bieda i głód w ich ojczystych stronach.
Współcześnie mafię irlandzką mogą przypominać tamtejsze wypożyczalnie samochodów, zdzierające okrutnie za możliwość poruszania się lewą stroną wąskich, nędznych na ogół dróg.


Szanowna Publiczność domyśla się już zapewne, co nastąpi za chwilę.
Nie sposób było, nawet przy bardzo ograniczonym czasie, nie zahaczyć o miasto sławne głównie z tego powodu, że dało swoją nazwę niezwykłej miniaturce poetyckiej. Zapewne każdy wierszokleta – amator, znalazłszy się w Limerick, usiłuje nerwowo coś skrobnąć na temat, co rzadko przynosi dobry efekt.
Próbować wszakże trzeba:

Nadobnej damie z Limerick
utknął raz w gardle strachu krzyk,
gdy się nagle dama
obudziła sama,
bo w miasto ruszył mąż – stary pryk.
W sławnym mieście Limerick
przebywał dorodny byk,
co każdego wieczora,
zamiast torreadora,
konsumował łyski łyk

Tu nagła zmiana nastroju: zaraz po powrocie z maślanej wyspy pojechaliśmy do Krakowa, aby pożegnać naszego przyjaciela od czasów studenckich jeszcze (więc bardzo dawnych), Ryśka. Przeżyliśmy razem sporo przygód, współpracowaliśmy przez długie lata, z pewnością bardzo się lubiliśmy. To kolejny bliski nam Podróżnik, którego wspominamy w naszym blogu.

O innym krakowskim podróżniku, wspominanym już swojego czasu Andrzeju “Tourbaniku” będzie już niebawem, przy okazji kolejnych zapisków z wypadu do Irlandii.

Mędrca szkiełko i Orinoko

Każdemu co jakiś czas przydarza się doświadczyć uczucia iluminacji, oświecenia, wewnątrzmózgowej bryzy świeżej myśli, albo może – intelektualnego kopa. Impulsy takiego stanu rzeczy bywają różne; nierzadko lęgną się endemicznie w iluminowanej mózgownicy, częściej wszakże trafiają do niej z zewnątrz, jako gotowe światełka.
Poświęcę tutaj kilka słów temu drugiemu przypadkowi, który oświecił nas przed kilku laty prostym i nie specjalnie odkrywczym, ale konsekwentnie i perfekcyjnie wprowadzonym w życie przez Ankę P. pomysłem cyklicznych spotkań kulinarno – literackich (dla uniknięcia dyskusji, co ważniejsze, te dwie domeny uszeregowałem alfabetycznie. Warto jednak zauważyć, że przymiotnik “literackie” zawiera w sobie rdzeń “liter”).
Zostaliśmy zatem zaszczyceni zaproszeniem do dwunastoosobowej grupki, która kilka razy w roku zasiada przy Ankowym stole, wymieniając uwagi na temat zadanej wcześniej przez wyznaczonego Czytojada lektury, i w szybkim tempie odciążając mebel od zgromadzonych na nim dobroci.
Liczba dwunastu osób nie ma żadnego podtekstu, ani ewangelicznego, ani tym bardziej artystycznego (“Parszywa Dwunastka”), choćby z powodu znacznego stopnia sfeminizowania przedmiotowego stadka (a może lepiej : “roju”, bo Gospodyni jawi się wszystkim jako Królowa Matka).
Liczba bierze się po prostu z maksymalnej ilości miejsc siedzących przy stole.
Zdarzają się wszakże dość rzadkie okazje, kiedy zasiada przy nim także Trzynasty.
Panie są wówczas skłonne się posuwać, byleby wcisnąć jeszcze jedno składane krzesełko. A warto, bo Trzynasty dużo wie.
I tak wzmiankowany rój (niezbyt chyży, raczej stateczny) zlatuje się periodycznie od czasów sprzed nastania “dobrej zmiany”, czekając jej rychłego końca, i dzieląc się wrażeniami z przeczytanych książek i zjedzonych dań.
Niektórzy zapamiętują te niezwykłe spotkania także (ale oczywiście nie wyłącznie!) jako “kaszanki u Anki”.
Godzi się wspomnieć, że autorką powyższych zdjęć jest Isia K., zaś pierwsze z nich przedstawia małą instalację, stworzoną na okazję rozmowy o modnej ostatnio (i słusznie!) książce Radka Raka “Opowieść o wężowym sercu, albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”. Drugie – kaszankę u Anki.


Złożyło się tak, że przedstawione pokrótce w styczniowym wpisie informacje i refleksje, dotykające arcyciekawej historii aktywności osiemnastowiecznych, pochodzących spod Gdańska, wybitnych przyrodników i publicystów, ojca Jana i syna Jerzego Forsterów, w idealny sposób mogą znaleźć kontynuację w tym artykule.
Wspomniany na początku “rój” czytelniczy zmaga się bowiem akurat, gdy piszę te słowa, z lekturą opasłego dzieła o długim tytule, przedłużonym o podtytuł; dla ułatwienia zamieszczam obok fotografię okładki.
Jest to pełna ciekawych szczegółów, z rozmachem rysująca historyczne tło epoki, opowieść o życiu i twórczości jednego z tytanów światowej nauki, Aleksandra von Humboldta.


Wzmianka o kontynuacji wątku sprzed miesiąca bierze się stąd, że jednym z naukowych mentorów Humboldta w jego wczesnej młodości był Jerzy Forster (o czym, jak również o naszym frapującym odkryciu związanym z prapoczątkiem Jerzego, wspomniałem w poprzednim wpisie).
Skoro zaś przypomniałem tę historię, to zanim przystąpię do próby ułożenia kolejnych zdań, zaproponuję rzut oka na przedstawione przez Żonnę wyobrażenie zimowego Gdańska, który mijali saniami w błyskawicznej podróży poślubnej 26 lutego 1754 roku rodzice Jerzego Forstera, Elżbieta i Jan (spośród innych dzieci tego stadła trafiłem jeszcze na wzmiankę o Virginii Victorii, zdolnej rysowniczce podrasowującej szkice brata Jerzego z “Podróży naokoło świata”).


Skupmy się jednak na przewodnim temacie tego artykułu, którym jest refleksja nad pracą (trudną do zakwalifikowania, bo łączącą cechy eseju, monografii, biografii i czegoś tam jeszcze) o Aleksandrze von Humboldcie.
Dzieło zawiera bogactwo pracowicie zebranych informacji o długim życiu uczonego, którego niezwykłe cechy umysłu, charyzma połączona z nieprawdopodobną gadatliwością, oraz pracowitość mogąca zawstydzić większość ludzkiej populacji (z piszącym te słowa na czele), uczyniły znaczącą instytucją dziewiętnastowiecznego świata.
Gość, który poświęcił się wnikliwym obserwacjom i badaniom przyrody, potrafił ich wyniki przekazać w formie łączącej suche naukowe dane z epickim rozmachem, nasyconym nieskończonym podziwem dla cudów natury.
A jednocześnie – głęboką refleksją na temat ludzkiego oddziaływania na przyrodę, oraz ludzkiej aktywności w ogóle.
Co zaobserwował, zbadał i przemyślał, przekazywał Humboldt w niezliczonych publikacjach, wystąpieniach publicznych, oraz w bezpośrednich spotkaniach z najważniejszymi postaciami ówczesnego świata, najczęściej w ich ojczystych językach.
Obdarzali go przyjaźnią i prosili o rady ojcowie – założyciele Stanów Zjednoczonych, wielcy władcy i kreatorzy polityki europejskiej, południowoamerykańscy rewolucjoniści, czy giganci nauki i kultury tamtych czasów.

Dla porządku wymienię po kolei nazwiska zobrazowanych wyżej (czasem w karykaturze) notabli:
Wolfgang Goethe, Thomas Jefferson, Napoleon Bonaparte, Simon Bolivar,
Georg Cancrin, Karol DarwinFryderyk Wilhelm IV, Wilhelm I.
To tylko mała próbka ze znacznie liczniejszego grona ważniaków współczesnych Humboldtowi, którzy za zaszczyt poczytywali sobie z nim znajomość.
Nie cierpiał go jedynie Napoleon Bonaparte, najwyraźniej zazdrosny o Humboldtowe dokonania w sferze naukowej, w której sam miał nadzieję (nieuzasadnioną) dokonać rzeczy znacznych.
Przyglądając się nakryciom głowy szacownych postaci można wysnuć uogólnienie, że długie życie Aleksandra mieściło się między artystycznym kapeluszem Goethego, a trzymaną w ręku pikielhaubą Fryderyka Wilhelma IV, co z grubsza obrazuje postępujący proces wzrastania państw niemieckich, z coraz bardziej dominującymi je Prusami, od potęgi kulturalnej do potęgi gospodarczo – militarnej. Na szczęście ów faktor kulturalny (zawierający w sobie wszystkie sztuki i nauki) miał się tam ciągle dobrze.
Wiem, że prosiłyby się o umieszczenie tutaj liczne wtręty dotyczące samych Prus pod władztwem Hohenzollernów; jest to temat najbliższy nam terytorialnie i historycznie, więc z pewnością zmierzymy się z nim niedługo obszerniej.
Fryderyk Wilhelm IV, ten trzymający na obrazku powyżej wprowadzoną przez siebie jako obowiązkową część wyposażenia pruskiego żołnierza pikielhaubę, zaś na karykaturze obok przedstawiony w nieco mniej bojowej postawie, objąwszy pruski tron w roku 1840 wybrał się, jak to bywało w zwyczaju, na objazd swoich ziem w celu odebrania stosownych hołdów ze strony zachwyconych poddanych.
Zabrał ze sobą Aleksandra Humboldta, który kilkanaście lat wcześniej przeniósł się z ulubionego Paryża do nielubianego Berlina, skuszony hojną gażą szambelana dworu pruskiego, bardzo mu przydatną po przeputaniu całego rodzinnego spadku na rzecz pracy naukowo – podróżniczo – wydawniczej.
W drodze do Królewca Jego Królewska Mość raczył był zahaczyć o Gdańsk, gdzie odbierał hołdy, zaś Humboldtowi wręczono szybciutko dyplom honorowego członka Danziger Naturforschende Gesellschaft, czyli Gdańskiego Towarzystwa Przyrodniczego.
Fakt ten dokumentuje tablica, umieszczona przed niewielu laty na budynku Towarzystwa, który w obecnej rzeczywistości mieści siedzibę Muzeum Archeologicznego w Gdańsku.
Samo zaś Towarzystwo, (zreaktywowane w niemieckim Marburgu, podobnie jak niedobitki szeregu innych gdańskich, odwiecznych instytucji, które szukały po 1945 roku za Odrą miejsca do przetrwania), przez blisko 200 lat było forum nadmotławskiej aktywności naukowej, skupiając wiele znamienitych mózgów, a na początku XX wieku stało się osnową dla rozpoczęcia działalności bliskiej nam skądinąd uczelni, Politechniki Gdańskiej.
Nawiązuje do jego działalności Gdańskie Towarzystwo Naukowe (współpracujące zresztą z Marburgiem), którego prezes współprzewodniczy kapitule przyznającej coroczne Nagrody Naukowe Miasta Gdańska im. Jana Heweliusza  (pod tym odnośnikiem zobaczycie informację o tegorocznych dwu Laureatkach, pomylonych zresztą w opisie zdjęcia. Dodam z dumą, że jedna z nich, Prof. Ewa, zaszczycała niejednokrotnie ciepłym słowem naszą blogową twórczość).
Drugim współprzewodniczącym kapituły gdańskiej Nagrody (podobno po drugiej stronie Bałtyku zaczyna się ostatnio mówić o Noblu jako o szwedzkim Heweliuszu) jest prezes gdańskiego oddziału Polskiej Akademii Nauk, której jedną z ważnych pomorskich placówek stanowi Instytut Oceanologii w Sopocie.


Wiążę te wątki, aby wspomnieć jeszcze jedną osobę przychylną temu blogowi, mianowicie Jacka, którego doczesna droga dobiegła niedawno końca. Był to Człowiek, który zrozumiał naukę (żeby nawiązać do przewodniego motywu tego wpisu). Człowiek, który cały swój temperament, zdolności i wiele serca poświęcił pracy na rzecz nauki (ale niemałą częścią tego dobrego serca zawładnęła też w ostatnich latach Iga, nasza wspólna wnuczka).


Widoczne na stronie startowej Instytutu Oceanologii jego sopocka siedziba, oraz żaglowy statek badawczy “Oceania”, to w dużej mierze efekty pracy Jacka.
“Oceania” od ponad trzydziestu pięciu lat wykorzystywana jest do badań na różnych akwenach, często też u wybrzeży Spitsbergenu, gdzie zaobserwowała ją nasza nieoceniona Ilustratorka.

Z wizerunkiem “Oceanii” sąsiaduje zdjęcie innego żaglowca, ponad stuletniego barku, przebudowanego na potrzeby niemieckiego stowarzyszenia szkoleń żeglarskich według koncepcji  inż. Zygmunta Chorenia, tego samego konstruktora, który niewiele wcześniej zaprojektował jednostkę badawczą Instytutu Oceanologii.
Piękny statek o charakterystycznych, zielonych żaglach nosi nazwę  “Alexander von Humboldt”, co po licznych tekstowych “skokach w bok”, pozwala nam wrócić na koniec wpisu do kilku jeszcze uwag dotyczących jego głównego bohatera.
Łatwo się domyśleć, że zieleń ożaglowania nawiązuje do pionierskiej w skali świata roli, jaką Humboldt odegrał w kształtowaniu świadomości o wpływie człowieka na środowisko przyrodnicze, oraz o konieczności ludzkiej troski o to środowisko.
Zagadnienia ekologii (termin ukuty zresztą przez jednego ze sławnych kontynuatorów jego pracy, Haeckla), były przewodnim tematem działalności Humboldta, począwszy od odbytej w 1792 roku wspólnie z Jerzym Forsterem podróży badawczej w dorzeczu dolnego Renu (napomknąłem o tym przed miesiącem; niestety znakomita ponoć relacja Forstera z tej wyprawy nie została dotąd przetłumaczona na polski).
Największy wszakże plon naukowy przyniosła blisko pięcioletnia wyprawa południowoamerykańska (1799 – 1804), podczas której gruntownie przebadał dorzecze rzeki Orinoko (zastępującej w tytule tego wpisu Mickiewiczowskie “Oko”).
Niektórzy twierdzą, że pozostawienie przez Humboldta tak gigantycznego dorobku było możliwe, bo nigdy nie założył on rodziny.
“Nie miał interesu na dziewczynki”, jak mawiała o swoim pozostającym dość długo w stanie bezżennym synu znajoma nam dama, przez długie lata mieszkająca poza Polską i nieco kalecząca język ojczysty.
Kończę ten artykuł pozostawiając Czytelnika, jak mniemam, w absolutnym niedosycie wiedzy o wiedzy, możliwym jednak do złagodzenia w trakcie lektury książek takich, jak “Człowiek, który zrozumiał naturę”.

 

Wydarzyło się!

Kiedyśmy niedawno w towarzystwie Iwony i Andrzeja małż. L., znających tam każdy zakątek, przemierzali urokliwe uliczki górnego Sopotu, natknęliśmy się u zbiegu Mickiewicza i Orzeszkowej na dość niezwykły monument, opatrzony jeszcze bardziej niezwykłą inskrypcją.
Zrazu wydała nam się ona żarcikiem na miarę “czeskiego geniusza” Jary Cimrmana, ale dość szybko odkryliśmy zaskakującą prawdę: napis głoszący, że “w tym miejscu w 1754 roku nic się nie wydarzyło”, to ewidentny przykład (nieświadomego, miejmy nadzieję) fałszowania historii.
W zdemaskowaniu niecnego czynu dopomógł strzęp niezbyt sprawnej już pamięci, oraz internet, jedna z odnóg oplatającej coraz ciaśniej świat cyberhydry, która potrafi także wydać z siebie inne mityczne stwory, jak choćby latające konie. Często bywa wszakże użyteczna; przeglądając swojego czasu rysunki Daniela Chodowieckiego, zwróciłem uwagę na scenkę rodzajową, mającą w tle charakterystyczną sylwetkę niewielkiego obelisku.
Niewątpliwie tego samego, chociaż zobrazowanego z przeciwnej strony niż ta, na której znajduje się dziś rzeczona tabliczka.

Podpis pod rysunkiem nie pozostawia wątpliwości: to młoda para Elisabeth i Johann Forsterowie, którzy pobrali się 26 lutego 1754 roku w podgdańskim Mokrym Dworze (Nassenhuben) nad zamarzniętą owej zimy Motławą i niezwłocznie wyruszyli w podróż poślubną.

Nie byli zbyt majętni (Johann piastował skromną posadę ewangelickiego pastora przy nieistniejącym dziś dworze), więc podróż saniami zakończyła się już w Sopocie, najpewniej w zajeździe widocznym na dalszym planie historycznego sztychu (autor rysunku, Daniel Chodowiecki był niemal rówieśnikiem Johanna Forstera; panowie z pewnością dobrze się znali).
Pierworodny syn Elisabeth i Johanna Forsterów, Georg (Jerzy) przyszedł na świat 26 listopada 1754 roku; zestawienie obu, odległych od siebie o dokładnie dziewięć miesięcy dat jest oczywiste i w jednoznaczny sposób obala pochopną, pomijającą czas i miejsce poczęcia wybitnego podróżnika tezę, wypisaną na przymocowanej do obelisku tabliczce, jakoby nic się tam w owym roku nie wydarzyło!
Zarówno Johann Forster, jak i jego syn Georg Forster, znakomici osiemnastowieczni badacze i publicyści, mają swoje miejsca w encyklopediach, zaś w skondensowany i ciekawy sposób przybliża ich sylwetki artykuł bazujący na kwerendzie zbiorów Biblioteki Gdańskiej PAN:
Forsterowie oai-journals-pan-pl-121663_full-text_LG_2019_36_4 .
Obaj dopiero w ostatnich latach doczekali się skromnych elementów informacyjno – pamiątkowych w miejscach swoich urodzin (młodszy Jerzy został dodatkowo patronem nowoczesnego gdańskiego tramwaju, natomiast kamień z tablicą mu poświęconą znaleźliśmy nie bez trudu w Mokrym Dworze, za budyneczkiem łączącym funkcje świetlicy wiejskiej i zlewni mleka).
Dziwne to, bo ci pomorscy ziomale byli ludźmi nieprzeciętnymi, mającymi spory wkład w dokonania epoki Oświecenia, w której przyszło im żyć.
Żeby uniknąć zamieszania z imionami obu panów, będę dalej operować polskimi wersjami: Jan (Johann, ojciec) i Jerzy (Georg, syn).
Wszak byli oni przez znaczną część swojego życia, jako mieszkańcy Prus Królewskich, obywatelami Rzeczpospolitej (upadającej zresztą akurat pod naporem sąsiednich, zaborczych mocarstw).


Z rodziną Forsterów spotkaliśmy się już w pierwszych tygodniach funkcjonowania tego blogu; wspomniałem tam ojca Jana i syna Jerzego podczas mojego wirtualnego pobytu na Tahiti, wymieniając zresztą błędnie jako miejsce urodzenia obu – Tczew.
W tym zacnym mieście urodził się w 1729 roku tylko Jan (którego ojciec, a dziadek Jerzego, był tam przez szereg lat burmistrzem), natomiast domniemany proces zaistnienia na tym świecie Jerzego opisałem na wstępie tego artykułu.

 

 

 


Jerzy Forster obdarzony był autentycznym talentem pisarskim, co w połączeniu z osiągniętym głównie dzięki wysiłkom ojca wszechstronnym wykształceniem uczyniło zeń wielce cenionego autora licznych prac.
Miał nieczęsto występujący u ludzi nauki dar relacjonowania wyników dociekań przyrodniczych, jak też obserwacji najróżniejszych aspektów ludzkiej działalności, w sposób łatwo przyswajalny nawet dla laików (pod warunkiem, że umieli czytać, co w tamtych czasach nie było oczywistością). Słowem – był prekursorem nowoczesnej literatury popularnonaukowej oraz podróżniczej.
I to właśnie “Podróż naokoło świata”, będąca szczegółową relacją z odbytego w latach 1772 – 1775 wokółziemskiego rejsu dowodzonego przez Jamesa Cooka, do udziału w którym ojciec i syn Forsterowie zastali przez brytyjską Admiralicję zaproszeni dla sporządzenia naukowej dokumentacji, przyniosła Jerzemu uznanie i sławę.
Jest to jedyne z jego dzieł dostępne w polskim przekładzie (w obszernych fragmentach); lektura jest prawdziwą przyjemnością i wzbudza w czytelniku podziw dla horyzontów myślowych, dociekliwości oraz zasobu wiedzy dwudziestoletniego wówczas zaledwie autora.

 

Jak wspomniano, powraca od jakiegoś czasu w Gdańsku i okolicach chęć do upamiętnienia rodu Forsterów (aczkolwiek chyba w zbyt skromnym wymiarze).
Ta zacna, wywodząca się ze Szkocji rodzina, jest dobrym przykładem historii osiedlania się i współtworzenia świetności nadmotławskiego przybytku wyznawców Machandla (kultowej gdańsko – żuławskiej jałowcówki, spożywanej według specyficznego żeglarskiego rytuału) przez admiratorów “wody życia” (czyli whisky po prostu) znad jeziora Loch Ness.
Historia Szkotów w Gdańsku i będących pod panowaniem polskich królów Prusach jest po trochu uzupełniana; z drugiej strony docierają także wieści o nowopowstających opracowaniach historii osadnictwa Polaków w Szkocji, w bardziej współczesnych nam czasach.
Jerzy Forster żył niestety krótko; zmarł na kilka miesięcy przed ukończeniem czterdziestki w Paryżu jako banita, pozbawiony prawa powrotu do Prus wskutek zaangażowania w sprawy francuskiej rewolucji.
Jedną z ostatnich jego prac były “Zapiski z roku 1790”, w części zilustrowane przez Daniela Chodowieckiego, mimowolnego sprawcę niniejszych rozważań.

Zdążył Jerzy poznać i współpracować z największymi swojej epoki, choćby ze sporo młodszym odeń Aleksandrem von Humboldtem, dla którego stał się mentorem, jeśli chodzi o metodykę opisywania przyrody.
O Humboldcie napiszemy wkrótce ciut więcej, tymczasem obejrzyjcie dwa zdjęcia z Nowej Zelandii, na którą znacznie łatwiej dostać się w dzisiejszych czasach samolotem, niż ćwierć tysiąclecia lat temu Forsterom na statku “Resolution” pod komendą kapitana Cooka.


Na dobrą sprawę powinna się tu zacząć toczyć opowieść o czasach, w których działali Forsterowie, o epoce kształtowania się świata takiego, jaki obecnie chyba odchodzi w przeszłość.
Epoce zmagania się osiągnięć rozumu z obawą przed jego używaniem (te zmagania akurat, niestety, w przeszłość nie odchodzą), epoce, która na dużych próbach udokumentowała znaną od dawna zasadę przechodzenia przywódców – rewolucjonistów na pozycje krwawych dyktatorów.
Epoce, która zostawiła światu maszynę parową i gilotynę.
Oszczędzę Czytelnikom tej opowieści, bo musiałaby przekroczyć dopuszczalne pojemności na serwerze, ale przede wszystkim dlatego, że za mało wiem.
Podobno jakiś chiński ekspert spytany niedawno o opinię na temat znaczenia rewolucji francuskiej dla losów świata odparł, że dwieście lat to niewystarczająca perspektywa czasowa dla dokonania takiej oceny.
Konfucjusz bowiem uczył cierpliwości i długich, powolnych ruchów.
Skądinąd jeśli o ruchy chodzi, to inny mędrzec, współczesny wspominanym tu Forsterom ich sąsiad z nieodległego od Mokrego Dworu Królewca, Immanuel Kant , określał ponoć pewien ich rodzaj mianem “ruchów niegodnych filozofa”.
Zreflektował się na łożu śmierci, gdy w ostatnim tchnieniu miał wyszeptać: “es ist gut” (to jest dobre). I tego się trzymajmy!


Przy pisaniu tego artykułu ciągle przychodziła mi na myśl jedna z najbardziej odrażających postaci (zwłaszcza dla mieszkańców Pomorza i Wielkopolski) z czasów triumfalnego pochodu niemieckich narodowych socjalistów w latach trzydziestych i czterdziestych dwudziestego wieku, Albert Forster.
Spoglądam na zdjęcie tej kreatury i widzę twarz, zdawałoby się, ludzką.
Nie mam pewności, czy miał jakiś związek rodzinny z pozytywnymi bohaterami powyższych zapisków; szybko zaprzestałem śledzenia genealogii Forsterów.
Pozostała dość prosta refleksja, że normalne z pozoru rysy twarzy często bywają maską dla osobowości urągających statusowi człowieczeństwa, o którym zawzięcie rozprawiali filozofowie Oświecenia.
I że pochodzenie owych indywiduów (częstokroć narodowych socjalistów właśnie, choć nie tylko) bywa na ogół bez znaczenia.

Po drodze (3)

Komandoria. Spotkaliśmy się z tym terminem przed miesiącem, smakując wyborne cypryjskie wino, które swą nazwę wzięło od jednostki organizacyjnej zakonów rycerskich (czasem, zwłaszcza w przypadku Krzyżaków, mówi się o “komturii”, jednak nic mi nie wiadomo, aby ten termin przeniósł się na nazwę jakiegokolwiek trunku).
W tym miejscu wypada uderzyć czołem przed oceanem mądrości emitowanej z ust Nominalnej Głowy Państwa (NGP), że mianowicie nie należy ustawać w trudzie uczenia się, bez względu na sytuacje, w której się znajdujemy.
NGP zapewnia że uczy się bezustannie, zatem i my staramy się naśladować ten światły wzór, bo na uzupełnianie wiedzy nigdy nie jest za późno.
Nauczyliśmy się choćby niedawno, przy okazji corocznej jesiennej wizyty w gościnnych progach Anny K. , że znajdują się one w poznańskiej dzielnicy “Komandoria”, nazwanej tak nie tylko na cześć sławnego wina.
Jest to bowiem teren, na którym książę Mieszko Stary w 1187 roku osadził szukających w Europie bezpieczniejszych niż w Palestynie siedzib Joannitów, a ci utworzyli tu swoją komandorię właśnie.

Istniejący tam wcześniej kościół św. Michała Archanioła  przemianowali braciszkowie na wezwanie swojego patrona św. Jana, dodatkowo – zgodnie z topografią miasta – przydając mu określenie “za murami”. Dziś jest to najstarsza poznańska świątynia.
Na pamiątkę Joannitów, Kawalerów Maltańskich, okolica obfituje w elementy nazewnicze, przywołujące nazwę śródziemnomorskiej wyspy.
Najbardziej znane, szczególnie pośród kibiców wioślarstwa, jest jezioro Malta – sztuczny zbiornik zbudowany w połowie XX wieku, na którym urządzono sławne tory regatowe. Joannitów w Poznaniu nie ma już od dwustu lat, ale ich przejęte przez miejscową diecezję dobra ciągle bywają źródłem niesnasek pomiędzy lokalnym tronem i ołtarzem


“Ołtarz” wielkopolski (i w ogóle – polski) przedstawia skądinąd współcześnie obraz dwubiegunowy: z jednej strony przepięknej urody stare kościółki, kościoły, katedry i pozostałości gospodarczej oraz kulturotwórczej  (nie tylko w warstwie estetycznej) spuścizny tysiącletniej obecności Kościoła z wszystkimi jego wariacjami organizacyjnymi, z drugiej – relikty systematycznego  ukoszmarniania tego wizerunku w ostatnich czasach.
Przed rokiem dzieliłem się już w tym blogu wrażeniem, jakie czynią mijane “po drodze” wielkie napisy “Poznań i Gniezno Chrzcielnicą Polski”, albo karykaturalne wyobrażenia Papieża Wojtyły. Teraz kilka nowych fotek z obu biegunów:

Obiekty sakralne same pchają się przed obiektyw, bo w naszym krajobrazie najczęściej są elementem wyróżniającym się. Można wszakże łatwo ten wizerunek, łagodnie mówiąc, uczynić nie tak zachwycającym.


Dzieje znaczone trwałymi, zwieńczonymi krzyżem budowlami, dają się nieźle śledzić. Dodatkowo dokumentują je coraz liczniejsze w miarę upływu lat źródła pisane, które nie istniały na naszych terenach przed zaczątkami piastowskiej organizacji państwowej, pokrywającymi się z grubsza z pierwszymi działaniami chrystianizacyjnymi. Miało to miejsce, jak wiadomo, w drugiej połowie X wieku, od którego to czasu historia obecnej Polski zaczyna mieć coraz solidniejszą dokumentację.
Fachowcy zachodzą jednak w głowę i od dawna spierają się o to, co działo się na ziemiach zwanymi “piastowskimi” (a ostatnimi czasy także “chrzcielnicą”) na kilka dziesięcioleci przed wydarzeniem, zwanym w uproszczeniu “chrztem Polski”.
Archeologicznie udokumentowane fakty świadczą (przynajmniej dla rejonu Kujaw i Wielkopolski) o tym, że niewiele lat przed “chrztem” funkcjonujące wcześniej maleńkie gródki plemiennych szefów zostały bądź doszczętnie zniszczone, bądź też posłużyły jako baza dla szybkiego powstania znacznie większych i mocniej ufortyfikowanych siedzib lokalnej władzy.
Kto był w stanie dokonać tak radykalnego postępu w krótkim czasie?
Hipotez jest kilka, a wszystkie w sporej mierze bazują na spekulacjach i dowodach nie wprost, bo dowodów wprost – zwyczajnie brakuje.
Niezbitym faktem wszakże są pozostałości X – wiecznych, potężnych jak na ówczesne czasy, powstałych w szybkim tempie ośrodków, jak poznański Ostrów Tumski (podobnie jak wrocławski zresztą), Ostrów Lednicki, Gniezno czy Giecz.
Ten ostatni, nieco rzadziej odwiedzany przez turystów gród, robi naprawdę duże wrażenie ogromem ziemnych obwałowań, których kubatura wymagałaby, jak ktoś obliczył, zaangażowania dwudziestu tysięcy wielkich wywrotek. A że pierwsi Piastowie nie dysponowali taką flotą samochodową, to niech Szanowny Czytelnik spróbuje przeliczyć to na taczki z drewnianym kółkiem, lub noszone na plecach kosze. Taka symulacja pozwoli zdać sobie sprawę z siły i efektywności działania władzy, która była zdolna wyegzekwować podobny nakład pracy.

Grodziszcze w Gieczu osiągnęliśmy bez kłopotu, podczas gdy dostępu na Ostrów Lednicki broniła grupa konnych, którzy baczyli, aby poza sezonem turystycznym na wyspie nikt nie mógł wylądować. Nawet Bolesław Chrobry musi czekać do wiosny, wskutek czego zupełnie zdrewniał.

Poruszaliśmy się w tym odcinku blogu w mniej więcej trzystuletnim zakresie czasowym, znaczonym od pojawienia się piastowskich ośrodków władzy w połowie X wieku, do solidnego zagospodarowania się Joannitów w połowie XIII wieku. W Poznaniu przemierzenie dystansu dzielącego te dwie epoki wymaga odbycia niedługiego spaceru pomiędzy kościołem św. Jana Jerozolimskiego (“za murami”), a Ostrowem Tumskim, nad którym góruje katedra. Po drodze mija się uroczą małą dzielnicę Śródka, gdzie na dość paskudnej zapewne wcześniej ścianie (aż się nie chce wierzyć, że płaskiej!) powstał fantastyczny mural.

 

Wkrótce, w kolejnym wpisie (z którym mam nadzieję zdążyć przed końcem jesieni) znajdziecie jeszcze kilka obserwacji poczynionych “po drodze”, a dotyczących rycerzy zakonnych, którzy najczęściej byli w drodze.

Dynastia (Wazowie 1)

Kalendaria historyczne każdego dnia odnotowują okrągłe rocznice bardziej lub mniej doniosłych wydarzeń, dając asumpt do odświeżenia sobie w pamięci przykurzonych wiadomości. Warto wybrać spośród nich te ciekawiące nas szczególnie.

Przypomnę więc na początek, że 27 kwietnia 2021 roku minęło równo 500 lat od niefortunnej śmierci Ferdynanda Magellana, patrona tego blogu, który wiedziony nadmierną pychą przeszacował swe możliwości w starciu z zastępami mieszkańców wyspy Mactan. Więcej o tym wydarzeniu można poczytać choćby tutaj, oraz oczywiście w setkach publikacji znacznie poważniejszych, niż wpisy w tym blogu.


W tym roku przypada jednak również okrągła rocznica wydarzenia, które będąc jednym z rozlicznych efektów aktywności szwedzko – polskiej dynastii Wazów, jest nam wprawdzie bliższe geograficznie i historycznie od potyczek na odległych Filipinach, ale też nie tak całkiem oderwane od kolorytu zachodniego Pacyfiku, o czym poniżej.
Czterysta lat temu bowiem, w 1621 roku, szwedzki król Gustaw II Adolf z dynastii Wazów, jeden z najwybitniejszych (czyli najskuteczniejszych w realizacji swoich szeroko zakrojonych zamysłów) władców i wodzów w historii Europy, ufundował miasto Göteborg.
Ufundował w nie do końca dzisiejszym znaczeniu tego terminu, natomiast obdarzył królewskim przywilejem przedsięwzięcie kupieckich gildii niemieckich, szkockich, a przede wszystkim holenderskich, zmierzające do utworzenia szwedzkiego portu, pozwalającego na uniknięcie słonego myta duńskiego pobieranego przy przepływaniu cieśnin Sundu.


                                                          Projekt układu urbanistycznego Göteborga był dziełem architektów holenderskich, którzy w podobnym czasie stworzyli także koncepcję zabudowy Dżakarty (zwanej do niedawna Batawią) – najważniejszej faktorii Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, a obecnie – stolicy Indonezji. I to jest właśnie owo wspomniane wyżej powiązanie niedalekich poczynań szwedzkiego króla z drugim krańcem świata.
Nawiasem mówiąc, niemal równolegle powstał na podobnych do Batawii i Göteborga założeniach urbanistycznych Nowy Amsterdam, znany dziś jako Nowy Jork.
Przełom XVI i XVII wieku to czas wielkości Niderlandów (jakże widoczne ślady pozostawiającej też w Gdańsku), ale to obszerny temat na przyszłe opowieści. Teraz wróćmy więc do Wazów, rzucając wpierw okiem na widoki z Göteborga i okolic.

Aby zamysł stworzenia alternatywnego dla cieśnin Sundu połączenia Morza Północnego z Bałtyckim mógł zaistnieć w pełni efektywnie, już poprzednicy Gustawa II Adolfa planowali budowę śródlądowej drogi wodnej z wykorzystaniem rzeki Göta (u której ujścia zlokalizowano później Göteborg), oraz wielkich jezior Vänern i Vättern.
Trudne technicznie i bardzo kosztowne przedsięwzięcie udało się zrealizować dopiero w połowie XIX wieku, kiedy w zasadzie przestawało być potrzebne, bo zaczynały swą karierę koleje, zaś Dania została zmuszona  do rezygnacji z poboru ceł sundzkich.
Dzisiaj kanały Trollhattan i Göta są głównie atrakcją turystyczną, imponującą skalą budowli hydrotechnicznych.

Współczesność największego miasta prowincji Västergötland i okolic to znane uczelnie, teatry, oraz przemysł (m.in. główna siedziba zakładów Volvo, które można zwiedzać, ale zdjęcia wolno zrobić jedynie w muzeum, a także – jedno z centrów popularnej ostatnio skądinąd firmy AstraZeneca). Oraz zieleń.

Łatwo zauważyć w tej krótkiej relacji powtarzający się w wielu nazwach rdzeń “göt”. Z największą dozą prawdopodobieństwa fachowcy uważają, że właśnie z rejonu Västergötland przemigrowali w początkach naszej ery w okolice ujścia Wisły Goci, wielokrotnie wspomniani wcześniej w tym blogu i będący (według mojej prywatnej, amatorskiej klasyfikacji), sprawcami pierwszego z cywilizacyjnych “skandynawskich falowań” .
Ostatnim zaś z owych “falowań”, i najbardziej znaczącym dla polskich losów, był ciąg wojen inicjowanych w północnej części Europy przez osiągającą pod rządami Wazów rangę mocarstwa Szwecję.


Krótką powtórkę z historii tego czasu zaczęliśmy, jak zapewne zauważyliście, nie od początków dynastii (funkcjonującej na szwedzkim tronie w latach 1523-1654, zaś na polskim w okresie 1587-1668), lecz od Gustawa II Adolfa, który był przedostatnim Wazą na tronie szwedzkim, panującym od roku 1611 do 1632 (po nim koronę dzierżyła jeszcze, przynajmniej formalnie, jego córka Krystyna).
Na zdjęciu powyżej widać wojenny okręt “Vasa”, zbudowany na królewskie polecenie podczas kolejnej wojny z Polską, krótko po sławnej klęsce szwedzkiej floty pod Oliwą (1627).
Gustaw II Adolf, jak to władcy miewają w zwyczaju, wtrącał się do prac projektowych, czego efektem było efektowne zatonięcie galeonu podczas efektownej parady w próbnym rejsie.
Wrak wydobyto w latach sześćdziesiątych XX wieku i po żmudnej konserwacji wyeksponowano w specjalnym budynku muzealnym w Sztokholmie.
Okręt zdobiły rozliczne rzeźby; niektóre wyraźnie wyzłośliwiały się w stosunku do wrogiej podówczas Polski (piszę skrótowo, bo była to wszak Rzeczpospolita Obojga Narodów) i jej mieszkańców. Jak choćby rzeżba, przedstawiająca polskiego szlachcica, chowającego się tchórzliwie pod stołem i odszczekującego nieprzychylne Szwedom słowa. Umieszczona była tak, aby mogli ją dobrze widzieć członkowie załogi podczas korzystania z latryny.
Niezbyt to miły wizerunek, aczkolwiek sama estetyka ówczesnej propagandy wojennej – dużo milsza od obecnej.


Osiągnąwszy ten punkt narracji zorientowałem się (a Szanowni Czytelnicy zapewne zrobili to wcześniej), że na dobrą sprawę nie zacząłem jeszcze pisać o tym, co zapowiedziane w tytule. Pozwólcie więc, że traktując jako wymówkę saharyjskie upały (w poprzednim wpisie zwalałem swoje niedociągnięcia na ulewy), odłożę na jakiś czas kontynuację wątku Wazów.
Tym bardziej, że muszę też nabrać dystansu do niedawnego, trzymającego wszystkich w stanie nerwowego wzmożenia , meczu w piłkę kopaną.
Jak donosiła prasa z drugiej strony Bałtyku: “spotkanie Szwecja – Lewandowski zakończyło się wynikiem 3:2” .