Dynastia (Wazowie 1)

Kalendaria historyczne każdego dnia odnotowują okrągłe rocznice bardziej lub mniej doniosłych wydarzeń, dając asumpt do odświeżenia sobie w pamięci przykurzonych wiadomości. Warto wybrać spośród nich te ciekawiące nas szczególnie.

Przypomnę więc na początek, że 27 kwietnia 2021 roku minęło równo 500 lat od niefortunnej śmierci Ferdynanda Magellana, patrona tego blogu, który wiedziony nadmierną pychą przeszacował swe możliwości w starciu z zastępami mieszkańców wyspy Mactan. Więcej o tym wydarzeniu można poczytać choćby tutaj, oraz oczywiście w setkach publikacji znacznie poważniejszych, niż wpisy w tym blogu.


W tym roku przypada jednak również okrągła rocznica wydarzenia, które będąc jednym z rozlicznych efektów aktywności szwedzko – polskiej dynastii Wazów, jest nam wprawdzie bliższe geograficznie i historycznie od potyczek na odległych Filipinach, ale też nie tak całkiem oderwane od kolorytu zachodniego Pacyfiku, o czym poniżej.
Czterysta lat temu bowiem, w 1621 roku, szwedzki król Gustaw II Adolf z dynastii Wazów, jeden z najwybitniejszych (czyli najskuteczniejszych w realizacji swoich szeroko zakrojonych zamysłów) władców i wodzów w historii Europy, ufundował miasto Göteborg.
Ufundował w nie do końca dzisiejszym znaczeniu tego terminu, natomiast obdarzył królewskim przywilejem przedsięwzięcie kupieckich gildii niemieckich, szkockich, a przede wszystkim holenderskich, zmierzające do utworzenia szwedzkiego portu, pozwalającego na uniknięcie słonego myta duńskiego pobieranego przy przepływaniu cieśnin Sundu.


                                                          Projekt układu urbanistycznego Göteborga był dziełem architektów holenderskich, którzy w podobnym czasie stworzyli także koncepcję zabudowy Dżakarty (zwanej do niedawna Batawią) – najważniejszej faktorii Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, a obecnie – stolicy Indonezji. I to jest właśnie owo wspomniane wyżej powiązanie niedalekich poczynań szwedzkiego króla z drugim krańcem świata.
Nawiasem mówiąc, niemal równolegle powstał na podobnych do Batawii i Göteborga założeniach urbanistycznych Nowy Amsterdam, znany dziś jako Nowy Jork.
Przełom XVI i XVII wieku to czas wielkości Niderlandów (jakże widoczne ślady pozostawiającej też w Gdańsku), ale to obszerny temat na przyszłe opowieści. Teraz wróćmy więc do Wazów, rzucając wpierw okiem na widoki z Göteborga i okolic.

Aby zamysł stworzenia alternatywnego dla cieśnin Sundu połączenia Morza Północnego z Bałtyckim mógł zaistnieć w pełni efektywnie, już poprzednicy Gustawa II Adolfa planowali budowę śródlądowej drogi wodnej z wykorzystaniem rzeki Göta (u której ujścia zlokalizowano później Göteborg), oraz wielkich jezior Vänern i Vättern.
Trudne technicznie i bardzo kosztowne przedsięwzięcie udało się zrealizować dopiero w połowie XIX wieku, kiedy w zasadzie przestawało być potrzebne, bo zaczynały swą karierę koleje, zaś Dania została zmuszona  do rezygnacji z poboru ceł sundzkich.
Dzisiaj kanały Trollhattan i Göta są głównie atrakcją turystyczną, imponującą skalą budowli hydrotechnicznych.

Współczesność największego miasta prowincji Västergötland i okolic to znane uczelnie, teatry, oraz przemysł (m.in. główna siedziba zakładów Volvo, które można zwiedzać, ale zdjęcia wolno zrobić jedynie w muzeum, a także – jedno z centrów popularnej ostatnio skądinąd firmy AstraZeneca). Oraz zieleń.

Łatwo zauważyć w tej krótkiej relacji powtarzający się w wielu nazwach rdzeń “göt”. Z największą dozą prawdopodobieństwa fachowcy uważają, że właśnie z rejonu Västergötland przemigrowali w początkach naszej ery w okolice ujścia Wisły Goci, wielokrotnie wspomniani wcześniej w tym blogu i będący (według mojej prywatnej, amatorskiej klasyfikacji), sprawcami pierwszego z cywilizacyjnych “skandynawskich falowań” .
Ostatnim zaś z owych “falowań”, i najbardziej znaczącym dla polskich losów, był ciąg wojen inicjowanych w północnej części Europy przez osiągającą pod rządami Wazów rangę mocarstwa Szwecję.


Krótką powtórkę z historii tego czasu zaczęliśmy, jak zapewne zauważyliście, nie od początków dynastii (funkcjonującej na szwedzkim tronie w latach 1523-1654, zaś na polskim w okresie 1587-1668), lecz od Gustawa II Adolfa, który był przedostatnim Wazą na tronie szwedzkim, panującym od roku 1611 do 1632 (po nim koronę dzierżyła jeszcze, przynajmniej formalnie, jego córka Krystyna).
Na zdjęciu powyżej widać wojenny okręt “Vasa”, zbudowany na królewskie polecenie podczas kolejnej wojny z Polską, krótko po sławnej klęsce szwedzkiej floty pod Oliwą (1627).
Gustaw II Adolf, jak to władcy miewają w zwyczaju, wtrącał się do prac projektowych, czego efektem było efektowne zatonięcie galeonu podczas efektownej parady w próbnym rejsie.
Wrak wydobyto w latach sześćdziesiątych XX wieku i po żmudnej konserwacji wyeksponowano w specjalnym budynku muzealnym w Sztokholmie.
Okręt zdobiły rozliczne rzeźby; niektóre wyraźnie wyzłośliwiały się w stosunku do wrogiej podówczas Polski (piszę skrótowo, bo była to wszak Rzeczpospolita Obojga Narodów) i jej mieszkańców. Jak choćby rzeżba, przedstawiająca polskiego szlachcica, chowającego się tchórzliwie pod stołem i odszczekującego nieprzychylne Szwedom słowa. Umieszczona była tak, aby mogli ją dobrze widzieć członkowie załogi podczas korzystania z latryny.
Niezbyt to miły wizerunek, aczkolwiek sama estetyka ówczesnej propagandy wojennej – dużo milsza od obecnej.


Osiągnąwszy ten punkt narracji zorientowałem się (a Szanowni Czytelnicy zapewne zrobili to wcześniej), że na dobrą sprawę nie zacząłem jeszcze pisać o tym, co zapowiedziane w tytule. Pozwólcie więc, że traktując jako wymówkę saharyjskie upały (w poprzednim wpisie zwalałem swoje niedociągnięcia na ulewy), odłożę na jakiś czas kontynuację wątku Wazów.
Tym bardziej, że muszę też nabrać dystansu do niedawnego, trzymającego wszystkich w stanie nerwowego wzmożenia , meczu w piłkę kopaną.
Jak donosiła prasa z drugiej strony Bałtyku: “spotkanie Szwecja – Lewandowski zakończyło się wynikiem 3:2” . 

nasz dziennik

Na początku, Drodzy Czytelnicy, wyjaśnię, skąd tytuł tego wpisu.
Otóż wspomniany w ubiegłym miesiącu szybki rzut oka na toruńskie włości zakonnika, trzymającego duchową (i bardzo często materialną) władzę nad licznymi rzeszami wyznawców, skłonił mnie do przyjrzenia się instrumentarium takiego sukcesu, w którym istotną rolę gra “Nasz Dziennik”.
Spróbuję więc tym razem przedstawić Wam nasz dziennik z niektórych dni marca 2021 roku, spędzonych wbrew woli w warunkach zwanych ze staropolska “lockdownem”, który obok niezliczonych uciążliwości, pozwala jednak swobodnie znaleźć czas chociażby na podglądanie wyczekującego nadejścia wiosny ptactwa.
Dla urozmaicenia zaś wzbogacę gdzieniegdzie nasz dziennik wyimkami z “Naszego Dziennika” (kopie oryginalnie wyróżnionych fragmentów artykułów), którego pobieżne nawet przejrzenie przypomina o twardych realiach naszej codzienności i skłania do powracających, niezbyt odkrywczych skądinąd, usiłowań wytłumaczenia sobie istniejącego stanu rzeczy. Ewentualne moje komentarzyki wyróżnię czerwoną czcionką, tak jak tutaj, sygnując je inicjałami (PB).
Aha, jeszcze ważna uwaga: nie dotykam w tym przeglądzie “Naszego Dziennika” treści o charakterze konfesyjnym tam występujących, bo nie powinny one być obiektem bezbożnego oglądu. Ograniczam się do licznych w tym piśmie tekstów, związanych w oczywisty sposób z doczesnością, naświetlaną według mnie w sposób bezbożny właśnie.

A że zdarzą się dni, w których nasz dziennik z marca 2021 i “Nasz Dziennik” z marca 2021 nie przyniosą godnych wspomnienia treści, to przywołam wówczas marcowe dni z innych lat.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

 

Ja wybieram wolną prasę!!! (PB)


xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

 

 

 

 

 


“Nowa wizja człowieka” to, jak zrozumiałem z lektury, złowroga wizja osoby ludzkiej, obdarzonej i kierującej się wolną wolą. Po prostu. (PB)


 

 

 

 

 

“Marksizm”, czy “lewactwo”, to uosobienie “tzw. wolności” (PB)


Skopiowane obok wyróżnienie fragmentu tekstu z “Naszego Dziennika” nieźle koresponduje ze zdjęciem wizerunku białoruskiego więźnia politycznego, opatrzonego dopiskiem dającym odpór “zakłamanej prawdzie o antysemityzmie Polaków”. Filar estakady w centrum Gdańska.

 

 

nasz dziennik 2 marca 2021

Drugi plan zdjęcia obejmuje fragment Teatru Szekspirowskiego, o którym wspominam poniżej, z bardzo smutnej okazji.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

 

Dzisiaj cytaty z “Naszego Dziennika” pozostawiam bez komentarza. (PB)


nasz dziennik 3 marca 2021

Wiadomością dnia, która przygnębiła rzesze osób bliżej lub dalej znających Jerzego Limona, a także tych, którzy znali Go tylko dzięki Jego dokonaniom, była informacja o odejściu tego pragmatycznego romantyka, sprawczego marzyciela, kreatora niemożliwego – jak się wielu wydawało – dzieła, jakim było doprowadzenie do wybudowania, oraz natchnięcie artystycznym duchem gdańskiego Teatru Szekspirowskiego.

Jerzy był wielbicielem i wyjątkowym znawcą brytyjskiej historii i kultury.
Los sprawił, że przegrał z brytyjską mutacją koronawirusa.


xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

Duch Narodu? Raczej 38 milionów “duchów”, każdy trochę inny. (PB)


nasz dziennik 4 marca 2021

Dokładnie rok temu zdiagnozowano w Polsce pierwszy przypadek zakażenia COVID 19. Życie w kraju, podobnie jak w reszcie świata kompletnie się od tego czasu  poprzestawiało; nie wiadomo, na jak długo.
Nam udało się dotrwać do terminu szczepienia, który przypadkowo pokrył się z ponurą rocznicą. Nieoceniony “Nasz Dziennik” zaś doniósł, że:

 

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

“tzw. strajk kobiet” to jedno z ważących “tzw. zjawisk społecznych”, co do których “Nasz Dziennik” współbrzmi z “Dziennikiem Telewizyjnym”, czyli
tzw. obecnie “Wiadomościami” TVP. (PB)

 

 


nasz dziennik 5 marca 2021

Udało nam się trafić w okienko czasowe, kiedy na krótko otwarto kina i obejrzeć “Zabij to i wyjedź z tego miasta” Wilczyńskiego. Niezwykłej mocy kreskówka, gdzie PRL – owskie klimaty zarysowane są po mistrzowsku.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx




Weekendowe wydanie “Naszego Dziennika” nie przerosło codziennego poziomu.(PB)


nasz dziennik z 6 i 7 marca 2021 proponuje natomiast trochę informacji, w których rzetelność nie powinniście, Drodzy Czytelnicy, powątpiewać:

– 6 marca 1521 roku, a więc dokładnie pół tysiąclecia temu, wygłodzone załogi flotylli Magellana po przeszło trzech miesiącach żeglugi przez Pacyfik dostrzegły wyspę, noszącą obecnie nazwę Guam. Żeglarze po utarczkach z tubylcami nazwali archipelag Marianów “Wyspami Złodziejskimi” i po kilku dniach ruszyli dalej na zachód. Proponuję Czytelnikom zajrzeć na początek tego blogu, do wpisów sprzed pięciu lat, gdzie jest więcej informacji o epokowym rejsie.

– 7 marca 2020 roku trafiliśmy w Jakuszycach na narciarski Bieg Retro. Obiecaliśmy sobie wrócić na tę zwariowaną imprezę rok później, ale wirus postanowił inaczej. Pozostało parę zdjęć i nadzieja, że w przyszłości…

– 7 marca 2021 w całej Polsce “Manify”. W Gdańsku też, mimo wyjątkowo podłej pogody, zebrała się bardzo znaczna grupa osób, przewyższająca liczebnością ilość samochodów policyjnych.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


Dzień Kobiet nie dał “Naszemu Dziennikowi” inspiracji do zająknięcia się o połowie ludzkości. Każdego dnia natomiast krótsze lub dłuższe materiały o Danielu O. (kiedyś taka forma będzie zapewne obowiązująca). Obajtek Rydzykiem interesów świeckich, czy Rydzyk Obajtkiem interesów kościelnych – teza prawdopodobna w obie strony. (PB)


nasz dziennik 8 marca 2021
przypomnijmy, że:
8 marca 1968 roku rozpoczęły się trwające kilkanaście dni protesty i strajki w obronie relegowanych z uczelni warszawskich studentów, najczęściej o żydowskich korzeniach. Obejmując cały kraj, akcja nie ominęła też Politechniki Gdańskiej.

Implikacje wydarzeń (najpewniej zresztą po części prowokowanych przez walczące frakcje partii komunistycznej) były wstrząsające: do emigracji zmuszono dziesiątki tysięcy osób, głównie pochodzenia żydowskiego, bardzo często pełniących istotne funkcje w nauce, administracji czy kulturze.
Ich miejsce szybko zaczęły wypełniać “nowe elity” (termin przewijający się także w obecnym czasie, z lubością lansowany przez “zbawcę narodu”).
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

Nie odważę się skomentować wklejonego obok zdania. Skopiowałem je z “Naszego Dziennika”, bo zafrapował mnie niesłyszany wcześniej czasownik “omadlać”. Najwyraźniej korektor tekstu w edytorze też się z nim nie spotkał, bo podkreślił na czerwono.(PB)

 


nasz dziennik 9 marca 2021 znów wspomina przeszłość:
– 9 marca 2015 roku mieliśmy okazję zaliczyć krótki pobyt w Wenecji i okolicach. “Krótki pobyt” w Wenecji ociera się o grzech, żeby pozostać przy retoryce naszego medialnego przewodnika po marcowym wpisie, ale lepiej krótko niż wcale.
Miasto, które w średniowieczu stało się jedną z głównych potęg Europy (i w swojej formule miejskiej republiki – wzorem do naśladowania choćby dla Gdańska), założyli w połowie V wieku n.e. uciekinierzy z nieodległej, bogatej i znaczącej wówczas Akwilei, ratujący się przed najazdem Hunów.
Zahaczyliśmy zatem o pozostałości tej dawnej metropolii, z których najważniejsze są wspaniałe posadzki w katedrze, jak też wybraliśmy się stateczkiem na lagunę, żeby z perspektywy obejrzeć sylwetkę Wenecji.

 – 9 marca 2016
Diabelski (znów ten szatan!) Kamień w Lasach Oliwskich

– 9 marca 2018
Łódź – murale w centrum miasta

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx



Wiem, że w gronie Miłych Czytelników tego bloga jest spora liczba medyków.
“Nasz Dziennik” służy również tej grupie zawodowej odkrywczymi, przydatnymi radami.(PB)

 


nasz dziennik 10 marca 2021 wspomina:
– 10 marca 2014 – Mierzeja Wiślana (jeszcze nie tknięta przekopem!)

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


Zauważcie, Drodzy Czytelnicy, że powyższe wyimki pochodzą z “Naszego Dziennika” i dotyczą, rzecz jasna, poczynań edukacyjnych wrażych środowisk “lewackich”. Sądzę jednak, że nietrudno byłoby znaleźć we wrażych, “lewackich” wydawnictwach identyczne tytuły, odnoszące się wszakże do poczynań edukacyjnych środowisk “kato – narodowych”, a więc łatwo identyfikowalnych choćby z “Naszym Dziennikiem”.
Ta swoista konwergencja propagandowego języka przeciwstawnych sobie obozów jest fenomenem, który właśnie w tym wpisie próbuję pokazać Czytelnikom, a samemu – zrozumieć. (PB)


nasz dziennik 11 marca 2021 uwagaaaa:
11 marca 2016 roku zacząłem pisać ten blog!!!
Minęło więc pięć lat comiesięcznego absorbowania Czytelników nie zawsze udanymi tekstami i zdjęciami, oraz zawsze udanymi rysunkami Żonny.

Serdeczne dzięki za cierpliwość i wyrozumiałość, oraz za liczne ciepłe, a także nieliczne oziębłe słowa, napływające w reakcji na tę ilustrowaną pisaninę!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


  Dobrze jest, jak wskazują doświadczenia wybitnych speców od propagandy, użyć języka militarnego, potęgującego u odbiorców poczucie zagrożenia i odruch obronny. (PB)

 


nasz dziennik 12 marca 2021 przynosi kolejne rocznicowe wspomnienie:
– 12 marca 2013 roku zdarzyło się nam być w Jerozolimie.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

Po raz kolejny hasło (to z mediami i ideologią), które z powodzeniem może funkcjonować po obu stronach politycznego muru, przy odwrotnym zwrocie wektorowym wszakże. (PB)


nasz dziennik 13 marca 2021 znów odnosi się do staroci, mających jednak cień związku z tym, co powyżej:

jeśli o media (kiedyś wolne) chodzi, to zdarza się jeszcze trafić na artefakty…

13 marca 2013 roku (bez związku z mediami i ideologią) – widok na najważniejszy izraelski port nad Morzem Śródziemnym – Hajfę:

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

Wiara, neomarksizm, media, popędy, żądze. Oprócz tego – rozum, którego “Nasz Dziennik ” zaleca używać. Popieram zdecydowanie ten postulat. (PB)


nasz dziennik 15 marca 2021

15 marca 2011 (dziesięć lat temu) zdarzyło się podziwiać prawdziwe zimowo – górskie panoramy. Zdjęcie ma przypominać wrażenia estetyczne i nie ma w nim żadnych głębszych podtekstów.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

 

Nie mogę się nadziwić inwencji redaktorów we wskazywaniu szatańskich podszeptów. Dzisiaj na warsztacie pomysły na pomoc osobom niepełnosprawnym intelektualnie poprzez włączanie ich, w miarę możliwości, do powszechnego systemu oświaty. Zamysł trudny w realizacji, ale w cywilizowanych krajach funkcjonujący.
Komentarz “Naszego Dziennika” na tyle żenujący, że nawet obśmiać go trudno.
Wyróżnienia tekstowe  z dzisiejszego numeru wpisują się w takie pomysły Partii i Rządu, jak dążenie do wypowiedzenia antyprzemocowej “Konwencji Stambulskiej” (co, żeby było śmieszniej, pierwsza zrobiła Turcja!).
W znacznych obszarach “konserwatyzm” islamski pokrywa się z katolickim.(PB)


nasz dziennik 16 marca 2021 nie odnotował ciekawostek bieżących, ani historycznych, więc macie Państwo dzień oddechu, okraszony fotką zrobioną dokładnie 11 lat temu (nie mam pewności, kto wystaje spod pokrywy śnieżnej, ale jest to bez wątpienia postać obdarzona świętością):
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 



 

 

 

 

 

 

 

 

nasz dziennik 17 marca 2021  (a więc na środę dzisiejszą) jest w stanie skwitować wyżej przytoczoną lawinę obajtkomańską z “Naszego Dziennika” jedynie skromnym limerykiem:

Pognębiał raz w Pcimiu wójt wuja
wołając: “pokażę ci mu ja,
bez ścianki rurę,
czyli że: dziurę”.
Tu rym se dobierzta na czuja!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

nasz dziennik 18 marca 2021

to pierwszy dzień tegorocznego marca, którego nie zaczynamy od przeglądu “Naszego Dziennika”. Chcemy tym sposobem dać Państwu i sobie chwilę oddechu od pulsującej emocjami atmosfery tego wydawnictwa.

Mamy nadzieję, że odprężeniu sprzyjać będzie zdjęcie, zrobione w epoce fotograficznych błon odwracalnych “Orwochrom”, a przedstawiające naszą najmłodszą córę Katarzynę, dziś właśnie obchodzącą urodziny.
Zwróćcie uwagę na paczkę papierosów “Caro”, które utonęły w odmętach czasu podobnie, jak błony “Orwochrom”, a których obecność na stoliku niemowlaka nikogo wówczas nie dziwiła.

 

 

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


Z przyjemnością zaprenumerowałbym na stałe “Nasz Dziennik”, gdyby całą jego zawartość stanowiły wyłącznie, podobne jak powyższa, apetyczne recepty kuchenne. (PB)


nasz dziennik 19 marca 2021

Dzisiaj Dzień Jedności Kaszubów, przypadający w tym roku w siedemset osiemdziesiątą trzecią rocznicę ukazania się bulli papieża Grzegorza IX, gdzie znalazła się pierwsza pisemna wzmianka o tym dzielnym pomorskim ludzie.
W dniu ich jedności życzymy Kaszubom, aby jednoczyli się wokół myśli swobodnej.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 Koniec odpoczynku! Wracamy do tekstów istotnych dla “Naszego Dziennika” programowo, pozostawiając na jakiś czas na boku przyjemności w rodzaju zupy z bakłażanów. (PB)

 


nasz dziennik 20 marca 2021 ma wolny weekend i o niczym nie donosi.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Powyżej – fragment zajmującej całą stronę “Naszego Dziennika” reklamy grupy “Orlen”. Najwyraźniej Daniel O. zamawiając te kosztowne reklamy spłaca gazecie należność za bardzo liczne płomienne artykuły w jego obronie, których fragmenciki prezentowaliśmy powyżej.(PB)


nasz dziennik 22 marca 2021

dziś imieniny Katarzyny Krenz, którą mamy zaszczyt znać osobiście.
Jeśli nie przeczytaliście jeszcze wszystkich napisanych przez Solenizantkę książek, zróbcie to niezwłocznie, bo z tego co wiemy, nadchodzą
kolejne!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


Nie jestem pewien, czy właściwie odczytuję te diagnozy “Naszego Dziennika”, ale mam mocne przeświadczenie, że autorom przyświeca myśl propagowania polszczyzny czystej i wolnej od jakichkolwiek wulgaryzmów którą, w odróżnieniu od różnych tam salonów, reprezentuje w godny sposób codzienny ostatnio gość redakcyjnych treści, Daniel O. (PB)
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx



Zdarza się “Naszemu Dziennikowi” krytykować władze Partyjno – Rządowe. Mam jednak wrażenie, że dzieje się to tylko w przypadkach takich, jak próby ograniczania frekwencji w kościołach podczas pandemii, co skutkuje zmniejszeniem wpływów na tacę. (PB)


xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

nasz dziennik 27 marca 2021
Miłośnicy podróży bez pudła poznają zapewne, że na zdjęciu widnieje berlińska Brama Brandenburska. Nieco osobliwą cechą zdjęcia jest to, ze zostało zrobione od strony wschodniej w bardzo dawnych latach, gdy przekroczenie znajdującej się w ciągu muru berlińskiego bramy było niemożliwe. Możliwe natomiast było udanie się do Berlina wschodniego na zakupy tym bardziej, że w okresie czasu, o którym mowa, ówczesne Partia i Rząd pozwalały na wymianę dość znacznej kwoty złotówek na marki wschodnioniemieckie. Ze sposobności tej skorzystało skwapliwie poślubione sobie właśnie 27 marca tego dawnego czasu małżeństwo, wymieniwszy na marki wszystkie otrzymane z okazji ślubu “kopertówki”. Owoce wyjazdu były przebogate; do czasów dzisiejszych dotrwał przechowywany jak relikwia nóż z aluminiową rączką, oraz mechaniczna waga osobowa, zachowująca dokładność +/- 3 kg.
Nie tylko ślubne (cywilne) wspomnienie wyróżnia dzień 27 marca, bo dokładnie rok później do młodych małżonków zawitał Tomasz.
Ten znamienny fakt niech będzie podsumowaniem marcowego naszego dziennika.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Po miesięcznych zmaganiach z lekturą i komentowaniem wyimków z “Naszego Dziennika” (i źródeł pokrewnych), oraz czynienia zapisków w naszym dzienniku (i źródłach pokrewnych), pora na krótką refleksję nad obserwacjami płynącymi z tych czynności.

Pierwszym pobieżnym wrażeniem, jakie nasuwa się przy obcowaniu z oboma dziennikami, jest zauważalny “symetryzm” (że użyję rozpowszechnionego ostatnimi czasy, choć raczej w odniesieniu do całokształtu polskiej praktyki politycznej, neologizmu) znajdowanych tam punktów widzenia, czy raczej – stosowanych  wobec przeciwnej strony dyskursu politycznego figur retorycznych.
Rzucająca się w oczy jest ich konwergencja, czyli równoległe występowanie, wszakże przy przeciwstawnych opisach.
Kilka pierwszych z brzegu przykładów:
– “pachołki Moskwy”
– “Targowica”
– “Szczujnia”
– “Ideologia” (w różnych konfiguracjach)
– “Edukacja – indoktrynacja”
–  “Propaganda”
– “Patriotyzm”
– “Duch Narodu”
To była mała próbka jednobrzmiących epitetów, mających dyskredytować stronę przeciwną.
“Jesteś głupi!”, “To ty jesteś głupi!” – pamiętacie z podwórka?
Zauważamy zatem, że identyczne lub bardzo podobne określenia są w odwrotny sposób rozumiane przez, mówiąc umownie, czytelników “Naszego Dziennika” i naszego dziennika.
Jedni i drudzy traktują nawzajem tę “symetrię” retoryczną jako odbicie ich własnych prawd w krzywym lustrze, lub mętnej wodzie strony przeciwnej.

Funkcjonuje także cała gama określeń opatrzonych modnym ostatnio przedrostkiem  “tzw.”, który można znaleźć w publikacjach dzienników obojga punktów widzenia (jak też tygodników, kwartalników, oraz innych niż drukowanych przedsięwzięć medialnych).
Tu znajdziemy, zależnie od opcji światopoglądowej “tzw. praworządność”, “tzw. strajk kobiet”, “tzw. strefę wolności osób LGBT”, ale też “tzw. Trybunał Konstytucyjny”, “tzw. Izbę Dyscyplinarną SN”, etc. Dziwne, że w tej ostatniej grupie nie znalazło się dotychczas “tzw. prawo i sprawiedliwość”, ale to pewnie kwestia czasu.

Napisawszy powyższe znalazłem się w miejscu, gdzie powinny zaistnieć próby wytłumaczenia sobie i innym przyczyn funkcjonowania dwóch równoległych rzeczywistości.
Uznałem jednak, że przed nadchodzącą Wielkanocą lepiej będzie podumać w spokoju nad własną niedoskonałością z nadzieją, że innym także zdarzy się taki czas refleksji.

 

Mijający czas bałwanów (?)

Natura łaskawie przypomniała nam w ostatnich tygodniach zjawisko, zwane dawniej “zimą”. Najmłodszemu pokoleniu nie muszę zatem opisywać takich fenomenów jak mróz czy śnieg, bo mogło ich doświadczyć organoleptycznie.
Wiedzione zaś naturalną u ludzkiego gatunku skłonnością do eksperymentu, wspartą doświadczeniem osób starszych, szybko opanowało sztukę tworzenia śniegowych bałwanów.
Słowo “bałwan” w języku polskim określa, jak wiadomo, nie tylko ulepioną przez dzieciaki śniegową figurę czy spienione morskie fale, ale także figuralne wyobrażenie bóstwa, zaś najczęściej – osobę reprezentującą przymioty nie do końca godne szacunku.
Dwa ostatnie znaczenia bywają, jak wynika z obserwacji, częstokroć kojarzone wspólnie, czego skutkiem może się stawać ubóstwianie bałwanów – zjawisko w życiu społeczeństw nierzadkie.
Przemijaniu czasu bałwanów śniegowych sprzyja zwykła odwilż.
W przypadku bałwanów ubóstwionych jest to niestety proces znacznie bardziej zawiły  i na ogół skutkuje jedynie czasowym ich nadtopieniem.
Poczynania w tym kierunku są wszakże bardzo pożądane; w ostatnim czasie daje się takowe zaobserwować w wykonaniu odwilżowych ekip politycznych, oraz publicystycznych.
Tyle o (lekko może naciąganych) paralelach z dziedziny bałwanologii, spójrzmy zatem na migawki z (niespodziewanej w lutym) zimy 2021.
Oddający atmosferę przymglonych tego dnia tras biegowych w ulubionym Hrabstwie Kłodzkim obrazek narysowała znana, lecz niestety ciągle nie do końca sprawna Ręka. Podobnie, jak wykonała kilka następnych zimowych szkiców i fotografii, nie tylko zresztą z południa Polski.

Na ostatnim ze zdjęć widać górną stację wyciągu na Czarnej Górze. Trasy narciarskie z niej prowadzące były puste, opatrzone tablicami zakazu wstępu; nie dostrzegliśmy tam nawet Pierwszego Zjazdowca RP.
To osobliwe feryjne doświadczenie: bezludne niemal góry, żywienie się “wynosami” z nielicznych pracujących na ćwierćobrotach  knajp, noclegi u miłych gospodarzy zerkających w okno z obawą, czy nie nadarzy się jakaś kontrola, szaleńcze szusy na “jabłuszkach”, wymarłe stare kurorty.

Szczęśliwie, ulubione biegówki – bez urzędowych ograniczeń.

Ostatnie zdjęcie pochodzi z Gierałtowa, malowniczej jak cały region i mającej długą historię wsi, której dawniejsza nazwa brzmiała Gersdorf.
Ciekawe, czy Pani Małgorzata Gersdorf, dobrze zapamiętana była szefowa Sądu Najwyższego, mogła mieć jakiś odległy związek rodzinny z obecnym Gierałtowem (Starym lub Nowym, bo tak się dzieli)?
Niekoniecznie, ale ta zbieżność nazewnicza jest jednym z tysięcy przykładów na to, jak przez wieki przeplatały się na terenach polskich, ale i wszędzie indziej, losy ludzi będących w drodze, a w końcu znajdujących swoje miejsce.
A także na to, jak wąskim, przemijającym i sztucznym, a przez to instrumentalnie wykorzystywanym i nadużywanym pojęciem może być “narodowość”.
Poprzestanę na tej dość ogólnikowej refleksji, bo temat jest szeroki i drażliwy, a nasz blog ma być dla Czytelników i Oglądaczy okazją do chwili wytchnienia.


Dla wielu osób wytchnieniem będzie najpewniej widok kilku zdjęć obrazujących dzieło Ojca Dyrektora, na które trafić można niewiele zbaczając z drogi łączącej Gierałtów z Gdańskiem.
Luty był miesiącem naprzemiennie i niespodziewanie następujących po sobie pór roku; niespodziewana mroźna i śnieżna zima znienacka ustąpiła miejsca niespodziewanemu, upalnemu prawie latu, które błyskawicznie zanihilowało śniegowe bałwany, jak też zaspy przesłaniające obiekty wszelakich kultów.
Na przedmieściach Torunia dał się więc zaobserwować kompleks marmurowo – złoty, wcale nie skromny.
Można odnieść wrażenie, że zamysłem jego powstania jest chęć stworzenia takiego polskiego Watykaniku, sanktuarium myśli konkurencyjnej wobec franciszkowej, którą mają nieść w lud adepci lokalnej wyższej szkoły spikerów.
Twarze spotykanych osób wyglądają, mimo maseczek, na uduchowione i niezbyt skore do wymiany poglądów, natomiast pewne zasłyszanych tu prawd.
Zaobserwowaliśmy również, że jeśli ktoś tu nosi sutannę, to nie nosi maseczki. Księżowskie “pogotowie” z Gierałtowa nie pasowałoby tu zbytnio.

Miasto Kopernika i piernika oferuje szeroką gamę doznań duchowych.
Nieco odmienne w swym charakterze sanktuarium , jakim jest świetne tamtejsze Centrum Sztuki Współczesnej, prezentuje na przykład wystawę twórczości kultowego fotografika i celebryty, Helmuta Newtona.
Nie przepadam za fotografią reżyserowaną, jednak kreatywność tego twórcy naprawdę robi wrażenie.


Przemierzenie kraju z północy na południe i z powrotem pozwoliło po raz nie wiadomo który potwierdzić opinię, że w domu najlepiej, chociaż gdzie indziej też bywa ładnie i ciekawie.
Widoki zimowe z okna, narciarska włóczęga przez kaszubskie pagórki i jeziora, a nade wszystko wzdłuż morskiej plaży: hej, jak mawiają górale!

Ameryka

Dociekania lokalnych badaczy (niekoniecznie zgodnie z prawdą powołujących się na związki z KULKaszubskim Uniwersytetem Ludowym) sugerują, że znaczna liczba spotykanych w świecie nazw geograficznych ma swoje źródło na Kaszubach.
Dobrym przykładem jest Ameryka, której to nazwy pochodzenie błędnie wywodzono do niedawna od nazwiska Amerigo Vespucciego, gdy tymczasem tkwi ono najpewniej w podmirachowskim przysiółku.
Jakby nie było faktem jest, że Mirachowo w ciągu kilku ostatnich stuleci traciło na znaczeniu, spadając z rangi stolicy starostwa do obecnego statusu niewielkiej wioski, natomiast Ameryka – często utożsamiana w potocznym rozumieniu z USA – potężniała w tym czasie niebywale.
Ewolucyjne przedsięwzięcie, na skalę być może największą od czasu wyginięcia dinozaurów, polegające na wymieszaniu genomów i etnosów z całego zaludnionego świata na obszarze jednego kontynentu, dało efekt cywilizacyjny o skali równie ogromnej.
Efekt dobry, czy nie – dyskusja niewiele da; można najwyżej opisywać to, co się wydarzyło i wydarza.
Tym zaś trudnią się zastępy specjalistów, skromnym blogerom pozostawiając ewentualnie margines na ich prywatne obserwacje i uwagi.
A także – na wspomnienia z pobytów za Wielką Wodą, jeśli się to komuś przydarzyło, tak jak nam przed dekadą, kiedy to od Michała/Tadeusza i “Lali” (która od pewnego czasu przemierza niebieskie prerie), dostaliśmy propozycję wspólnego objazdu kilku wschodnich stanów.
Jak wszędzie, tak i tam, najciekawsi są ludzie. Dobrym punktem obserwacji może być choćby stolik w nowojorskim przyulicznym knajpianym ogródku, gdzie w trakcie opróżniania butelki piwa da się uwiecznić wiele ciekawych postaci spośród milionów, składających się na “We, the People of the United States” (“My, Naród Stanów Zjednoczonych”):

To, co działo się w Stanach w ostatnich tygodniach w sferze polityki świat obserwował z jeszcze większym zainteresowaniem, niż topowe mecze ligi NBA, czy gale wręczania filmowych Oskarów.
Prezydenckie zmagania wygrał gość wyglądający na normalnego, który ma szanse faktycznie wcielić w życie hasło wykrzykiwane przez swojego poprzednika, by “uczynić Amerykę znowu wielką”.
Wśród wielu mądrych słów wypowiadanych ostatnio przez Bidena zwróciły uwagę dwa, niejednokrotnie powtarzane: “szacunek” i “możliwości”.
Oba te terminy są bardzo pojemne, podobnie jak korelacje między nimi; zdolni autorzy stworzyliby (a może już to zrobili?) pewnie niejeden interesujący esej bazujący na znaczeniach i powiązaniach tych dwóch wyrazów.
Myślę, że nowy prezydent USA przywołał je, próbując wskazać na moralną podwalinę ukształtowania się i rozwoju kraju, ale też zaznaczając potrzebę trwania przy nich dla przyszłości.

Szacunek jako życzliwa akceptacja inności, także jeśli chodzi o dzielenie się możliwościami. Jako schowanie cząstki egoizmu, żeby w lepszym współdziałaniu z innymi w końcu i tak wyjść na swoje, podobnie jak ci inni.
Niby proste i oczywiste, a jak niełatwe do stosowania w życiu, zwłaszcza w epoce swobodnego, lecz niestety – zdziczałego – internetu.
Biden deklaruje usilną pracę dla przekonywania o konieczności i celowości wzajemnego szacunku. Jeśli mu się powiedzie, a świat zechce pójść w ślady Ameryki tak, jak to czyni od dobrych stu lat, to może coś dobrego z tego będzie.
Także dla Kaszubów z Mirachowa, górali z Murzasichla i w ogóle dla mieszkańców kraju nad Wisłą, nie wyłączając redaktorów TVP.
Jak i dla tych, co grają i słuchają muzyki w Nowym Orleanie, w Nashville, czy w Memphis.

Górale, Kaszubi……….., ze wszystkich stron świata ciągnęli do Ameryki ludzie wolnej woli, przyciśnięci biedą czy opresją, gnani żądzą przygody, bogactwa czy sławy, w końcu – idealiści. Bez względu na motywy, które skłoniły ich do trudnej wyprawy za ocean, wszystkich łączyła ponadnormatywna odwaga i wyobraźnia.
Te spostrzeżenia dotyczyły, jak wspomniano, ludzi wolnej woli.
Kontynent miał wszakże wcześniejszych gospodarzy, którzy ulegli z czasem sile europejskiej ekspansji i – przetrzebieni, lepiej czy gorzej próbują wpasowywać się w urabianą przez zdobywców społeczną magmę.
Podobnie jak Afrykanie, których miliony dowiozły tu statki handlarzy niewolnikami, a których nie pytano o chęć odbycia podróży.
Migracje między Europą, Azją i Afryką a Ameryką to temat potężny jak oceany, dzielące te kontynenty; spróbujemy od czasu do czasu cokolwiek o nich napomknąć w tym blogu.
A na razie kilka słów i obrazków dotykających czasu wcześniejszego niż ten, kiedy Brytyjczycy okrzepli na tyle, aby zacząć kolonialną konkurencję w Ameryce Północnej z wcześniej tam instalującymi się Hiszpanami, a także Francuzami.

Nie rozpisuję się na temat tych mniej znanych epizodów północnoamerykańskiej historii; jeśli starczy Wam cierpliwości, poczytajcie inskrypcje na kilku pamiątkowych tablicach, które znaleźliśmy w różnych miejscach Florydy i Georgii.
Natomiast zdecydowanie zachęcam do lektury znakomitej książki Tony’ego Horwitz’a “Podróż długa i dziwna – drugie odkrywanie Nowego Świata” (“A voyage long and strange. Rediscovering New World”). Nieczęsto trafiają się autorzy potrafiący, jak Horwitz, łączyć dogłębną wiedzę i wystudiowanie tematu z lekką i bardzo dowcipną formą narracji. Warto poczytać Horwitza tę i inne rzeczy tym bardziej, że nic już więcej, niestety, nie napisze !

Finisz tych porozrzucanych amerykańskich impresji nie może obyć się bez nutki patriotyczno – bohaterskiej, którą niech wyrazi przywołanie postaci Kazimierza Pułaskiego.
Pamiętamy go z jesiennej wycieczki do Warki, z którym to miasteczkiem związany był w dzieciństwie. Zaliczywszy chlubną historycznie kartę w Polsce, trafił do formujących się Stanów Zjednoczonych, których pozostał jednym z bohaterów.

Poniżej zaś – nieco bardziej współczesne, ale zdecydowanie lokujące się w kategorii zabytków,  akcenty batalistyczne napotkane w USA:

 

 

Podróżnicy

Rob Gonsalves – “Pływające wyspy”

Adwentowy czarny karnawał 2020, godny pióra Osieckiej czy Młynarskiego.
Korowody gości, sterowane gazetowymi anonsami w czarnych ramkach, przemieszczają się w funeralnym kontredansie z Witomińskiego, poprzez sopocki, Srebrzysko aż na Łostowicki,
Muzyka niezbyt skoczna, ale rytmiczna.
Na początku wodzirej z kosą, za nim w pierwszej parze Ciocia Pandemia z Wujem Kryzysem, potem – roje masek, które przy każdym kolejnym spotkaniu coraz lepiej nawzajem się rozpoznają, bo spotkania częste.
Zamaskowani żałobnicy idą dalej, pozostawiając w ciszy i spokoju Ich, których imiona przywołałem pod koniec poprzedniego wpisu.
To bliskie nam osoby, które wybrały się w podróż dokądś – tam, w feralnych ostatnich dniach listopada.
Każde z nich było podróżnikiem co się zowie, żyjącym blisko morza, często – na morzu czy dla morza. I dla nas.


  • Iwona
    Jako zdeklarowana feministka obruszyłaby się zapewne na określenie “Damski Noe“, ale w mojej pamięci pozostaje kimś właśnie takim.
    Kimś, kto robił wszystko, żeby ziemską naturę ocalić przed antropoceńskim potopem.
    Z biblijnym pierwowzorem łączyły Iwonę jeszcze trzy przynajmniej cechy: żegluga była Jej pasją, a poza tym – lubiła wino i nie lubiła Chama.
  • Zbyszek
    Kiedyś zbudowaliśmy razem dom; w jednej jego połówce mieszkamy dotychczas z Żonną, w drugiej Zbyszek spędził może z tydzień, po czym na długie lata wybrał się w świat. W czasie gdy w Polsce zebrano się przy Okrągłym Stole, Zbyszek zaprosił mnie do wspólnego rejsu łódką po egzotycznych wodach.
    Z różnych względów do rejsu nie doszło, mnie zaś pozostała jako pamiątka przepustka do ministerstwa bezpieki Jamajki, gdzie musiałem przedłużyć wizę.
    Młodszym Czytelnikom wyjaśniam, że wówczas w paszportach był uwidoczniony opis cech fizycznych właściciela, między innymi kolor oczu, który portier uznał za moje nazwisko.
    Więcej w tym akapicie o mnie niż o Zbyszku, ale to On inicjował przygody.
  • Tomek
    Powściągliwy w wypowiedziach i w wydatkach, wszelako obok masy zalet:
    miał nasz Tomek dwie słabostki,
    cygara i rosół z kostki .
    Sylwia (żona) w pięknych słowach Tomka pożegnała.
  • Wiesław
    W mojej pamięci – wzorzec siły spokoju, mądrości i rozwagi.
    Marzena (córka) w pięknych słowach Wiesława pożegnała.
  • Józef
    Znałem Józefa najmniej z wymienionych; był, podobnie jak Wiesław, przedstawicielem starszej od nas o numer generacji.
    Wiem wszakże na pewno, że podobnie jak Wiesław, był autorem nadzwyczaj udanego potomstwa.

 

500 lat upłynęło niedawno od momentu, gdy wyprawa pod wodzą Magellana sforsowała  cieśninę znaną obecnie pod jego imieniem i wypłynęła na bezmierne wody Pacyfiku.
Historię epokowego rejsu starałem się przypomnieć w pierwszych wpisach tego blogu w 2016 roku, uzupełniając ją opisem swoich prób podążania śladami Magellana (to informacja dla Czytelników od niedawna bywających na tej stronie i  jednocześnie zachęta, aby zajrzeć wstecz).
Jednym z najważniejszych źródeł dokumentujących wyprawę są dzienniki Antonio Pigafetty, wydane w polskim tłumaczeniu tylko raz, w 1992 roku. Opis wydarzenia wygląda tam tak:

Próbuję sobie wyobrazić święta Bożego Narodzenia 1520 roku załóg trzech okrętów, jakie pozostały w eskadrze po wcześniejszych perturbacjach.
Pożegnawszy kontynent amerykański 28 listopada, mieli jeszcze żeglarze zapewne zapasy wody i żywności tam pozyskane, zatem w miesiąc później mogli na pokładach nieco poświętować.
Czekały ich jednak kolejne prawie trzy miesiące żeglugi non – stop, której “uroki”, zwłaszcza kulinarne, możemy poznać w widocznym obok fragmencie zapisków Pigafetty (skopiowane z “Relacja z wyprawy Magellana dookoła świata” wyd. Novus Orbis Gdańsk 1992).
Lektura tej relacji po raz kolejny skłania do podziwu dla odwagi i wyobraźni, jak też do zadziwienia systemem wartości, który motywował wielkich odkrywców do ich epokowych poczynań. 


Ten sam zestaw zadziwień, co w przypadku wielkich odkrywców, bywa też naszym udziałem w odniesieniu do władców i polityków, których zwykło nazywać się wielkimi, bo potrafili bilans swoich działań w brudnawej generalnie sferze walki o władzę i jej utrzymanie zamknąć wynikiem dodatnim dla społeczeństw, a nie tylko dla siebie.
Taki był choćby Willy Brandt, niemiecki kanclerz z przełomu lat 60-tych i 70-tych XX wieku, laureat pokojowego Nobla.
“Niemiec o ludzkiej twarzy” – to określenie w ustach osób, które już w dorosłości przeżyły koszmar II wojny i okupacji, brzmiało jak prawdziwy komplement.
Symbolem tego, co zdziałał pożytecznego, było spontaniczne uklęknięcie przed pomnikiem Bohaterów Getta podczas wizyty w rządzonej przez komunistów Warszawie, dokładnie 50 lat temu. Okrągła rocznica, więc na jej uczczenie powstał m.in. świetny programik muzyczny, przepleciony wypowiedziami znanych historyków i polityków, który polecam zwłaszcza uwadze młodzieży, w obliczu intensywnego korygowania podstaw nauczania historii w polskich szkołach:
https://vimeo.com/487605284
Jeszcze jedno rocznicowe przypomnienie dla młodzieży: kilka dni po wizycie Brandta, ale bez związku z tym wydarzeniem, zaczął się nasz Grudzień’70


Zauważyliście zapewne między ilustracjami do tego wpisu niezwykłe, trącące surrealizmem obrazy Roba Gonsalvesa, które pasowały moim zdaniem do tekstu.
Wiadomo wszakże, że wpis bez Aninego obrazka jest pozbawiony najważniejszego waloru, więc niniejszym nadrabiamy (tym razem bez koloru, bo Artystka ma kontuzjowaną prawicę):
Na obrazku – widoczny z naszego okna po przeciwnej stronie ulicy domek imienniczki Żonny. Pani Ania pod koniec grudnia skończy 100 lat, co okoliczni mieszkańcy zamierzają uczcić w sposób zgodny z rygorami sanitarnymi
(i uważając, aby okolicznościowej pieśni urodzinowej nie odśpiewać w rutynowy sposób: “stooo laaat”)
Zatem jeszcze jedna okrągła rocznica grudniowa, jeszcze jedna podróż – tym razem ciągle trwająca, bo jak zapewnia Jubilatka prosząc o podwózki na kolejne wybory – nie spocznie zanim się dobra zmiana nie zmieni na dobre.


I tak, wyszedłszy od wspomnień o Podróżnikach, a znalazłszy się w sferze toastowej, spójrzmy na dokonanie – tym razem nie podróżnicze – Andrzeja “Tourbanika”, o którym szerzej wspomniałem w listopadowym artykule.
Mam nadzieję, że wklejenie tu fragmentów epokowej pracy zespołu przezeń kierowanego jest legalne. Czynię to z zapałem, bo mimo całej mojej mizerii lingwistycznej, a tym bardziej medycznej, konkluzje badań odczytuję jako w miarę optymistyczne, sygnalizujące mianowicie odwracalność pewnych zmian zachodzących w strukturach ludzkiego mózgu po spożyciu umiarkowanych ilości alkoholu. To jedna z najlepszych wiadomości upływającego miesiąca i roku.
Wznośmy zatem w odpowiednio umiarkowanym trybie kielichy za Podróżników, bez względu na to, który ze światów aktualnie przemierzają!!!


Z ostatniej chwili: od dawna wspólnie podróżujący Teresa i Michał postanowili usankcjonować tę praktykę stosownym urzędowym dokumentem. A więc jeszcze jedna miła okoliczność toastowa pod koniec roku! Tym razem śmiało można zaśpiewać: “Sto lat”!!!
Podsumowanie obrzędu w bardzo okrojonym składzie osobowym miało miejsce w kaszubskiej wiosce Hejtus, w domu sąsiadującym z Pomorskim Ośrodkiem Rehabilitacji Dzikich Zwierząt “Ostoja”.
Zupełny przypadek, ale jest to miejsce, do którego powstania i funkcjonowania w wielkim stopniu przyczyniła się Iwona, o której wspomniałem na początku. Rodzina prosiła, aby zamiast kłaść kwiaty na Jej mogile, przekazać datek na “Ostoję” właśnie. Jeśli możecie, zróbcie to także, Drodzy Czytelnicy!

Podrurze

W błędzie tkwią Czytelnicy sądzący z tytułu wpisu, że Ich oddanemu autorowi pokićkało się coś na starość z ortografią.
Na dowód załączam zdjęcia naszego ulubionego gdańskiego lokalu, którego wszakże nie ominęły ostatnimi czasy zarazowe restrykcje i stoi zamknięty.
Gdy więc PODRURZE nie działa, czas przypomnieć sobie, co to są PODRÓŻE, chociaż z nimi ostatnio też nie łatwo.
Nawiasem mówiąc, powyższa gierka słowna ilustruje cudowną plastyczność polszczyzny, trudną niestety do docenienia dla osób obcojęzycznych.
Gwoli kronikarskiej pieczołowitości dodam informację, że kultowy “Bar pod rurami” przycupnął w cieniu potężnej magistrali ciepłowniczej, przy wyjściu ze stacji kolejki “Gdańsk – Politechnika” w kierunku zakładów stoczniowych i zachęca śpieszących na szychtę pracowników tej branży do krótkich odwiedzin już od godziny piątej rano. W bardziej przyjaznej porze bywa zaś przyjaznym przystankiem dla zdrożonych rowerzystów.


“Podróże są dla ludzi – nawet te wirtualne”, głosi sformułowany przez Klasyka podtytuł tego blogu; zwłaszcza w obecnej dobie słowa te tchną prawdziwością.
Podróżujecie wirtualnie choćby zaglądając na te strony, a jeśli macie chęć na duuużo więcej, odwiedźcie koniecznie legendarny portal https://www.travelbit.pl/,
animowany od dziesięcioleci przez Profesora Andrzeja Urbanika, jednego z najbardziej twórczych i pracowitych osobników, jakich mam zaszczyt znać.
Naukowa kariera “Tourbanika” przeplata się z pasją podróżniczą, wieńczoną objechaniem i opisaniem niemal wszystkich ciekawych zakątków świata.
Jakby tego było mało, od bardzo wielu lat organizuje Andrzej OSOTT, czyli doroczne zjazdy zapalonych włóczęgów. W tym roku, z wiadomych względów wirtualny, jak wiele innych spotkań, ale nie mniej bogaty i inspirujący.
Na zimowe wieczory: https://osott-travenalia2020.travelbit.pl/  !!!



Przestrzeganie restrykcji sanitarnych w dobie epidemii ma sens, zwłaszcza jeśli jest podparte wskazaniami zdrowego rozsądku. Lawirowanie między restrykcjami (przy zachowaniu owego rozsądku) pozwala zaś od czasu do czasu wybrać się poza dom, choćby niezbyt daleko.
Na przykład nad Pilicę , żeby pokazać wnukom opuszczone gospodarstwo ich prapradziadków, którym dekady temu pomagaliśmy tam w żniwach.

Nieco bliżej ujścia Pilicy do Wisły leży Warka, miasteczko sławne z wielu powodów, jak choćby:
– tu urodzili się  (oprócz rzeszy innych osób) Kazimierz Pułaski i Piotr Wysocki,
– tu od niepamiętnych czasów warzy się piwo (stąd nazwa miasta zresztą)
– tu robią majonez “Winiary” i inne specjały pod tą marką
tu Starsi Panowie wybierali się na ryby
pod Warką Czarniecki sprał Szwedów (znów “potop” w blogu, a Czarniecki na pomniku w rynku wareckim, zaś obok -przedstawienie bitwy na obrazie, tym razem Smuglewicza, a nie Brandta)
– tu usypano z kilku taczek ziemi “Kopiec Powstańców Styczniowych”; byliśmy zawiedzeni jego mizernymi rozmiarami.


Akwarelka wiadomego pędzelka obrazuje pałac w Ojrzanowie, skąd było niedaleko do interesujących nas okolic nadpilickich i gdzie udało nam się wygodnie przenocować oraz zacnie posilić, co w ostatnim czasie nie bywa łatwe.
Okazało się w rozmowie z sympatycznym właścicielem (zarządcą?) obiektu, że jeszcze do niedawna był to (jest dalej?) ośrodek firmy Inco – Veritas, której sztandarowym produktem jest znany świetnie wszystkim panom domu płyn do naczyń “Ludwik”.
Ów sławny detergent, a także różne nawozy do kwiatków i inna chemia (krajowa), to bodaj jedyne nie budzące pytań i niejasności skojarzenia z Inco – Veritas.
Ten spory na polskie warunki koncern wypączkował bowiem w mrocznych czasach komuny ze Stowarzyszenia PAX , zdecydowanie tajemniczej i niejednoznacznie konotującej się organizacji katolickiej, która z jednej strony układała się z władzą ludową, z drugiej – dopomogła wielu ludziom podziemia przez tę władzę prześladowanym, budowała znaczące i unikalne w tamtym czasie zaplecze gospodarczo – finansowe, ale także – bazowała na radykalnie narodowej, często antysemickiej pożywce ideologicznej, uosabianej przez Bolesława Piaseckiego.
Po przemianach 1989 roku PAX przekształcił się w Stowarzyszenie Civitas Cristiana , które najpewniej ma znaczny wpływ na mocno prawą stronę obecnej sceny politycznej puszczającą, mówiąc umownie i z przeproszeniem, bąkiewicze.
Taka trochę katolicka masoneria, której ukorzenienie próbują wyjaśniać historycy, ale której oblicze dla laików takich jak ja jest zasnute mgłą wielu niejasności.
Tak czy inaczej, jej zaplecze gospodarcze ma się chyba nieźle.
Sielskie widoki zespołu pałacowo – parkowego w Ojrzanowie nie przeczą tej tezie.


28 listopada 1520 roku, a więc równe 500 lat temu, flotylla dowodzona przez Magellana wypłynęła z cieśniny znanej obecnie pod jego imieniem, a wcześniej pod nazwą Cieśniny Wszystkich na otwarty Pacyfik !!!


Wydawało się, że powyższe spostrzeżenia zamkną listopadową, dość skromną, pulę opisową, ale ostatnie dni przyniosły smutną kumulację pożegnań osób dobrze mi znanych, czasem bardzo bliskich. Wspomnę tylko Ich imiona:
                  Iwona, Wiesław, Zbyszek, Tomek, Józef.

Dynastia (Habsburgowie 2)


Dynastyczna saga Habsburgów, która jest motywem przewodnim trzech kolejnych artykułów w tym blogu, nie zaistniałaby zapewne (podobnie jak ogromna większość systemów władzy w historii ludzkości) bez symbiozy tronu i ołtarza, bez przenikania się i wzajemnego wspierania interesów władzy religijnej i świeckiej. Obojętne, czy na czele jednej stali imamowie, najwyżsi kapłani, rabini, papieże, biskupi, ojcowie dyrektorzy, zaś na czele drugiej – cesarze, faraonowie, królowie, prezydenci lub prezesi; jedni byli niezbędni drugim dla wzmacniania władzy i bogactwa, bo dobrze, aby lud kojarzył władzę ze świętością, a świętość z władzą.
Na znacznych połaciach globu dzieje się tak ciągle, zaś próby racjonalnego rozdzielania sfer sacrum i profanum we współczesnych społeczeństwach spotykają się często z oporem elit obu ośrodków władzy, zainteresowanych utrzymaniem stanu rzeczy.

Nawet jednak w laicyzujących się społeczeństwach żywe są odwieczne tradycje, mające źródło w celebracjach religijnych.
Dzieje się tak choćby w Hiszpanii, w trakcie Semana Santa, czyli Wielkiego (dosłownie: Świętego) Tygodnia,
Media często relacjonują jego obchody w wielkich miastach, intrygując obrazami tysięcy zakapturzonych postaci kroczących w procesjach. Ciekawie jest jednak zakosztować religijno – historycznego folkloru na prowincji, z dala od tłumów turystów.
Jeśli dopisze pogoda, z każdego kościoła przez cały Wielki Tydzień ruszają pochody w ordynku ustalonym od wieków i kultywowanym, oraz pilnie trenowanym przez religijne bractwa.

Jeśli leje, można jedynie we wnętrzach świątyń podziwiać ozdabiane tysiącami kwiatów, wielotonowe platformy z naturalnej wielkości rzeźbami obrazującymi sceny nowotestamentowe, noszone w ulicznych procesjach przez kilkudziesięciu, a czasem kilkuset, posuwających się miarowym, powolnym krokiem męż-czyzn.
Na te mobilne sceny, zwane “pasos”, składają się figury będące wysokiej klasy dziełami sztuki rzeźbiarskiej, często jeszcze średniowiecznej, stąd troska o ich ochronę przed deszczem. Każde bractwo ma naturalnie swoją orkiestrę dęto – perkusyjną,  więc procesje (oprócz wielkoczwartkowej procesji milczenia) posuwają się w takt rytmicznej, lecz dostojnej, muzyki.

Zdarzają się wszakże lokalne odstępstwa, takie jak wielkoczwartkowa nocna “tamborada” w miasteczku Hellin, która przypomina raczej fiestę, niż czas pasyjnego skupienia. Każdy z ponad dwudziestotysięcznej społeczności, nie wyłączając małych dzieci, przywdziewa o północy ciemną tunikę  i zaopatrzony w większy lub mniejszy bęben przemierza ulice,  wzniecając rytmiczny hałas.

Chodzą pojedynczo, grupami, mniej sprawni jeżdżą na wózkach, mijają się we wszystkich kierunkach i bębnią do czwartej rano, z krótkimi przerwami na szklankę piwa w jednym z licznych punktów regeneracyjnych, wystawianych przed knajpami. Miasto szczyci się tym obyczajem, który dostąpił nawet honoru umieszczenia go na liście dziedzictwa Unesco.

Tutaj nieco światła (mimo ciemności) i dźwięku z “tamborady” w Hellin – kliknij!


Mrówcza praca kolejnych pokoleń rodu Habsburgów, skutkująca systematycznym poszerzaniem ich władztwa, osiągnęła apogeum efektu na przełomie XV i XVI wieku.
Podboje i mariaże międzydynastyczne doprowadziły do sytuacji, w której nad ich imperium  “nigdy nie zachodziło słońce”.

Stało się tak, mówiąc w ogromnym skrócie i uproszczeniu, dzięki aranżacji w 1496 roku małżeństwa księcia Burgundii Filipa Habsburga, (syna cesarza Maksymiliana I ), z Joanną Kastylijską (zwaną często Szaloną), córką tzw. Królów Katolickich, czyli Izabeli Kastylijskiej i Ferdynanda Aragońskiego .
Owocem mariażu był między innymi Karol, którego kariera już w młodzieńczym wieku (zatem właściwie jeszcze jako Karolka)  zwieńczona została tytułami króla Hiszpanii (jako Karola I) i cesarza rzymskiego (jako Karola V). Zróżnicowana numeracja Karolów wynikała, jak to się często działo w “zmonarchizowanym” świecie, z następstwa imion władców konkretnych ziem.
Poza finalizacją starań jego katolickich dziadków o zjednoczenie pod jednym berłem ziem hiszpańskich, Karol wsparł podbój przez Corteza i Pizarra królestw Azteków i Inków w odkrytej nieco wcześniej przez Kolumba Ameryce.
Był też protektorem historycznej (również dlatego, że stała się asumptem do podjęcia pisaniny na tym blogu) dookołaziemskiej wyprawy, podjętej w 1519 roku (mija właśnie 500 lat) przez Magellana .
Dynastia podzieliła się w tym czasie na gałąź austro-węgierską, zawiadującą większością Europy Środkowej, oraz hiszpańską, która panowała – oprócz półwyspu Iberyjskiego – nad południowymi Włochami, Niderlandami, przez krótko nawet Anglią, a nade wszystko – posiadłościami w Ameryce i Azji, z których zasysała niebywałe bogactwa.
(mapa imperium Karola V skopiowana z es.slideshare.net)


Nie powinno zabraknąć akcentu polskiego, więc napomknę tylko o naszej królowej Bonie (byliśmy przy jej grobie w Bari), która najpewniej została otruta na polecenie Filipa II, syna i następcy Karola I na tronie hiszpańskim, w związku z niejasną i zawiłą historią prowadzącą do polskich roszczeń wobec Habsburgów o tzw. “sumy neapolitańskie” .
Już choćby ten ponury epizod historii  (uwieczniony zresztą przez Jana Matejkę), powinien wystarczyć, aby Habsburgowie skończyli marnie. Stało się tak wszelako dopiero po trzystu sześćdziesięciu latach od śmierci Bony, o czym będziecie mogli poczytać w majowym odcinku naszej “Dynastii”.

Navigare necesse est…

Zacznijmy od newsa sprzed kilkunastu dni: Rosja blokuje dostęp do Morza Azowskiego przez Cieśninę Kerczeńską (jakżeby inaczej – okolice oblepione w czasach antycznych koloniami greckimi, do których mamy ostatnio szczęście!). Świat burzy się z tego powodu, nie tyle może ze względu na obronę interesów Ukrainy, w które celuje ta kremlowska zaczepka, ile z uwagi na podkopywanie jednego z filarów światowego ładu, czyli swobody żeglugi.

A że wszelakie formy ładu, z wielkim mozołem kształtowane poprzez dochodzenie do kompromisów, bywają chętnie naruszane przez tych, którzy uważają się za lepszych, “słuszniejszych”, czy silniejszych, to świat cywilizowany stara się umówionych zasad ładu pilnować, czy dotyczy to np. konstytucji, czy swobody żeglugi właśnie.

  • Żegluga jest bowiem koniecznością, o czym przypomina tytuł niniejszego wpisu, cytujący fragment znanej łacińskiej sentencji. Umiejętność przeprawiania się przez wodne przeszkody (bez względu na to, czy w grę wchodziły niewielkie rzeki, czy oceany), musiała być jedną z pierwszych, jakie na początku swej ekspansji opanował gatunek ludzki. Trzeba było przewozić, zdobywać, gonić, uciekać, poznawać, łowić – a w tym celu tworzyć i doskonalić urządzenia pływające.
  • Badanie sposobów konstruowania jednostek pływających w przeszłości jest, wobec niezwykle ubogiego zasobu informacji pisanych lub graficznych na ten temat, domeną wąskiej specjalności archeologicznej.  Rezultaty zaś odkryć i dociekań przedstawiają specjaliści na cyklicznych ISBSA (Sympozja Archeologii Łodzi i Statków) ; jak wspominałem w poprzednim wpisie, wzięliśmy udział w niedawnym sympozjum w Marsylii.
    Wyniki badań podwodnych archeologów (chociaż wraki znajdowane są także na lądzie, w wyschniętych zbiornikach wodnych), wspomagających się dostępną współcześnie wiedzą i technologią z wielu dziedzin, budzą najwyższe uznanie i szacunek. Gospodarze tegorocznego ISBSA pochwalili się na przykład odtworzoną dokładnie na podstawie oględzin wraku z czasu zakładania Massalii (Marsylii) grecką łodzią, którą nazwali “Gyptis”; chętnym proponowali nawet rejs po Zatoce Marsylskiej.

    Pisząc ten artykuł zdałem sobie sprawę, że znakomita większość tego, co dotychczas zaistniało w blogu, w bliższy czy dalszy sposób koresponduje z dokonaniami jego patrona – Magellana, który podejmując swą historyczną wyprawę (n.b. w 2019 roku przypada 500-na rocznica tego wydarzenia) wpisał się w odwieczne ludzkie “navigare necesse est?”.
    Sama sentencja jednak, wypowiedziana ponoć po raz pierwszy w szczególnych okolicznościach przez Pompejusza, ma swoją kontynuację: “…vivere non est necesse.”. “Żegluga jest koniecznością, życie koniecznością nie jest” – tak tłumaczyć można całość. I jak większość powiedzeń sławnych ludzi, od początku bywa rozpamiętywana i analizowana aby dociec, co autor miał na myśli.
    Nie wchodząc w ten nurt chcę jednak sprzeciwić się pompejuszowej konstatacji; uważam, że zdarzają się Ludzie, których życie jest koniecznością. Należał (niestety, czas przeszły) do nich Krzysztof, a mogą to poświadczyć rzesze tych, którym pomógł. 

  • Jeszcze o wodzie i starociach (chodzi o stare przedmioty, znajdowane pod wodą, żeby nie było wątpliwości).  Zdjęcie obok zrobiłem 40 lat temu i trochę się go wstydzę. Nie z powodu kiepskiej jakości – fotografowało się wtedy czym i na czym się dało – tylko z powodu procederu, jakiemu nie do końca świadomie oddaliśmy się podczas nurkowań w Morzu Marmara. Sympatyczni tureccy koledzy – nurkowie zabrali nas na odkryty przez siebie wrak (greckiego starożytnego statku, a jakże), który traktowali jak bankomat. Gdy brakowało dudków, wyciągali z wraku kilka amfor, na które czekał już pośrednik. Nam w dowód przyjaźni pozwolili ukraść  (trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i porzucić eufemizmy) parę artefaktów, które szczęśliwie ominęły później kontrolę graniczną. Sprawa pewnie jest dawno przeterminowana, ale na wszelki wypadek nie pokazuję wizerunków sprawców.
    Dużo bardziej etycznie i profesjonalnie podchodzą do sprawy współcześni archeolodzy podwodni, których referatów mieliśmy okazję posłuchać podczas sympozjum w Marsylii. Ciekawe i dobrze przyjęte były wystąpienia pracowników Narodowego Muzeum Morskiego w Gdańsku, prezentujących m.in. wizualizacje X-wiecznych wraków odnalezionych w wodach dawnego portu w Pucku, a wykonane w oparciu o zdjęcia fotogrametryczne. Warto zobaczyć, jak to wygląda, w ich Wirtualnym Skansenie Wraków.   
  • W tymże Muzeum Morskim, krótko po powrocie z Marsylii, mieliśmy okazję przypomnieć sobie prehistorię polskiego nurkowania, tworzoną przez pionierów m.in. z naszego klubu “Posejdon”. Zaprojektowali oni, zbudowali, wypróbowali i rozpoczęli eksploatację pierwszej polskiej podwodnej kabiny mieszkalnej (habitatu) “Meduza”. Dokonali tego pół wieku temu, zaledwie kilka lat po pierwszym tego rodzaju eksperymencie Jacques’a Cousteau, dysponując nieporównanie skromniejszym niż Francuzi zapleczem finansowym i technicznym.

    Obszerna informacja o “Meduzie” (która teraz, odremontowana, bazuje w Warszawie) jest do poczytania na stronie…firmy ubezpieczeniowej.
    Czemu zeszliśmy w tym pisaniu pod wodę?
    Bo leży tam całe żeglarskie dziedzictwo ludzkości, które coraz lepiej udaje się poznawać dzięki błyskawicznym postępom współczesnej techniki, poprzedzonym takimi eksperymentami, jak “Meduza”.
    Na konferencji ISBSA w Marsylii znalazły się też referaty, dotyczące kog hanzeatyckich. 

    Ta wywodząca się z rejonu Fryzji średniowieczna konstrukcja okrętowa, pozwalająca na pomieszczenie znacznej ilości towarów handlowych, jak również uzbrojenia z obsługą, stała się podstawowym typem statku Hanzy, kartelu kupieckich miast północnoeuropejskich, dominującego przez kilkaset lat w handlu i gospodarce tego regionu. Historia Hanzy zaczęła się w Lubece, która przewodziła temu związkowi przez cały czas jego świetności. 

    Jeszcze przed końcem roku mamy nadzieję odbyć krótką wizytę w Lubece i obiecuję, że w relacji nie będzie wzmianki o starożytnych kolonistach greckich, bo nigdy w ten rejon nie dotarli, zaś Czytelnikom mogli się chwilowo znudzić po poprzednich wpisach. Wierzę też, że Żonna przywiezie stamtąd jakieś szkice, bo w tym wpisie niestety ich zabrakło. Jako namiastkę zamieszczam więc skopiowane z Tygodnika Powszechnego zdjęcie, które – w nawiązaniu do motta tego artykułu – można by zatytułować: “nawigować każdy może”

     

Pielgrzymka z Santiago

Tytuł wpisu nie jest pomyłką; nasza “pielgrzymka” zaczęła się, a nie skończyła, jak w przypadku wszystkich innych pielgrzymów od z górą tysiąca lat – w Santiago de Compostela. Wspomniałem w poprzednim wpisie o wyczynie naszej sąsiadki Ali, która na początku czerwca podjęła wędrówkę tzw. francuskim szlakiem do Santiago. Przebyła ponad 800 kilometrów, wykazując wielki hart ducha w obliczu trudności terenowych, pogodowych jak i tych, które dotykają każdego przy ekstremalnym wysiłku. Śledziliśmy jej doniesienia z podziwem, ale i odrobiną zazdrości. Uczucia te poskutkowały spontaniczną decyzją, aby spotkać dzielną pątniczkę na mecie jej peregrynacji, a potem wspólnie udać się nad Atlantyk, na przylądek Finisterre, gdzie docierają najwytrwalsi pielgrzymi, zanurzając się w oceanie i paląc swoje zużyte wędrówką buty.  

Znaleźliśmy się zatem w Galicji. I tu znowu drobna zagwozdka nazewnicza; dla nas bardziej “osłuchaną” Galicją jest ta rozciągająca się od Krakowa po Lwów i jeszcze trochę na wschód. O tym zaś, że w północno – zachodniej Hiszpanii też jest Galicja, upewniały nas mijane pokrywy studzienek kanalizacyjnych  Żeby było ciekawiej – obie Galicje wzięły swe nazwy od Galów = Celtów, którzy byli na ich terenach aktywni sporo lat przed naszą erą i po jej rozpoczęciu. Celtów iberyjskich usiłował, z dość miernym skutkiem, ewangelizować Św. Jakub Apostoł, którego szczątki po rozlicznych legendarnych przygodach spoczęły w miejscu, które na jego cześć nazwano Santiago. Do wspaniałej romańskiej katedry, mieszczącej grób Świętego, pielgrzymuje się od stuleci z całej Europy, a ostatnio i reszty świata; wielu nazywa to odwieczne pielgrzymowanie prawzorem turystyki.


  • Hiszpania z polskiego punktu widzenia wydaje się być – z uwagi na położenie – nieco marginalnym regionem Europy. To oczywisty błąd, bo w toku dziejów Półwysep Iberyjski był obiektem pożądania wielu cywilizacji, tak jako miejsce osiedleńcze, jak i tranzytowe. Nie rozwijając tu z oczywistych względów związanych z półwyspem historii Iberów, potem Iberoceltów, Fenicjan, Rzymian, Kartagińczyków, Wandalów, Swebów, Gotów, Żydów, Arabów i Berberów –  którzy po trochu poskładali się na przeciętny współczesny genotyp hiszpański – przypomnę tylko w kilku słowach o tych, z którymi wiąże nas (mocno rozsunięta w czasie, co prawda) wspólnota miejsca zamieszkania.  
  • Z Gotami spotykaliśmy się w tym blogu wielokrotnie, tak przy okazji odwiedzin bliskich nam okolic pomorskich, jak też w Skandynawii, czy na drugim krańcu Europy – w Albanii. Pamiętamy zatem, że w początkach naszej ery przemieszkali blisko trzy wieki na Pomorzu wschodnim, po czym powędrowali tam, gdzie dziś Ukraina, Mołdawia i Rumunia. Stamtąd ruszyli generalnie na zachód, demolując i opanowując Cesarstwo Rzymskie, by w końcu w Iberii ufundować Królestwo Wizygockie  (Wizygotami przyjęło się nazywać tych Gotów, którzy w różnych okresach i regionach przebywali nieco na zachód od swych pobratymców Ostrogotów).
  • Królestwo Wizygotów funkcjonowało blisko 300 lat do czasu, kiedy w 711 roku kres jego istnieniu położyła inwazja muzułmańska z północnej Afryki. By zakończyć historyczny wtręcik wspomnę, że początki rekonkwisty, czyli trwającego kolejne stulecia procesu odzyskiwania terenów Hiszpanii przez chrześcijan, miały miejsce w Galicji.  (mapki – z Wikipedii).

  • Galicja nie jest najczęstszym kierunkiem turystycznych eskapad do Hiszpanii, a niesłusznie. W odróżnieniu od reszty kraju jest bowiem zielona i nie tak upalna (wpływ Atlantyku), natomiast wspaniałości cywilizacyjnych i przyrodniczych jest bez liku, podobnie jak w reszcie kraju.    
  • Najbardziej charakterystycznym, wszechobecnym motywem, są horreos gallegos, niewielkie kamienne, czasem drewniane, a współcześnie także betonowe spichrze; na ich wzór stylizuje się nawet przystanki autobusowe      

    Przebywając kilka dni na pielgrzymim szlaku i nocując w albergach – skromnych schroniskach o standardzie PRL – owskich akademików (może nieco bardziej schludnych), mieliśmy okazję zakosztować atmosfery stwarzanej przez wędrowców z całego świata. Wszechobecny uśmiech, życzliwość, kultura, chęć pomocy – ech! Piszę to akurat w dniu, kiedy w sposób będący całkowitym przeciwieństwem powyższych przymiotów nasz “suweren” kończy dzieło dobijania niezależnego sądownictwa, przerywając mozolną pielgrzymkę Polaków w stronę demokracji. 

Jak pewnie zauważyliście, mailowe powiadomienia o nowych wpisach opatruję zawsze uwagą pozwalającą każdemu zażądać zaprzestania przysyłania doń tych powiadomień. Zrobiło to dotychczas kilka osób, pisząc krótkie “nie” – co naturalnie bezzwłocznie uszanowałem. Uszanowałem też wolę osoby znanej mi jeszcze z młodych lat, wyrażoną w obszerniejszy sposób, który pozwalam sobie zacytować bez komentarza: 

“Szczęść Boże!  Przykro mi Piotrze, ale z Waszymi z Anią wstawkami do opisów z podróży zupełnie się nie zgadzamy, przypomina nam to targowiczan, którzy teraz szaleją i tak jak kiedyś zbeszczeszczają dobre imię Naszej Ojczyzny Polski poza jej granicami.  My tu żyjemy już sporo lat i trzeba widzeć jak takie zachowanie odbierane jest przez zagranice.Nie przysyłaj nam więcej tych opisów. Serdecznie pozdrawiamy, i liczymy że przyszłość zmieni Wasze zapatrywania.” 


Serdecznie Wszystkich pozdrawiam!!!

 

Z – kubana dobra zmiana


…i nagle, nie pamiętam dokładnie w jaki sposób, znalazłem się twarzą w twarz z Kaczyńskim. No, niezupełnie, bo musiałem go w tym celu złapać za klapy i dość znacznie unieść, co nie było łatwym zadaniem. Wściekłość dodała jednak sił i krzyknąłem mu w oczy coś w rodzaju “co wyprawiasz z Polską, ty taki-owaki”. Zmieszał się i jąkając zaczął tłumaczyć, że wszystko idzie w dobrą stronę i niedługo już zakończymy wspólnie z Turcją i Arabią Saudyjską budowę promu kosmicznego…

…koszmar senny obudził mnie. Byłem w mieście Santa Clara, leżącym mniej więcej w centrum Kuby. Zwycięskie zbrojne starcie rewolucyjnej guerilli Che Guevary  z niedobitkami wojsk Batisty pod  Santa Clara przypieczętowało przed sześćdziesięciu laty zwycięstwo kubańskiej dobrej zmiany. Krótki pobyt na wyspie stał się niezłą okazją do obserwacji i refleksji na tematy związane z efektami nagłych (i oczywiście opiewanych przez ich animatorów jako dobre) zmian w biegu dziejów. Nie zrażajcie się jednak tą zapowiedzią, bo wspomnę też o milszych kubańskich klimatach.


No właśnie, kubańskie klimaty determinuje tamtejszy klimat; lutowe +26 stopni i słońce na niebie sprawiają, że ludziom łatwiej jest żyć mimo wszelkich opresji, że chce im się grać, śpiewać i tańczyć, a nie zatruwać myśli wielką polityką i mniejszymi kłopotami. Popatrzcie zatem, jak zapamiętała wizerunki wyspiarzy matryca mojego aparatu.                                                                 

Na Kubie nie było ze mną niestety Ani, zatem nie znajdziecie w tej relacji jej rysunków, zazwyczaj zdobiących wpisy na tym blogu. Jedyny szkic (powyżej), mający przedstawiać autora relacji, wykonała w ulubionym hawańskim barze Hemingwaya “Bodeguita del Medio” miejscowa rysowniczka, na prośbę inspiratorów i dobrych towarzyszy kubańskiej eskapady, Inge i Jana. Zwabiła nas oczywiście muzyka, której kawałki stamtąd, jak też z ulic Hawany oraz knajpy w Santa Clara możecie posłuchać tutaj.


Mijają dwa lata od podjęcia prób zainteresowania (bądź znudzenia, uchowaj Panie) całkiem szerokiego grona PT Czytelników blogu opisami moich prawdziwych, bądź wirtualnych peregrynacji. Dość przypadkowo zbiegło się to z początkami tzw. “dobrej zmiany” w Polsce, co naturalnie zainspirowało obserwacje i porównania z tym, jak się sprawy mają w różnych opisywanych miejscach, ażeby próbować zrozumieć dziwne procesy dziejące się w kraju. Kuba, przy zachowaniu wszystkich geograficzno – historycznych proporcji, jest całkiem ciekawym poligonem dla takich obserwacji i porównań. Rewolucja tamtejsza rozegrała się na dobre sześćdziesiąt lat (bez mała trzy pokolenia) temu i jej efekty widoczne są wszędzie. Postaram się niektóre z nich pokazać lub opisać, dla ciekawości dokonując tu i ówdzie uproszczonych porównań.


Ruina

Hasło “Polska w ruinie” było jednym z wielu, które skutecznie otumaniły przeważającą część wyborców w 2015 roku. Od tego czasu udało się rządzącym zrujnować kruche podstawy demokratycznego ustroju państwa, a teraz zabierają się na dobre do rujnowania lokalnej samorządności, aby pomyślność obywateli dekretować centralnie, jak kiedyś tutaj, a ciągle jeszcze na Kubie. Tamtejsze materialne rezultaty takiego stanu rzeczy – do obejrzenia poniżej:     

Religia

  • Tutaj jest widoczna bodaj największa różnica między “dobrymi zmianami” – polską i kubańską.
  • U nas mianowicie gra na religijnych sentymentach i wykorzystanie wpływów katolickiego Kościoła było i jest jednym z najważniejszych instrumentów “urabiania” ludu w kierunku politycznie pożądanym dla partii i rządu. Na Kubie – Fidel i spółka po dojściu do władzy zabrali się energicznie do rugowania wszelkich przejawów życia religijnego.
  • Na szczęście nie zburzyli licznych pięknych kościołów, zaś ludzie, jak to z reguły bywa w takich okolicznościach, kultywowali swoją wiarę w sposób dyskretny. Wiara tamtejsza ma przeważnie ryt rzymsko – katolicki, czasem protestancki, ale jest też wielka liczba wyznawców santerii – unikalnej kompilacji katolicyzmu z przywiezionymi przez afrykańskich niewolników wierzeniami. Na jednym ze zdjęć – grupa wyznawców santerii na hawańskim cmentarzu, przed pogrzebem.
  • Wyraźne poluzowanie w antyreligijnej polityce reżimu nastąpiło po wizycie na Kubie w 1998 roku Jana Pawła II, dzięki czemu jest on tam, obok Roberta Lewandowskiego oczywiście, najpopularniejszym Polakiem. 
  • A, przypomniała mi się a’propos Fidelowej walki z religią przypowiastka sprzed lat, łącząca ten epizod ze starym polskim powiedzeniem: nad wyspą ukazała się mianowicie spomiędzy chmur wielka d… . Bo “jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”.   Złoty ołtarz kościoła w Remedios był przez stulecia zamalowany białą farbą w obawie przed piratami – oczyszczono go dopiero krótko przed rewolucją.     

Różność, równość

  • Wspomniane wyżej różnice związane z dobrozmianową rolą i losami kościołów tu i tam ustępują jednak przy zewnętrznym oglądzie innemu zjawisku. To absolutna, niewyobrażalna w polskich warunkach (zwłaszcza obecnie) tolerancja rasowa, kulturowa i obyczajowa. Nie wiem, czy funkcjonowała wcześniej, czy też jest to zasługa rewolucyjnej “urawniłowki” (przeorania społeczeństwa, jak mówi nasz Zbawca Narodu, tylko w przeciwnym kierunku), ale budzi uznanie, szacunek i zazdrość, że jednak można. Nie dyskutuje się o tym, bo wszyscy uznają taki stan rzeczy za normalny. 

Mocarstwa

  • Przez ponad pół wieku przed rewolucją, po wojnie hiszpańsko – amerykańskiej w 1898 roku , Kuba znajdowała się w orbicie wpływów USA. Trudno się zresztą dziwić, wszak do Florydy można stamtąd niemal kamieniem dorzucić. Był to czas całkiem przyzwoitego rozwoju gospodarczego wyspy, ale też typowo latynoskich nieładnych zabaw we władzę.
  • Jak zwykle w sytuacjach, gdy ekonomia się poprawia, to najpierw poprawia się status tych, którzy w poprawę ekonomii wkładają najwięcej inwencji i pracy (zdarza się też, niestety, że na granicy prawa). Z reguły u pozostałej części społeczeństwa rodzi to uczucia będące mieszaniną zawiści i zakompleksienia, przyprawione sentymentami o charakterze “godnościowym”. A zatem – tworzące bazę społeczną dla wszelkiej maści apostołów “dobrych zmian”.
  • W dodatku – i tu zadziwiające podobieństwo sytuacji kubańskiej sprzed sześćdziesięciu lat i polskiej obecnie – umiejętnie inspirowanych i wykorzystywanych przez sprawną politykę moskiewską.
  • Kuba w krótkim czasie po rewolucji stała się de facto sowiecką bazą wojskową, co na początku lat sześćdziesiątych XX wieku doprowadziło do największego po II wojnie światowej kryzysu w stosunkach między ówczesnymi supermocarstwami, z najwyższym trudem zażegnanego środkami politycznymi. Stany Zjednoczone na różne sposoby próbowały przyciągnąć Kubę z powrotem pod swój parasol  – bez widocznego efektu, jak dotychczas.
  • Największą plamą na ich reputacji (obok blokady ekonomicznej) jest żywe wspomnienie fatalnie przygotowanej interwencji zbrojnej w postaci odpartego przez siły Fidela Castro desantu na Playa Giron w Zatoce Świń w 1961 roku. Dzisiaj w miejscu desantu stoi okazały hotel, (najwyraźniej dla aktywu partyjnego), zaś plaża chroniona jest przed ewentualnym kolejnym desantem betonowymi umocnieniami.
  • Sama zaś Zatoka Świń – to znakomity akwen nurkowy, z łatwym dostępem do efektownych ścian rafowych, świetnych jaskiń (jak jukatańskie cenoty) i tanimi wypożyczalniami sprzętu.     
  • Najwyżej cenionym reliktem dawnej amerykańskiej obecności są tysiące ciągle działających krążowników szos z połowy XX wieku, pomiędzy którymi bez kompleksów pomykają trochę tylko młodsze polskie maluchy.          

Spirytusy movensy d… zmian

  • Pokrótce: Rewolucję kubańską też rozkręcili bracia, jednak nie bliźniacy. Jeden już nie żyje, drugi (młodszy) zapowiedział oddanie w najbliższym czasie odziedziczonej po Fidelu władzy. Komu? Najchętniej własnemu synowi, co powinny potwierdzić wkrótce wolne, oczywiście, wybory. Znawcy sugerują jednak, że może dojść przy tej okazji do niespodzianek, zobaczymy. Póki co billboardowe konterfekty Raula, opatrzone jego złotymi maksymami – to jedyne reklamy widoczne przy kiepskich kubańskich drogach  
  • Braciszkowie Castro mieli naturalnie szerokie grono pomocników, z których części udało się nawet dość długo utrzymywać przy życiu. Najbardziej znany to Ernesto “Che” Guevara, który eksportując rewolucję na różne strony “trzeciego świata” tak nadstawiał karku, że w końcu zginął podczas awantury boliwijskiej. I on właśnie, trafiając fartownie z terminem swojego zgonu w czas ogólnoświatowego młodzieżowego zamętu końca lat 60-tych, stał się jego ikoną, po dzień dzisiejszy zdobiącą miliony T-shirtów na całym globie.
  • Jak naprawdę postrzegają Kubańczycy tę ferajnę i jej dzieło – nie udało nam się wprost dowiedzieć; instytucja “sygnalistów” funkcjonuje na wyspie najwyraźniej sprawnie i zbaczanie w rozmowach na tematy polityczne skutkuje, w najlepszym razie, deklaracjami typu “nie jesteśmy bogaci, ale mamy co jeść”. Ale wizerunkowo – przynajmniej z wierzchu – rewolucja jest dla nich ciągle na swój  sposób “sexy”.    
  • Tu krótka dykteryjka: latem zeszłego roku zobaczyłem na gdańskiej starówce sklep z wielkim szyldem “Odzież Patriotyczna”. Wiedziony ciekawością wszedłem i spytałem, czy dostanę koszulkę z wizerunkiem Prezesa. Trzej stosownie zbudowani i wytatuowani subiekci spojrzeli ze zdziwieniem, a najbardziej rozgarnięty wodząc ręką po ścianach zapełnionych husarskimi skrzydłami i kotwicami w różnych rozmiarach rzucił “Jest to, co widać!”. “A właściwie, to czemu koszulka z Prezesem?” – zainteresował się drugi. “No bo odzież patriotyczna tutaj…” odezwałem się z malejącą śmiałością. Na to trzeci: “Panie, co on tam za patriota!”.
  • Wychodzi na to, że biedny Prezes nie tylko nie przyozdobi niczyich piersi, ale wręcz może mieć problem (gdy przyjdzie czas…) z zachowaniem go we wdzięcznej pamięci, nawet przez jego obecnych pupilków.

Ekonomia

  • Wszyscy wiedzą, że podstawą kubańskiej gospodarki jest uprawa trzciny cukrowej. Powstaje z niej cukier, źródło cennych dewiz, ale przede wszystkim – rum, dzięki któremu lżej przeżywać rewolucyjne zamęty. Barmani tamtejsi mają miły zwyczaj dolewania rumu do koktajli na prośbę konsumenta w dowolnych ilościach, bez dopłaty.
  • Ale zanim do tego dojdzie – trzeba zebrać trzcinę, na tle której godnie prezentuje się nasz wypożyczony nie bez trudu chiński wehikuł, który wszakże dał radę i nie rozpadł się w trakcie dość forsownego objazdu zachodniej połowy wyspy.    
  • Cygar tamtejszych nie trzeba zachwalać – nawet te ukręcone na miejscu przez gospodarza w tytoniowym zagłębiu Kuby, malowniczym Vinales, smakowały doskonale.       
  • Do obserwacji związanych z kubańską ekonomią zaliczyć można bez wątpienia widoki mniejszych lub większych grup ludności, wyczekującej prawdopodobnie niedzieli, kiedy to będzie można spokojnie odpocząć :       
  • Nowe technologie: sieci komórkowe funkcjonują poprawnie (aczkolwiek roaming jest zabójczo drogi), natomiast dostęp do internetu jest najwyraźniej kontrolowany i ograniczany do publicznych hot-spotów, gdzie licznie gromadzący się chętni mogą, po wykupieniu specjalnej jednorazowej karty, dostąpić łaski zalogowania do sieci: 
  • Inwestycje w przemyśle wczasowym. Już samo sformułowanie “przemysł wczasowy” przyprawia o dreszcze, przywodząc wyobrażenie masy ludzkiej poddawanej obróbce solarno – futrującej w formacie all inclusive, w specjalnych ośrodkach koncentracyjnych. Socjalistyczne państwo kubańskie inwestuje w takie ośrodki, starając się izolować je najlepiej jak się da, od społeczeństwa.
  • Pojechaliśmy specjalnie obejrzeć efekty wielkiego projektu na Cayo Santa Maria – istny horror w klimatycznym raju. Archipelag dziewiczych wysepek połączono z północnym wybrzeżem blisko czterdziestokilometrową drogą na specjalnie usypanej grobli i upchnięto na nich dziesiątki hoteli. Wjazd na groblę – po okazaniu paszportu.      
  • Oprócz autokarów wiozących wczasowiczów , wpuszczane są jedynie pojazdy związane z ciągle prowadzonymi budowami, z zaopatrzeniem dla hoteli, oraz z ich personelem mieszkającym na stałe w okolicznych miasteczkach, w obiektach nieco różniących się standardem od miejsc jego pracy:    
  • Turystyka. Powyżej napomknąłem o “przemyśle wczasowym”, który do pewnego stopnia można kojarzyć z turystyką, a który generuje sporą część kubańskiego dochodu. Trwająca od kilku lat ograniczona odwilż gospodarcza poskutkowała natomiast szybkim zaistnieniem warunków także dla indywidualnego zwiedzania tego naprawdę ciekawego kraju.
  • Mam tu na myśli w pierwszym rzędzie  umożliwienie prowadzenia kwater prywatnych (casas particulares), oraz prywatnej gastronomii. Podczas naszego objazdu korzystaliśmy wyłącznie z tych niepaństwowych placówek; było skromnie, ale zawsze czysto i smacznie (kubańska kuchnia – palce lizać!). 

Na początku wpisu było trochę chwytanych w biegu kubańskich twarzy i postaci, na koniec zaś, jeśli mieliście cierpliwość dotrzeć do tego miejsca, obejrzyjcie porcyjkę tamtejszych malowniczych landszaftów.

Otwiera ten przegląd fotografia stojącego na dziedzińcu dawnego pałacu gubernatorskiego w Hawanie pomnika Krzysztofa Kolumba. Kuba  była pierwszą dużą wyspą w pobliżu kontynentu amerykańskiego, odkrytą przez historyczną

wyprawę w październiku 1492 roku. Wydarzenie to zapoczątkowało epokę wielkich odkryć geograficznych, których kulminacją była wyprawa dookoła świata podjęta przez Magellana, a zakończona przez Elcano w trzydzieści lat po lądowaniu Kolumba na Kubie. Kontynuacją zaś tych dokonań jest niniejszy blog, o czym pamiętacie, mam nadzieję:)

  •   źródło: Wikipedia

              Jose Marti – taki trochę Piłsudzki kubański          Kwartał domków w Hawanie przerobiony na przedziwną instalację przez mieszkającego tam od dawna niemieckiego artystę Fustera            Adios!!!