Lustro weneckie

Lustro weneckie najczęściej można zobaczyć w filmach kryminalnych; ten zmyślny wynalazek pozwala dzielnym detektywom obserwować zachowanie złoczyńcy w pokoju przesłuchań, podczas gdy sami pozostają dlań niewidoczni.
Podobna idea, chociaż osiągnięta przy pomocy bardziej współczesnych środków technicznych, przyświeca mi przy redakcji niniejszego wpisu.
Chodzi mianowicie o to, abyście Państwo mogli popatrzeć chwilę na Wenecję, sami pozostając dla niej niewidoczni.


Udaliśmy się z krótką wizytą do miasta tysiąca kanałów i tysiąca przymiotników z wykrzyknikami na przełomie kalendarzowej zimy i wiosny po to, jak się okazało, aby zamienić nadbałtycką, niezwyczajną dla marca słoneczną i ciepłą aurę, na chłodną i deszczową akurat aurę adriatycką.

Słowem: taką, jaką w niezrównany sposób opisywał w swoim “Znaku wodnym” noblista Josif Brodski, gdy wyproszony z sowieckiej Rosji nabrał zwyczaju spędzania w Wenecji zim przez szereg kolejnych sezonów, by w końcu znaleźć odpoczynek na tamtejszej cmentarnej wyspie San Michele.
Z pewnym trudem znaleźliśmy jego grób, nie wiadomo dlaczego ulokowany w ewangelickiej części cmentarza, dosyć zaniedbanej i przypominającej przez to liczne zaniedbane cmentarze ewangelickie w naszych stronach rodzinnych.

Jednak to nie “Znak wodny” był pretekstem, żeby poszukać skromnej mogiły poety, a w każdym razie nie pierwszorzędnym pretekstem.

Od z górą miesiąca trwał najazd Rosji na Ukrainę; wydawało się światu, że szybko zostanie powstrzymany przez sprzeciw rosyjskiego społeczeństwa, któremu w świecie zaczynało się jakoby coraz bardziej podobać.
Koszmarny błąd – poparcie dla Putina i nacjonalistyczne wzmożenie Rosjan osiągnęło niebotyczny poziom, zaś świat gwałtownie zaczął rozglądać się za wytłumaczeniem sobie takiego stanu rzeczy
.
Zaroiło się zatem od publikacji, komentarzy, artykułów, audycji, dysput czy esejów, do których wręcz wypada dołączyć swój głos.
Brak kwalifikacji w tym zakresie nie powinien raczej być przeszkodą, podobnie jak niekoniecznie bywa przeszkodą w wypadku wielu autorów, będących o sobie dobrego zdania.

Dochodzimy tu do momentu, w którym łączyć się zaczyna motyw weneckiego lustra z wizytą przy grobie Josifa Brodskiego.
Postanowiliśmy bowiem, w obliczu powszechnej bezradności w zdefiniowaniu zakamarków “rosyjskiej duszy” i płynących z niej nieszczęść dla świata, przesłuchać na tę okoliczność Poetę, który określał siebie jako przesiąkniętego kulturą rosyjską Żyda, który zrządzeniem spraw dał się poznać ludzkości jako wielki twórca amerykański.
Przesłuchać tak, jak z użyciem lustra weneckiego: będąc niewidocznymi dla przesłuchiwanego (chociaż w przypadku ducha nie ma to większego znaczenia).
Za bazę przesłuchania obraliśmy, inspirowani aktualną sytuacją, wiersz napisany krótko po szczęśliwym rozpadnięciu się ZSRR, co w 1991 roku dało niepodległość Ukrainie.
Światu “zachodniemu” zaś – nadzieję na mozolne podążanie Rosji jego śladami sprzed wieków, a więc kształtowanie cywilizacji w myśl chrześcijańskich kanonów, a przy tym – cywilizowanie chrześcijaństwa w myśl zasad człowieczeństwa.
Poświęćcie, proszę, kilka chwil na powolne odczytanie wiersza, który przytaczam:

Josif BRODSKI
 
NA NIEPODLEGŁOŚĆ UKRAINY
 
Drogi Karolu XII, bitwa pod Połtawą
Chwała Bogu, przegrana. Graserką chropawą
Mówił, że czas pokaże, jego mać, ruiny,
Kość pośmiertnej radości z posmakiem Ukrainy.
 
To nie trawnik–widmo, skażony izotopem.
Żółto-błękitny Lenin ponad Konotopem,
Skrojony z płótna, widać, przysłała Kanada,
Za darmo i bez krzyża, lecz chachłom wypada.
 
Gorzki wszy karbowaniec, ziarnek w garści pełno.
Nie nam, Kacapom, wolno zarzucać im niewierność.
My sami, tak jak oni siedem lat w Riazaniu
Katorgi smak czuliśmy żyjąc na wygnaniu.
 
Mówmy, dźwięków materię pauzami znacząc surowo:
Krzyż wam na drogę, chachły, po liżniku droga.
Idźcie strojni w żupany, by nie rzec – w mundury,
W rosyjskie trzy litery, w świata cztery strony.
 
Niechaj teraz w lepiance chórem z wami Hansy
z Lachami zrobią porządek, pohańcy.
Jak leźć w pętlę, to razem, zupkę jeść pospołu,
A milej w pojedynkę kurę gryźć z rosołu.
 
Żegnajcie, chachły, razem żyliśmy – i z oczu!
Splunąć by w Dniepr, być może jeszcze się wstecz potoczy.
Brzydzicie się godnie nami, znudzeni, znużeni swą męką,
Rozłączonymi węgłami, wielowiekową udręką.
 
Źle nas nie wspominajcie, waszego chleba, nieba
Nam, gdy stłoczycie makuchy, fałszywego nie trzeba.
Nie ma co krwi psuć czy rwać na piersi koszuli,
Skończyła się, widać, miłość, jeśliście ją czuli.
 
Coś zagrzebano zbytnio motyką w rwanych korzeniach.
Was rodził grunt, czarnoziem płodny, ziemia,
Wystarczy rozhuśtać prawa, szyć jedno i drugie w znoju.
Ta ziemia wam nie daje, w tym błocie, spokoju.
 
Oj, wy łąki, arbuzy, piękności, stepy, pielmienie,
Więcej chyba tracili ludzi niż grosza w kieszeni.
Jakoś się przebijemy. A łzie, co w oku się kręci,
Nikt nie nakazał, by trwała do drugiej okazji w pamięci.
 
Z Bogiem orły, kozacy, hetmani i gieroje,
Lecz kiedy umierać wam przyjdzie, hultaje i buhaje,
Będziecie rzęzić, czepiając się skraju materaca,
Te strofy Aleksandra, a nie brednie Tarasa.

           Tłum.: Leszek Szaruga

Muszę przyznać, że odczułem ogromny dyskomfort po pierwszej lekturze dziełka.
Przy kolejnej przyszła refleksja: przecież to niemożliwe, żeby gość takiego formatu jak Brodski w zgrabny, lecz wysoce chamski sposób pisał o Ukraińcach.
Chcę wierzyć, że jest to szyderczy tekst a’rebours, naprawdę mający pokazać sposób myślenia większości Rosjan, ale nie Autora. Onże zresztą zbył nasze nagabywania w tej sprawie jedynie tajemniczym uśmiechem spoza weneckiego lustra.
“Chachły” skądinąd pojawiają się ostatnio w przechwytywanych korespondencjach rosyjskich żołnierzy z ukraińskiego frontu; widać to zwrot funkcjonujący od dawna w relacji “Wielkiej” do “Małej” Rusi.


Wstawiłem tych kilka zdjęć, aby pozwolić Czytelnikowi odpocząć nieco od tekstu.
Zdjęcia były zrobione jakiś czas temu w rodzinnym mieście Josifa B. oraz Władimira P., określanym często mianem “Wenecji Północy” , czyli Leningradzie/Petersburgu.

Pierwsze z nich obrazuje “russkij wojennyj korabl” – ciągle utrzymującą się na powierzchni wody “Aurorę”, jeden z symboli globalnego nieszczęścia, jakim była Rewolucja Październikowa (nawyk tytułowania tego wydarzenia wielkimi literami został mi po czasach szkolnych, przepraszam. Z drugiej strony niewykluczone, ze wkrótce dziatwa szkolna będzie przymuszana do pisania np. o Zamachu Smoleńskim)
Ostatnie – zachętę do odwiedzenia nastrojowej kawiarni nad Newą.

Wróćmy jednak do prawdziwej Wenecji (którą ponoć rosyjska Duma ma chęć przemianować na “Petersburg południa”) i nastawmy ucha na płynące zza weneckiego lustra/nagrobka Poety jego/nie jego urywane refleksje, próbujące zdefiniować w koncentracie kłopoty doczesnego świata.

Chamstwo. Jeśli zastanowić się chwilę, to owo pojęcie jest w stanie wyczerpać gros problemów trapiących cywilizację.
Wymaga jednak dokładnego opisu zjawisk, które, jak zapewne uważałby Noblista zza Weneckiego Lustra, są w nim zawarte.
Przychodzi ich do głowy bezlik, jednak wszystkie zdają się być pochodną skłonności do wykorzystywania swojej przewagi wobec innych w sytuacjach, gdy nie jest to konieczne ze względów egzystencjalnych.
Doświadczenie i wiedza o świecie wskazują nam, że chamem według takiego kryterium bywa wyłącznie istota ludzka, zaś ofiarami chamstwa mogą być wszelkie istoty przyrody ożywionej, jak też obiekty przyrody nieożywionej.
Na pierwszy rzut oka jest w tym stwierdzeniu pułapka, bo mogłoby sugerować wprost proporcjonalną zależność chamstwa i człowieczeństwa, jednak fakt występowania objawów chamstwa jedynie u części populacji unieważnia ewentualność wystąpienia takiej zależności.

Kompleksy. Kompleks niższości łatwo może generować uczucia zawiści i nienawiści, a kompleks wyższości – uczucie pogardy. Od pogardy i nienawiści powinniśmy zaś być chronieni przez Pana, jak napisał to Tenenbaum, a wyśpiewywali Gintrowski, Kaczmarski i inni. Od głupoty także.

Kłamstwo. Pamiętam z pobytów na letnich koloniach w dzieciństwie, że najlepszym kawałem zrobionym nielubianemu koledze było poczęstowanie go pieczołowicie zebranymi na łące kozimi bobkami, starannie zawiniętymi w papierki po cukierkach.
Mówienie nieprawdy, czyli kłamstwo, to dość powszechna ludzka przywara, najczęściej mająca u podłoża chęć uniknięcia konsekwencji nieładnego uczynku.
Jednak kłamstwo użyte w przestrzeni publicznej dla osiągania politycznych celów przypomina owe kolonijne “cukierki”; opakowane w efektowne papierki propagandy stanowi z reguły zawartość znacznie gorszą niż kozie bobki.

Żądza władzy i posiadania. Skłonność naturalna w ludzkich społecznościach, jednak wymagająca mechanizmów ograniczających, bo osiągnięta – szybko ulega zwyrodnieniom. Próbą ograniczeń jest wypracowanie i strzeżenie systemu demokratycznego; żeby przekonać się, jak trudne to zadanie, nie musimy nawet zaglądać za wschodnią granicę, wystarczy krajowe podwórko.
Prawdziwa demokracja bazuje bowiem, jak wiadomo, na szeregu misternie powiązanych ze sobą, a jednak w istocie niezależnych od siebie instytucji, patrzących sobie wzajemnie na ręce i efektywnie pilnujących, aby żadna nie wyrosła ponad miarę.
Noszą one poważne nazwy: Sądów, Parlamentów, Trybunałów, Prezydentów i podobnych, przed którymi wypada uchylić kapelusza.
Bardzo łatwo jednak owe poważne nazwy mogą przeobrazić się w przywoływane wyżej papierki od cukierków, zawierające produkty demokracjopodobne o wartości kozich bobków, niezbędne autokratycznym kacykom do lukrowania ich niecnej działalności i zyskiwania aplauzu tłumów.


Miał być idylliczny wpis o Wenecji, a przez Putina i Brodskiego wyszła garść pseudofilozoficznych spostrzeżeń.
Mają one wszelako wartość przynajmniej dla mnie, bo pozwalają z punktu widzenia emerytowanego hydraulika docenić wysiłek prawdziwych filozofów.


Od powietrza, głodu, ognia i wojny, wybaw nas, Panie

Pan nie zechciał wybawić nas od powietrza ani wojny; miał zapewne do załatwienia pilniejsze sprawy w innych zakątkach Uniwersum.
Dla porządku przypomnę, że "powietrze" w tej stareńkiej religijnej suplikacji oznacza zarazę; znaczenie pozostałych elementów modlitwy pozostaje od wieków aktualne.
Tak więc nieuwaga, a może niełaskawość Pana, ściągnęły na ludzkość plagi, od których generalnie pragnęłaby być wolna.
Ludzkość jednakże podlega prawom natury, (których pracowicie starali się dociekać wzmiankowany tu przed miesiącem Alexander von Humboldt,
czy kontynuator jego myśli Darwin), zatem generowane przez nią samobójcze plagi trzeba, po chwili zastanowienia, uznać za jeden z przejawów funkcjonowania owych praw natury. 
W dodatku przy pełnej aprobacie Pana jako ich inicjatora.
Pana będącego kimś?/czymś?/niczym? (niepotrzebne niech każdy sam sobie skreśli).
Poprzedni wpis opublikowałem tuż przed północą 23 lutego. 
Kilka godzin później stało się zaś jasne, że niweczone w ostatnim czasie przez pandemię plany zwiedzenia i opisania wszelakich Rusi, zostały właśnie brutalnie zbombardowane i chyba na długo legły w gruzach. 
Może pojawią się kiedyś jako opisy podróży wirtualnych co, jak pewnie pamiętają najwytrwalsi Czytelnicy, miewało już miejsce w początkowych tygodniach funkcjonowania tego blogu.
Nie przedłużając zatem smętnych rozważań pozostawiam Państwa z zadaniem rozszyfrowania cyrylickich akronimów w jak najszybszym tempie, bo rolka błyskawicznie się zużywa.

 

Po drodze (4)

Drodzy Czytelnicy, chochlik internetowy sprawił, że ten wpis ukazuje się dopiero teraz, zamiast, jak powinien, w grudniu 2021. Poniżej znajdziecie wpisy ze stycznia i lutego 2022. Przepraszam w imieniu chochlika, Piotr.



Przed kwartałem tłumaczyłem się z tytułu wpisu “Po drodze”, bo istotnie po drodze natykaliśmy się na ślady tych, którym kiedyś tamtędy też było po drodze. Napomknąłem o zakonach rycerskich, które “po drodze” tam, lub z powrotem, bywały w średnich wiekach jedną z istotnych sił sprawczych kształtujących rzeczywistość, ze skutkami widocznymi do dzisiaj. A że wątek jakoś “się kontynuował”, to idąc na łatwiznę tytułowałem wpisy w kolejnych miesiącach tak samo, tylko z numerkiem. Niniejszym jednak solennie postanawiam pomyśleć o dobrej zmianie w tym zakresie, zamykając sekwencję jesienną jeszcze małym akcentem joannickim, zaobserwowanym również po drodze, ale niedalekiej. 
Widoczna na zdjęciu figura, klasą artystyczną dorównująca niektórym opisywanym już w tym blogu wyobrażeniom Jana Pawła II, przedstawia najpewniej mnicha – rycerza Suwerennego Rycerskiego Zakonu Szpitalników Świętego Jana, z Jerozolimy, z Rodos i z Malty (łac. Supremus Militaris Ordo Hospitalarius Sancti Ioannis Hierosolymitani Rhodiensis et Melitensis, pot. szpitalnicyjoannicikawalerowie maltańscy) i “zdobi” skwerek w pomorskich Skarszewach.
Inne ujęcia skwerku i pobliskiego otoczenia, a zwłaszcza niektórych plenerowych rekwizytów, też są niebanalne:

W Skarszewach znaleźliśmy się – a jakże! – po drodze, pokonywanej tym razem na rowerach i prowadzącej oznakowanym (kiepsko niestety) szlakiem Joannitów. Bo to oni, otrzymawszy od księcia lubiszewsko – świeckiego Grzymisława u schyłku XII wieku znaczny kawał Kociewia w rejonie Starogardu, po jakimś czasie gospodarzenia ulokowali w dogodnym komunikacyjnie i strategicznie miejscu miasto Skarszewy, ustanawiając je siedzibą jednej ze swych pomorskich komandorii.



Herb Skarszew jest dość makabrycznym wyobrażeniem głowy patrona zakonu, św. Jana, którą postradał on z rozkazu króla Heroda, wydanego dla kaprysu tańczącej przed nim Salome. Nieco szerzej wspomnieliśmy o tym,  relacjonując przed czterema laty odwiedziny miejsca zdarzenia w Mukawirze, w obecnej
Jordanii. Głowa ewangelicznego nieszczęśnika zdobi także herby szeregu innych miast (choćby Wrocławia), zaś kompletna jego postać patronuje, jak wspomniano, zakonowi Joannitów, fundatorów Skarszew. Warto zwrócić uwagę na praktyczną poradę umieszczoną w dolnej części miejsko – gminnej tablicy informacyjnej i starać się porady tej przestrzegać bez względu na to, czym się jedzie. Wielu twierdzi, że może to dotyczyć także poruszania się na rowerze.

Poświęćmy jeszcze chwilę uwagi Joannitom, których ślady pobytu spotykamy “po drodze”: a to w Poznaniu, a to na Cyprze, a to w Jordanii czy Izraelu, no a przede wszystkim – na Malcie. Ostatnio zaś  – na Kociewiu, co staramy się pokrótce pokazać i opisać niniejszym. Urzędowali w tej okolicy przez blisko dwieście lat, czyniąc – jak to zwykle bywa – na przemian rzeczy pożyteczne i niegodne.
Byli to z jednej strony roztropni gospodarze, z drugiej zaś – dobrze wyposażeni i doświadczeni w walkach rycerze, którzy zaprowadzali swoje porządki i pilnowali ich twardą ręką. Wywodząc się wszakże z kręgu śródziemnomorskiego, tam przede wszystkim upatrywali swoich interesów i tam starali się lokować swoje główne siedziby.
Tak kształtowana w pierwszych wiekach funkcjonowania praktyka (a pewnie i sterowanie z poziomu papiestwa i cesarstwa), skłaniała ich do ograniczania swojej aktywności w północnej Europie. Efektem było odsprzedanie w 1370 roku kociewskich włości pobratymcom – Krzyżakom, dla których ta część kontynentu stała się, jako dla zakonu wywodzącego się z krain niemieckich, najdogodniejszym rejonem ekspansji.
Po Joannitach pozostały zaś liczne i znaczące ślady, jak choćby kościół w podtczewskim
Lubiszewie , zobrazowany udatnie przez Waszą (i moją) ulubioną ilustratorkę, która ostatnio stanowczo zbyt rzadko się tu udziela.

 Kończę nie rozwlekając tematu, jako że ten (i kilka poprzednich, również pisanych “po drodze”) wpis wypływa z klimatów jesiennych i chcę zdążyć z jego zakończeniem przed upływem kalendarzowej jesieni, co nastąpi lada dzień.
Przypominają o tym także choinki na tle jesiennych kwiatów i leśnych kolorów. Żegnam się więc do stycznia, życząc Czytelnikom znalezienia pod domowymi choinkami najmilszych niespodzianek. 

 

Mędrca szkiełko i Orinoko

Każdemu co jakiś czas przydarza się doświadczyć uczucia iluminacji, oświecenia, wewnątrzmózgowej bryzy świeżej myśli, albo może – intelektualnego kopa. Impulsy takiego stanu rzeczy bywają różne; nierzadko lęgną się endemicznie w iluminowanej mózgownicy, częściej wszakże trafiają do niej z zewnątrz, jako gotowe światełka.
Poświęcę tutaj kilka słów temu drugiemu przypadkowi, który oświecił nas przed kilku laty prostym i nie specjalnie odkrywczym, ale konsekwentnie i perfekcyjnie wprowadzonym w życie przez Ankę P. pomysłem cyklicznych spotkań kulinarno – literackich (dla uniknięcia dyskusji, co ważniejsze, te dwie domeny uszeregowałem alfabetycznie. Warto jednak zauważyć, że przymiotnik “literackie” zawiera w sobie rdzeń “liter”).
Zostaliśmy zatem zaszczyceni zaproszeniem do dwunastoosobowej grupki, która kilka razy w roku zasiada przy Ankowym stole, wymieniając uwagi na temat zadanej wcześniej przez wyznaczonego Czytojada lektury, i w szybkim tempie odciążając mebel od zgromadzonych na nim dobroci.
Liczba dwunastu osób nie ma żadnego podtekstu, ani ewangelicznego, ani tym bardziej artystycznego (“Parszywa Dwunastka”), choćby z powodu znacznego stopnia sfeminizowania przedmiotowego stadka (a może lepiej : “roju”, bo Gospodyni jawi się wszystkim jako Królowa Matka).
Liczba bierze się po prostu z maksymalnej ilości miejsc siedzących przy stole.
Zdarzają się wszakże dość rzadkie okazje, kiedy zasiada przy nim także Trzynasty.
Panie są wówczas skłonne się posuwać, byleby wcisnąć jeszcze jedno składane krzesełko. A warto, bo Trzynasty dużo wie.
I tak wzmiankowany rój (niezbyt chyży, raczej stateczny) zlatuje się periodycznie od czasów sprzed nastania “dobrej zmiany”, czekając jej rychłego końca, i dzieląc się wrażeniami z przeczytanych książek i zjedzonych dań.
Niektórzy zapamiętują te niezwykłe spotkania także (ale oczywiście nie wyłącznie!) jako “kaszanki u Anki”.
Godzi się wspomnieć, że autorką powyższych zdjęć jest Isia K., zaś pierwsze z nich przedstawia małą instalację, stworzoną na okazję rozmowy o modnej ostatnio (i słusznie!) książce Radka Raka “Opowieść o wężowym sercu, albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”. Drugie – kaszankę u Anki.


Złożyło się tak, że przedstawione pokrótce w styczniowym wpisie informacje i refleksje, dotykające arcyciekawej historii aktywności osiemnastowiecznych, pochodzących spod Gdańska, wybitnych przyrodników i publicystów, ojca Jana i syna Jerzego Forsterów, w idealny sposób mogą znaleźć kontynuację w tym artykule.
Wspomniany na początku “rój” czytelniczy zmaga się bowiem akurat, gdy piszę te słowa, z lekturą opasłego dzieła o długim tytule, przedłużonym o podtytuł; dla ułatwienia zamieszczam obok fotografię okładki.
Jest to pełna ciekawych szczegółów, z rozmachem rysująca historyczne tło epoki, opowieść o życiu i twórczości jednego z tytanów światowej nauki, Aleksandra von Humboldta.


Wzmianka o kontynuacji wątku sprzed miesiąca bierze się stąd, że jednym z naukowych mentorów Humboldta w jego wczesnej młodości był Jerzy Forster (o czym, jak również o naszym frapującym odkryciu związanym z prapoczątkiem Jerzego, wspomniałem w poprzednim wpisie).
Skoro zaś przypomniałem tę historię, to zanim przystąpię do próby ułożenia kolejnych zdań, zaproponuję rzut oka na przedstawione przez Żonnę wyobrażenie zimowego Gdańska, który mijali saniami w błyskawicznej podróży poślubnej 26 lutego 1754 roku rodzice Jerzego Forstera, Elżbieta i Jan (spośród innych dzieci tego stadła trafiłem jeszcze na wzmiankę o Virginii Victorii, zdolnej rysowniczce podrasowującej szkice brata Jerzego z “Podróży naokoło świata”).


Skupmy się jednak na przewodnim temacie tego artykułu, którym jest refleksja nad pracą (trudną do zakwalifikowania, bo łączącą cechy eseju, monografii, biografii i czegoś tam jeszcze) o Aleksandrze von Humboldcie.
Dzieło zawiera bogactwo pracowicie zebranych informacji o długim życiu uczonego, którego niezwykłe cechy umysłu, charyzma połączona z nieprawdopodobną gadatliwością, oraz pracowitość mogąca zawstydzić większość ludzkiej populacji (z piszącym te słowa na czele), uczyniły znaczącą instytucją dziewiętnastowiecznego świata.
Gość, który poświęcił się wnikliwym obserwacjom i badaniom przyrody, potrafił ich wyniki przekazać w formie łączącej suche naukowe dane z epickim rozmachem, nasyconym nieskończonym podziwem dla cudów natury.
A jednocześnie – głęboką refleksją na temat ludzkiego oddziaływania na przyrodę, oraz ludzkiej aktywności w ogóle.
Co zaobserwował, zbadał i przemyślał, przekazywał Humboldt w niezliczonych publikacjach, wystąpieniach publicznych, oraz w bezpośrednich spotkaniach z najważniejszymi postaciami ówczesnego świata, najczęściej w ich ojczystych językach.
Obdarzali go przyjaźnią i prosili o rady ojcowie – założyciele Stanów Zjednoczonych, wielcy władcy i kreatorzy polityki europejskiej, południowoamerykańscy rewolucjoniści, czy giganci nauki i kultury tamtych czasów.

Dla porządku wymienię po kolei nazwiska zobrazowanych wyżej (czasem w karykaturze) notabli:
Wolfgang Goethe, Thomas Jefferson, Napoleon Bonaparte, Simon Bolivar,
Georg Cancrin, Karol DarwinFryderyk Wilhelm IV, Wilhelm I.
To tylko mała próbka ze znacznie liczniejszego grona ważniaków współczesnych Humboldtowi, którzy za zaszczyt poczytywali sobie z nim znajomość.
Nie cierpiał go jedynie Napoleon Bonaparte, najwyraźniej zazdrosny o Humboldtowe dokonania w sferze naukowej, w której sam miał nadzieję (nieuzasadnioną) dokonać rzeczy znacznych.
Przyglądając się nakryciom głowy szacownych postaci można wysnuć uogólnienie, że długie życie Aleksandra mieściło się między artystycznym kapeluszem Goethego, a trzymaną w ręku pikielhaubą Fryderyka Wilhelma IV, co z grubsza obrazuje postępujący proces wzrastania państw niemieckich, z coraz bardziej dominującymi je Prusami, od potęgi kulturalnej do potęgi gospodarczo – militarnej. Na szczęście ów faktor kulturalny (zawierający w sobie wszystkie sztuki i nauki) miał się tam ciągle dobrze.
Wiem, że prosiłyby się o umieszczenie tutaj liczne wtręty dotyczące samych Prus pod władztwem Hohenzollernów; jest to temat najbliższy nam terytorialnie i historycznie, więc z pewnością zmierzymy się z nim niedługo obszerniej.
Fryderyk Wilhelm IV, ten trzymający na obrazku powyżej wprowadzoną przez siebie jako obowiązkową część wyposażenia pruskiego żołnierza pikielhaubę, zaś na karykaturze obok przedstawiony w nieco mniej bojowej postawie, objąwszy pruski tron w roku 1840 wybrał się, jak to bywało w zwyczaju, na objazd swoich ziem w celu odebrania stosownych hołdów ze strony zachwyconych poddanych.
Zabrał ze sobą Aleksandra Humboldta, który kilkanaście lat wcześniej przeniósł się z ulubionego Paryża do nielubianego Berlina, skuszony hojną gażą szambelana dworu pruskiego, bardzo mu przydatną po przeputaniu całego rodzinnego spadku na rzecz pracy naukowo – podróżniczo – wydawniczej.
W drodze do Królewca Jego Królewska Mość raczył był zahaczyć o Gdańsk, gdzie odbierał hołdy, zaś Humboldtowi wręczono szybciutko dyplom honorowego członka Danziger Naturforschende Gesellschaft, czyli Gdańskiego Towarzystwa Przyrodniczego.
Fakt ten dokumentuje tablica, umieszczona przed niewielu laty na budynku Towarzystwa, który w obecnej rzeczywistości mieści siedzibę Muzeum Archeologicznego w Gdańsku.
Samo zaś Towarzystwo, (zreaktywowane w niemieckim Marburgu, podobnie jak niedobitki szeregu innych gdańskich, odwiecznych instytucji, które szukały po 1945 roku za Odrą miejsca do przetrwania), przez blisko 200 lat było forum nadmotławskiej aktywności naukowej, skupiając wiele znamienitych mózgów, a na początku XX wieku stało się osnową dla rozpoczęcia działalności bliskiej nam skądinąd uczelni, Politechniki Gdańskiej.
Nawiązuje do jego działalności Gdańskie Towarzystwo Naukowe (współpracujące zresztą z Marburgiem), którego prezes współprzewodniczy kapitule przyznającej coroczne Nagrody Naukowe Miasta Gdańska im. Jana Heweliusza  (pod tym odnośnikiem zobaczycie informację o tegorocznych dwu Laureatkach, pomylonych zresztą w opisie zdjęcia. Dodam z dumą, że jedna z nich, Prof. Ewa, zaszczycała niejednokrotnie ciepłym słowem naszą blogową twórczość).
Drugim współprzewodniczącym kapituły gdańskiej Nagrody (podobno po drugiej stronie Bałtyku zaczyna się ostatnio mówić o Noblu jako o szwedzkim Heweliuszu) jest prezes gdańskiego oddziału Polskiej Akademii Nauk, której jedną z ważnych pomorskich placówek stanowi Instytut Oceanologii w Sopocie.


Wiążę te wątki, aby wspomnieć jeszcze jedną osobę przychylną temu blogowi, mianowicie Jacka, którego doczesna droga dobiegła niedawno końca. Był to Człowiek, który zrozumiał naukę (żeby nawiązać do przewodniego motywu tego wpisu). Człowiek, który cały swój temperament, zdolności i wiele serca poświęcił pracy na rzecz nauki (ale niemałą częścią tego dobrego serca zawładnęła też w ostatnich latach Iga, nasza wspólna wnuczka).


Widoczne na stronie startowej Instytutu Oceanologii jego sopocka siedziba, oraz żaglowy statek badawczy “Oceania”, to w dużej mierze efekty pracy Jacka.
“Oceania” od ponad trzydziestu pięciu lat wykorzystywana jest do badań na różnych akwenach, często też u wybrzeży Spitsbergenu, gdzie zaobserwowała ją nasza nieoceniona Ilustratorka.

Z wizerunkiem “Oceanii” sąsiaduje zdjęcie innego żaglowca, ponad stuletniego barku, przebudowanego na potrzeby niemieckiego stowarzyszenia szkoleń żeglarskich według koncepcji  inż. Zygmunta Chorenia, tego samego konstruktora, który niewiele wcześniej zaprojektował jednostkę badawczą Instytutu Oceanologii.
Piękny statek o charakterystycznych, zielonych żaglach nosi nazwę  “Alexander von Humboldt”, co po licznych tekstowych “skokach w bok”, pozwala nam wrócić na koniec wpisu do kilku jeszcze uwag dotyczących jego głównego bohatera.
Łatwo się domyśleć, że zieleń ożaglowania nawiązuje do pionierskiej w skali świata roli, jaką Humboldt odegrał w kształtowaniu świadomości o wpływie człowieka na środowisko przyrodnicze, oraz o konieczności ludzkiej troski o to środowisko.
Zagadnienia ekologii (termin ukuty zresztą przez jednego ze sławnych kontynuatorów jego pracy, Haeckla), były przewodnim tematem działalności Humboldta, począwszy od odbytej w 1792 roku wspólnie z Jerzym Forsterem podróży badawczej w dorzeczu dolnego Renu (napomknąłem o tym przed miesiącem; niestety znakomita ponoć relacja Forstera z tej wyprawy nie została dotąd przetłumaczona na polski).
Największy wszakże plon naukowy przyniosła blisko pięcioletnia wyprawa południowoamerykańska (1799 – 1804), podczas której gruntownie przebadał dorzecze rzeki Orinoko (zastępującej w tytule tego wpisu Mickiewiczowskie “Oko”).
Niektórzy twierdzą, że pozostawienie przez Humboldta tak gigantycznego dorobku było możliwe, bo nigdy nie założył on rodziny.
“Nie miał interesu na dziewczynki”, jak mawiała o swoim pozostającym dość długo w stanie bezżennym synu znajoma nam dama, przez długie lata mieszkająca poza Polską i nieco kalecząca język ojczysty.
Kończę ten artykuł pozostawiając Czytelnika, jak mniemam, w absolutnym niedosycie wiedzy o wiedzy, możliwym jednak do złagodzenia w trakcie lektury książek takich, jak “Człowiek, który zrozumiał naturę”.

 

Wydarzyło się!

Kiedyśmy niedawno w towarzystwie Iwony i Andrzeja małż. L., znających tam każdy zakątek, przemierzali urokliwe uliczki górnego Sopotu, natknęliśmy się u zbiegu Mickiewicza i Orzeszkowej na dość niezwykły monument, opatrzony jeszcze bardziej niezwykłą inskrypcją.
Zrazu wydała nam się ona żarcikiem na miarę “czeskiego geniusza” Jary Cimrmana, ale dość szybko odkryliśmy zaskakującą prawdę: napis głoszący, że “w tym miejscu w 1754 roku nic się nie wydarzyło”, to ewidentny przykład (nieświadomego, miejmy nadzieję) fałszowania historii.
W zdemaskowaniu niecnego czynu dopomógł strzęp niezbyt sprawnej już pamięci, oraz internet, jedna z odnóg oplatającej coraz ciaśniej świat cyberhydry, która potrafi także wydać z siebie inne mityczne stwory, jak choćby latające konie. Często bywa wszakże użyteczna; przeglądając swojego czasu rysunki Daniela Chodowieckiego, zwróciłem uwagę na scenkę rodzajową, mającą w tle charakterystyczną sylwetkę niewielkiego obelisku.
Niewątpliwie tego samego, chociaż zobrazowanego z przeciwnej strony niż ta, na której znajduje się dziś rzeczona tabliczka.

Podpis pod rysunkiem nie pozostawia wątpliwości: to młoda para Elisabeth i Johann Forsterowie, którzy pobrali się 26 lutego 1754 roku w podgdańskim Mokrym Dworze (Nassenhuben) nad zamarzniętą owej zimy Motławą i niezwłocznie wyruszyli w podróż poślubną.

Nie byli zbyt majętni (Johann piastował skromną posadę ewangelickiego pastora przy nieistniejącym dziś dworze), więc podróż saniami zakończyła się już w Sopocie, najpewniej w zajeździe widocznym na dalszym planie historycznego sztychu (autor rysunku, Daniel Chodowiecki był niemal rówieśnikiem Johanna Forstera; panowie z pewnością dobrze się znali).
Pierworodny syn Elisabeth i Johanna Forsterów, Georg (Jerzy) przyszedł na świat 26 listopada 1754 roku; zestawienie obu, odległych od siebie o dokładnie dziewięć miesięcy dat jest oczywiste i w jednoznaczny sposób obala pochopną, pomijającą czas i miejsce poczęcia wybitnego podróżnika tezę, wypisaną na przymocowanej do obelisku tabliczce, jakoby nic się tam w owym roku nie wydarzyło!
Zarówno Johann Forster, jak i jego syn Georg Forster, znakomici osiemnastowieczni badacze i publicyści, mają swoje miejsca w encyklopediach, zaś w skondensowany i ciekawy sposób przybliża ich sylwetki artykuł bazujący na kwerendzie zbiorów Biblioteki Gdańskiej PAN:
Forsterowie oai-journals-pan-pl-121663_full-text_LG_2019_36_4 .
Obaj dopiero w ostatnich latach doczekali się skromnych elementów informacyjno – pamiątkowych w miejscach swoich urodzin (młodszy Jerzy został dodatkowo patronem nowoczesnego gdańskiego tramwaju, natomiast kamień z tablicą mu poświęconą znaleźliśmy nie bez trudu w Mokrym Dworze, za budyneczkiem łączącym funkcje świetlicy wiejskiej i zlewni mleka).
Dziwne to, bo ci pomorscy ziomale byli ludźmi nieprzeciętnymi, mającymi spory wkład w dokonania epoki Oświecenia, w której przyszło im żyć.
Żeby uniknąć zamieszania z imionami obu panów, będę dalej operować polskimi wersjami: Jan (Johann, ojciec) i Jerzy (Georg, syn).
Wszak byli oni przez znaczną część swojego życia, jako mieszkańcy Prus Królewskich, obywatelami Rzeczpospolitej (upadającej zresztą akurat pod naporem sąsiednich, zaborczych mocarstw).


Z rodziną Forsterów spotkaliśmy się już w pierwszych tygodniach funkcjonowania tego blogu; wspomniałem tam ojca Jana i syna Jerzego podczas mojego wirtualnego pobytu na Tahiti, wymieniając zresztą błędnie jako miejsce urodzenia obu – Tczew.
W tym zacnym mieście urodził się w 1729 roku tylko Jan (którego ojciec, a dziadek Jerzego, był tam przez szereg lat burmistrzem), natomiast domniemany proces zaistnienia na tym świecie Jerzego opisałem na wstępie tego artykułu.

 

 

 


Jerzy Forster obdarzony był autentycznym talentem pisarskim, co w połączeniu z osiągniętym głównie dzięki wysiłkom ojca wszechstronnym wykształceniem uczyniło zeń wielce cenionego autora licznych prac.
Miał nieczęsto występujący u ludzi nauki dar relacjonowania wyników dociekań przyrodniczych, jak też obserwacji najróżniejszych aspektów ludzkiej działalności, w sposób łatwo przyswajalny nawet dla laików (pod warunkiem, że umieli czytać, co w tamtych czasach nie było oczywistością). Słowem – był prekursorem nowoczesnej literatury popularnonaukowej oraz podróżniczej.
I to właśnie “Podróż naokoło świata”, będąca szczegółową relacją z odbytego w latach 1772 – 1775 wokółziemskiego rejsu dowodzonego przez Jamesa Cooka, do udziału w którym ojciec i syn Forsterowie zastali przez brytyjską Admiralicję zaproszeni dla sporządzenia naukowej dokumentacji, przyniosła Jerzemu uznanie i sławę.
Jest to jedyne z jego dzieł dostępne w polskim przekładzie (w obszernych fragmentach); lektura jest prawdziwą przyjemnością i wzbudza w czytelniku podziw dla horyzontów myślowych, dociekliwości oraz zasobu wiedzy dwudziestoletniego wówczas zaledwie autora.

 

Jak wspomniano, powraca od jakiegoś czasu w Gdańsku i okolicach chęć do upamiętnienia rodu Forsterów (aczkolwiek chyba w zbyt skromnym wymiarze).
Ta zacna, wywodząca się ze Szkocji rodzina, jest dobrym przykładem historii osiedlania się i współtworzenia świetności nadmotławskiego przybytku wyznawców Machandla (kultowej gdańsko – żuławskiej jałowcówki, spożywanej według specyficznego żeglarskiego rytuału) przez admiratorów “wody życia” (czyli whisky po prostu) znad jeziora Loch Ness.
Historia Szkotów w Gdańsku i będących pod panowaniem polskich królów Prusach jest po trochu uzupełniana; z drugiej strony docierają także wieści o nowopowstających opracowaniach historii osadnictwa Polaków w Szkocji, w bardziej współczesnych nam czasach.
Jerzy Forster żył niestety krótko; zmarł na kilka miesięcy przed ukończeniem czterdziestki w Paryżu jako banita, pozbawiony prawa powrotu do Prus wskutek zaangażowania w sprawy francuskiej rewolucji.
Jedną z ostatnich jego prac były “Zapiski z roku 1790”, w części zilustrowane przez Daniela Chodowieckiego, mimowolnego sprawcę niniejszych rozważań.

Zdążył Jerzy poznać i współpracować z największymi swojej epoki, choćby ze sporo młodszym odeń Aleksandrem von Humboldtem, dla którego stał się mentorem, jeśli chodzi o metodykę opisywania przyrody.
O Humboldcie napiszemy wkrótce ciut więcej, tymczasem obejrzyjcie dwa zdjęcia z Nowej Zelandii, na którą znacznie łatwiej dostać się w dzisiejszych czasach samolotem, niż ćwierć tysiąclecia lat temu Forsterom na statku “Resolution” pod komendą kapitana Cooka.


Na dobrą sprawę powinna się tu zacząć toczyć opowieść o czasach, w których działali Forsterowie, o epoce kształtowania się świata takiego, jaki obecnie chyba odchodzi w przeszłość.
Epoce zmagania się osiągnięć rozumu z obawą przed jego używaniem (te zmagania akurat, niestety, w przeszłość nie odchodzą), epoce, która na dużych próbach udokumentowała znaną od dawna zasadę przechodzenia przywódców – rewolucjonistów na pozycje krwawych dyktatorów.
Epoce, która zostawiła światu maszynę parową i gilotynę.
Oszczędzę Czytelnikom tej opowieści, bo musiałaby przekroczyć dopuszczalne pojemności na serwerze, ale przede wszystkim dlatego, że za mało wiem.
Podobno jakiś chiński ekspert spytany niedawno o opinię na temat znaczenia rewolucji francuskiej dla losów świata odparł, że dwieście lat to niewystarczająca perspektywa czasowa dla dokonania takiej oceny.
Konfucjusz bowiem uczył cierpliwości i długich, powolnych ruchów.
Skądinąd jeśli o ruchy chodzi, to inny mędrzec, współczesny wspominanym tu Forsterom ich sąsiad z nieodległego od Mokrego Dworu Królewca, Immanuel Kant , określał ponoć pewien ich rodzaj mianem “ruchów niegodnych filozofa”.
Zreflektował się na łożu śmierci, gdy w ostatnim tchnieniu miał wyszeptać: “es ist gut” (to jest dobre). I tego się trzymajmy!


Przy pisaniu tego artykułu ciągle przychodziła mi na myśl jedna z najbardziej odrażających postaci (zwłaszcza dla mieszkańców Pomorza i Wielkopolski) z czasów triumfalnego pochodu niemieckich narodowych socjalistów w latach trzydziestych i czterdziestych dwudziestego wieku, Albert Forster.
Spoglądam na zdjęcie tej kreatury i widzę twarz, zdawałoby się, ludzką.
Nie mam pewności, czy miał jakiś związek rodzinny z pozytywnymi bohaterami powyższych zapisków; szybko zaprzestałem śledzenia genealogii Forsterów.
Pozostała dość prosta refleksja, że normalne z pozoru rysy twarzy często bywają maską dla osobowości urągających statusowi człowieczeństwa, o którym zawzięcie rozprawiali filozofowie Oświecenia.
I że pochodzenie owych indywiduów (częstokroć narodowych socjalistów właśnie, choć nie tylko) bywa na ogół bez znaczenia.

Po drodze (3)

Komandoria. Spotkaliśmy się z tym terminem przed miesiącem, smakując wyborne cypryjskie wino, które swą nazwę wzięło od jednostki organizacyjnej zakonów rycerskich (czasem, zwłaszcza w przypadku Krzyżaków, mówi się o “komturii”, jednak nic mi nie wiadomo, aby ten termin przeniósł się na nazwę jakiegokolwiek trunku).
W tym miejscu wypada uderzyć czołem przed oceanem mądrości emitowanej z ust Nominalnej Głowy Państwa (NGP), że mianowicie nie należy ustawać w trudzie uczenia się, bez względu na sytuacje, w której się znajdujemy.
NGP zapewnia że uczy się bezustannie, zatem i my staramy się naśladować ten światły wzór, bo na uzupełnianie wiedzy nigdy nie jest za późno.
Nauczyliśmy się choćby niedawno, przy okazji corocznej jesiennej wizyty w gościnnych progach Anny K. , że znajdują się one w poznańskiej dzielnicy “Komandoria”, nazwanej tak nie tylko na cześć sławnego wina.
Jest to bowiem teren, na którym książę Mieszko Stary w 1187 roku osadził szukających w Europie bezpieczniejszych niż w Palestynie siedzib Joannitów, a ci utworzyli tu swoją komandorię właśnie.

Istniejący tam wcześniej kościół św. Michała Archanioła  przemianowali braciszkowie na wezwanie swojego patrona św. Jana, dodatkowo – zgodnie z topografią miasta – przydając mu określenie “za murami”. Dziś jest to najstarsza poznańska świątynia.
Na pamiątkę Joannitów, Kawalerów Maltańskich, okolica obfituje w elementy nazewnicze, przywołujące nazwę śródziemnomorskiej wyspy.
Najbardziej znane, szczególnie pośród kibiców wioślarstwa, jest jezioro Malta – sztuczny zbiornik zbudowany w połowie XX wieku, na którym urządzono sławne tory regatowe. Joannitów w Poznaniu nie ma już od dwustu lat, ale ich przejęte przez miejscową diecezję dobra ciągle bywają źródłem niesnasek pomiędzy lokalnym tronem i ołtarzem


“Ołtarz” wielkopolski (i w ogóle – polski) przedstawia skądinąd współcześnie obraz dwubiegunowy: z jednej strony przepięknej urody stare kościółki, kościoły, katedry i pozostałości gospodarczej oraz kulturotwórczej  (nie tylko w warstwie estetycznej) spuścizny tysiącletniej obecności Kościoła z wszystkimi jego wariacjami organizacyjnymi, z drugiej – relikty systematycznego  ukoszmarniania tego wizerunku w ostatnich czasach.
Przed rokiem dzieliłem się już w tym blogu wrażeniem, jakie czynią mijane “po drodze” wielkie napisy “Poznań i Gniezno Chrzcielnicą Polski”, albo karykaturalne wyobrażenia Papieża Wojtyły. Teraz kilka nowych fotek z obu biegunów:

Obiekty sakralne same pchają się przed obiektyw, bo w naszym krajobrazie najczęściej są elementem wyróżniającym się. Można wszakże łatwo ten wizerunek, łagodnie mówiąc, uczynić nie tak zachwycającym.


Dzieje znaczone trwałymi, zwieńczonymi krzyżem budowlami, dają się nieźle śledzić. Dodatkowo dokumentują je coraz liczniejsze w miarę upływu lat źródła pisane, które nie istniały na naszych terenach przed zaczątkami piastowskiej organizacji państwowej, pokrywającymi się z grubsza z pierwszymi działaniami chrystianizacyjnymi. Miało to miejsce, jak wiadomo, w drugiej połowie X wieku, od którego to czasu historia obecnej Polski zaczyna mieć coraz solidniejszą dokumentację.
Fachowcy zachodzą jednak w głowę i od dawna spierają się o to, co działo się na ziemiach zwanymi “piastowskimi” (a ostatnimi czasy także “chrzcielnicą”) na kilka dziesięcioleci przed wydarzeniem, zwanym w uproszczeniu “chrztem Polski”.
Archeologicznie udokumentowane fakty świadczą (przynajmniej dla rejonu Kujaw i Wielkopolski) o tym, że niewiele lat przed “chrztem” funkcjonujące wcześniej maleńkie gródki plemiennych szefów zostały bądź doszczętnie zniszczone, bądź też posłużyły jako baza dla szybkiego powstania znacznie większych i mocniej ufortyfikowanych siedzib lokalnej władzy.
Kto był w stanie dokonać tak radykalnego postępu w krótkim czasie?
Hipotez jest kilka, a wszystkie w sporej mierze bazują na spekulacjach i dowodach nie wprost, bo dowodów wprost – zwyczajnie brakuje.
Niezbitym faktem wszakże są pozostałości X – wiecznych, potężnych jak na ówczesne czasy, powstałych w szybkim tempie ośrodków, jak poznański Ostrów Tumski (podobnie jak wrocławski zresztą), Ostrów Lednicki, Gniezno czy Giecz.
Ten ostatni, nieco rzadziej odwiedzany przez turystów gród, robi naprawdę duże wrażenie ogromem ziemnych obwałowań, których kubatura wymagałaby, jak ktoś obliczył, zaangażowania dwudziestu tysięcy wielkich wywrotek. A że pierwsi Piastowie nie dysponowali taką flotą samochodową, to niech Szanowny Czytelnik spróbuje przeliczyć to na taczki z drewnianym kółkiem, lub noszone na plecach kosze. Taka symulacja pozwoli zdać sobie sprawę z siły i efektywności działania władzy, która była zdolna wyegzekwować podobny nakład pracy.

Grodziszcze w Gieczu osiągnęliśmy bez kłopotu, podczas gdy dostępu na Ostrów Lednicki broniła grupa konnych, którzy baczyli, aby poza sezonem turystycznym na wyspie nikt nie mógł wylądować. Nawet Bolesław Chrobry musi czekać do wiosny, wskutek czego zupełnie zdrewniał.

Poruszaliśmy się w tym odcinku blogu w mniej więcej trzystuletnim zakresie czasowym, znaczonym od pojawienia się piastowskich ośrodków władzy w połowie X wieku, do solidnego zagospodarowania się Joannitów w połowie XIII wieku. W Poznaniu przemierzenie dystansu dzielącego te dwie epoki wymaga odbycia niedługiego spaceru pomiędzy kościołem św. Jana Jerozolimskiego (“za murami”), a Ostrowem Tumskim, nad którym góruje katedra. Po drodze mija się uroczą małą dzielnicę Śródka, gdzie na dość paskudnej zapewne wcześniej ścianie (aż się nie chce wierzyć, że płaskiej!) powstał fantastyczny mural.

 

Wkrótce, w kolejnym wpisie (z którym mam nadzieję zdążyć przed końcem jesieni) znajdziecie jeszcze kilka obserwacji poczynionych “po drodze”, a dotyczących rycerzy zakonnych, którzy najczęściej byli w drodze.

Po drodze (2)

Zaczynam pisać ten artykuł oczekując na werdykt jury Konkursu Chopinowskiego 2021, któremu skądinąd nie zazdroszczę rozterek przy wyborze zwycięzcy spośród fantastycznej stawki młodych pianistów.
A wspominam o tym, bo jakoś tak mi się porównały dwie postaci, obecne ostatnio w mediach, które łączy wyłącznie arcypolska spółgłoska “sz” na początku nazwiska.
Więc Chopin (czyt.: Szopę😉), oraz Szydło (czyt.: Szydło) – dwa bieguny skali postrzegania Polski w Europie i świecie, oraz jej tam obecności.
Lub nieobecności.


Wróćmy jednak do tego, co zdarzało się “po drodze” kiedyś, a czego ślady znajdujemy tu i ówdzie “po drodze” dzisiaj. Kolejna panoramka obrazuje umieszczoną na cypryjskiej plaży instalację w postaci wielkiej piły dwuręcznej, żegnającej słońce zapadające w wody śródziemnomorskiego Basenu Lewantyńskiego.


Piła żegna słońce codziennie, odkąd ją postawiono, zapewne z jakimś zamysłem artystycznym. Może chodziło o rzewne wspomnienie cedrowych lasów, wytrzebionych Cyprze przez wieki dość skutecznie, chociaż na szczęście – nie do końca.

Zaniosło nas dość niespodziewanie na tę wyspę, od najdawniejszych czasów obdarzaną przeróżnymi dodatkowymi określeniami; a to – że Afrodyty, a to – że kocia, a to – że rajska (chodzi najpewniej o raj podatkowy).
Omijaliśmy starannie większe miasta, a jeszcze staranniej – rozrastające się, niestety, wzdłuż wybrzeży przybytki masowego przemysłu turystycznego. Dzięki temu mogliśmy cieszyć się kontaktami z ludnością tubylczą, o której chce się mówić rzeczy prawie wyłącznie sympatyczne.
Prawie, bo z tej oceny należałoby wyjąć tamtejszych kierowców, którzy potrafią w niemiły sposób okazać całkowity brak zrozumienia dla przybysza z północy, chcącego wynajętym wehikułem włączyć się do ruchu na normalnych zasadach.
Ten niemiły zgrzyt jest spuścizną kilkudziesięcioletnich rządów Brytyjczyków, po których można by się spodziewać lepszych manier, niż poruszanie się nie tą co reszta świata stroną drogi.


Drogi cypryjskie nie mają, poza powyższą obserwacją, większego znaczenia dla snucia naszych refleksji, ale sama wyspa od zawsze była komuś po drodze.
Chociażby krzyżowcom, dla których z uwagi na bliskość będącej ich celem Ziemi Świętej, była naturalną bazą logistyczną i zaopatrzeniową. Z czasem zaś, gdy przestawało im się w owej Ziemi darzyć, Cypr stawał się ich trofeum.

Jak pamiętamy, pierwsze wyprawy krzyżowe na Bliski Wschód zaowocowały między innymi powstaniem zakonów rycerskich i osiągnięciem przez nie potęgi pozwalającej istotnie wpływać na bieg spraw w Europie.
Na przełomie XI / XII wieku Joannici i Templariusze, a kilkadziesiąt lat po nich – Krzyżacy (używam tu zwyczajowych, uproszczonych nazw) zaczynali w sposób nadzwyczaj zbożny, strzegąc świętych przybytków, bądź sprawując szpitalną opiekę nad uczestnikami krucjat.
Wszystkie trzy bractwa zmuszone były pod koniec XII wieku zmykać z Ziemi Świętej i znalazły swoją pierwszą przystań na pobliskim Cyprze, przy czym Templariusze odkupili wyspę od jednego króla i zaraz sprzedali innemu królowi, zachowując jednak znaczne posiadłości. Rozległe dobra, uzyskane drogą najróżniejszych nadań i innych kombinacji mieli też Joannici, którzy urośli dodatkowo po przejęciu włości Templariuszy, gdy tych ostatnich w nagłym trybie zlikwidował (częstokroć fizycznie) król Francji Filip IV.
Zakonne dobra, dające zacne dochody dzięki produkcji cukru trzcinowego i wina chronione były przez załogi niewielkich zamków, jak te na zdjęciach powyżej.


Jeśli zaś o wina chodzi, to właśnie czas funkcjonowania na Cyprze zakonnych komandorii przyczynił się do ich rozsławienia. Dziś ciągle bywają świetne.
Te najsławniejsze zaś od wieków noszą nazwę “Commandaria” (gdyby były wątpliwości, to na lewym zdjęciu poniżej widać fragment kciuka lewej dłoni, ujmującej butelkę).


Krzyżaków (którzy również uszczknęli to i owo z cypryjskich włości) w tym blogu było, jest i pewnie będzie jeszcze sporo, bo ich spuścizna najmocniej naznaczyła wizerunek południowego wybrzeża Bałtyku, stanowiącego skądinąd północną granicę Polski.
Nad Templariuszami popracujemy jeszcze kiedyś, natomiast Joannici pojawią się już wkrótce. Pojawią się zresztą kolejny raz, bo przecież gościli już na naszych łamach, choćby w obszernej relacji z Malty.
Istotnym rysem bliskowschodnich, katolickich wypraw krzyżowych, obok starań o wyparcie muzułmanów z Ziemi Świętej, było podkopywanie na wszelkie możliwe sposoby pozycji wschodnioobrządkowego chrześcijaństwa w ciągle jeszcze będącym w niezłej formie Cesarstwie Bizantyjskim. Ten ostatni zamysł udał się zresztą najlepiej, co walnie przyczyniło się do upadku Bizancjum po stu kilkudziesięciu latach od ustania krucjat.
Chrześcijaństwo rytu wschodniego przetrwało wszakże, jak wiadomo, do dzisiaj, emanując ilością i bogactwem swoich przybytków w takich miejscach, jak Cypr.
Częste są tam, by zacytować jednego z lokatorów wspomnianego przed miesiącem Lidzbarka Warmińskiego, biskupa Ignacego Krasickiego, enklawy w których widać “bram cztery ułomki, klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie – domki”. Szczęśliwie wśród tych przybytków dadzą się czasem znaleźć knajpki z całkiem smacznymi specjałami.


Dla odprężenia proponuję PT Czytelnikom obejrzenie ograniczonej ilości cypryjskich widoków, zamieszczonych bez wyraźnej myśli przewodniej.


Kończę pisać ten artykuł, znając werdykt jury Konkursu Chopinowskiego 2021 i mimo własnych spostrzeżeń, absolutnie go akceptując, jako werdykt niezależnego ciała rozsądzającego.
Równolegle zmagam się, podobnie jak zapewne gros Czytelników, z gniewem opanowującym normalnego człowieka, słyszącego o możliwych sposobach odnoszenia się do niezależnych werdyktów wydawanych przez sądy, których jurysdykcję strony wcześniej zaakceptowały.
Dokładniej: sposobach jeszcze niedawno wydających się niemożliwymi!
Jeśli ktoś mi zarzuci, że powyższe uwagi są na poziomie właściwym dla przedszkoli, to potwierdzę: już przedszkolacy powinni mieć (i najczęściej mają) świadomość podstawowych reguł funkcjonowania zbiorowości.
Nie jest jednak pewne, czy dotyczy to osób, które w dzieciństwie dopuściły się takich uczynków, jak kradzież księżyca (do spółki z bratem – bliźniakiem).

 

 

 

 

Po drodze (1)

W tytule chodzi o drogę z Gdańska do Kurlandii, którą trzeba przemierzyć lądem (przez jakiś czas latały samoloty do Rygi, ale przestraszyły się wirusów), aby zakosztować opisanych przed miesiącem radości spływania w kajakach pięknymi i bezludnymi tamtejszymi rzekami.
Znaczną część trasy pokonuje się krętymi i wąskimi, a ponadto starannie obsadzonymi na poboczach solidnym drzewostanem, warmińsko – mazurskimi szosami, okupując wrażenia podziwu dla mijanego krajobrazu uczuciem ciągłego niepokoju co do własnego losu za kolejnym ostrym zakrętem.
Niemniej systematyczne, ale znacznie wolniejsze i nie grożące wypadkami drogowymi, tempo postępowania tymi szlakami notowały napierające na pogańskich Prusów zagony wszelkiej maści rycerstwa, niosącego na swych pikach i mieczach światło chrześcijaństwa.


Działo się to z największym natężeniem w pierwszej połowie XIII wieku, kiedy to katoliccy decydenci doszli do wniosku, że łatwiej i taniej będzie podbijać krainy nadbałtyckie, zamiast obrywać coraz większe cięgi od muzułmanów podczas krucjat bliskowschodnich.
Północne wyprawy krzyżowe pojawiały się w tym blogu niejednokrotnie; zachęcam do przypomnienia sobie wpisów objętych kategorią “krucjaty” .
Aż korci tutaj przywołanie trafnej obserwacji z szeregu historycznych zmagań futbolowych, gdzie, jak pamiętamy, wszyscy walczyli miedzy sobą, a na końcu i tak wygrywali Niemcy (których synonimem dla wielu, bez względu na obowiązującą akurat szkolną podstawę programową, są i będą Krzyżacy).
Warto dodać, że wygrywali wtedy, kiedy grali prawdziwie zespołowo, pod przywództwem świadomym celów zespołu i na rzecz tego celu pracującym (to skądinąd minimalne wymogi wygrywania, nie tylko w niemieckim wydaniu).
I tak niepostrzeżenie cofnęliśmy się o jakieś 800 lat, kiedy to uformowany ledwie ćwierć wieku wcześniej (w trakcie trzeciej krucjaty bliskowschodniej, w 1190 roku), Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, znany w Polsce jako Zakon Krzyżacki, podjął aktywność chrystianizacyjno – kolonizatorską na ziemiach pruskich, szybko stając się dominującym graczem w tej materii.
Twórcą potęgi Zakonu był jeden z gigantów europejskiej polityki początków trzynastego wieku, Herman von Salza – gość o niebywałej jak na ówczesne standardy komunikacyjne ruchliwości, talentach dyplomatycznych i precyzyjnie zaprogramowanej wizji swojej kariery jako Wielkiego Mistrza.


 Von Salza stawał na uszach, aby tworzone na podbitych pruskich ziemiach struktury kościelne były w jak największym stopniu powiązane ze sprzyjającym Krzyżakom stronnictwem cesarskim, co w dużej mierze się udało. Nieco odrębny, bardziej powiązany z papiestwem status uzyskała jedynie diecezja warmińska, której siedziba na kilka wieków ulokowała się w Lidzbarku Warmińskim , a która po niekorzystnie dla Zakonu zakończonej wojnie trzynastoletniej inkorporowana została do Korony Polskiej, pozostając w granicach Rzeczpospolitej aż do rozbiorów.
Świetnie zachowany zamek biskupi w Lidzbarku przypomina tę historię.


Podróż przez Warmię dostarcza widoków charakterystycznej dla południowobałtyckiego wybrzeża architektury gotyckiej, tak kościelnej, jak i świeckiej, utrzymanej w podobnej konwencji – niczym z katalogu projektów typowych.
Niemałe zdziwienie zatem wywołuje stojąca opodal szosy drewniana cerkiewka, przywodząca w pamięci te oglądane przed dwoma laty na Podkarpaciu

We wsi Godkowo, w której cerkiewka zaistniała zaledwie przed kilku laty, jest spora ilość mieszkańców przesiedlonych tu pod koniec lat czterdziestych XX wieku, w ramach niesławnej akcji “Wisła”, wyznawców grekokatolicyzmu (w niuansach związanych z relacjami poszczególnych chrześcijańskich “podwyznań” należy poruszać się ostrożnie, bo łatwo tu o błąd).
Zachęcam do kliknięcia na link przy nazwie Godkowo; autor opisu w Wikipedii zakreślił interesująco historię Warmii. Przypomniał choćby o przemarszach wojsk podczas wojen polsko – szwedzkich, wspominanych przez nas niedawno w artykułach o dynastii Wazów, czy też francuskich prących na Rosję i zmykających stamtąd w 1812 roku.
Równie ciekawym obiektem, łączącym wschodnie obrządki chrześcijańskie z krzyżacką historią jest używany obecnie jako cerkiew, także przez osiedlone w pobliżu ofiary akcji “Wisła”, kościół w żuławskim Żelichowie, leżący prawie “po drodze”.
Wkrótce zaś przedstawimy Czytelnikom krzyżacko – prawosławne wątki z nieco dalszych stron.

KURRRRRR landia

Świat spiskuje przeciwko Polsce, a przynajmniej przeciwko jej połowie.
Odwetowcy niemieccy, syjoniści izraelscy, imperialiści amerykańscy, tęczowa międzynarodówka, postkolonialni uciekinierzy, unici, holenderscy narkobiznesmeni, czescy ateiści, afgańscy talibowie, ukraińscy nacjonaliści, białoruscy łukaszenkowcy, litewscy rewanżyści i , naturalnie, szwedzkie popłuczyny popotopowe, a także – wymierające bałtyckie śledź i dorsz.
Do tej listy dołączyła ostatnio Łotwa, a właściwie – powiązana onegdaj ściśle z Rzeczpospolitą jej południowo zachodnia część, Kurlandia.

Kurlandzka szykana, polegająca na znacznym obniżeniu poziomu wody w rzekach, trafiła jednak nie w tę połowę Polski, która w każdej niedogodności wietrzy spisek. Znany już Państwu z poprzednich lat KKK (Klub Kochającyh Kajaki) pokonał uciążliwe nieco pola nenufarów i grążeli z uśmiechem i pieśnią na ustach, przepływając rzeki Engure, Rinda i Irbe od jeziora Usma do Bałtyku.


Dokładnie trzy lata temu relacjonowałem pokrótce spływ KKK inną łotewską rzeką, nieco bardziej na wschód płynącą Salacą.
Tegoroczne wrażenia były dość podobne, przepełnione ciszą, bezludnością i przyrodniczym bogactwem, ale ponadto – świadomością przebywania w sercu krainy, która przez dwa stulecia wymieniana była, obok Polski właściwej i Litwy, jako trzecia część składowa Rzeczpospolitej.


Księstwo Kurlandii i Semigalii stało się lennem Rzeczpospolitej w 1561 roku, gdy ostatni Wielki Mistrz inflanckiej gałęzi Zakonu Krzyżackiego (wcześniej – Kawalerów Mieczowych), Gotthard Kettler uznał, że taka zależność jest bardziej opłacalna niż podporządkowanie się rosnącej w siłę Moskwie.
Ponad dwieście lat trwała niezła passa tego regionu, znaczona rozwojem gospodarczym i kulturalnym, ale od czasu do czasu również – zawieruchami związanymi z wojnami północnymi, toczonymi z upodobaniem i zmiennym szczęściem poszczególnych ich uczestników między Rzeczpospolitą, Szwecją i Rosją. Ta ostatnia zwiększała stopniowo swoją przewagę i wpływy na terenach inflanckich, wieńcząc ten proces aneksją pod koniec osiemnastego wieku. Kurlandia była później dostarczycielką wykształconych kadr administracyjnych i wojskowych, noszących w związku z tym niemiecko brzmiące nazwiska, a urzędujących w znacznej liczbie w zaborze rosyjskim na ziemiach litewskich i polskich. 


Śladów cywilizacji trasa spływu zdecydowanie nam poskąpiła.
Deficyt ten udało się nadrobić, gdy w drodze powrotnej do domu zatrzymaliśmy się na dzień w Wilnie.
Miasto wypiękniało ostatnimi laty, ale jego topografia w zasadniczych zarysach pozostaje niezmienna.
Ciągle chcąc przejść z placu katedralnego do Ostrej Bramy trzeba minąć rozległą dzielnicę żydowską, zaś likwidacja polskiego bazarku za Ostrą Bramą nie pociągnęła za sobą likwidacji innych urokliwych zaułków w tamtym rejonie.
Ciągle też da się w wielu miejscach smakowicie pojeść i popić.
A także, mając trochę szczęścia, spotkać się i pogawędzić z jedną z ikon magicznego miasta – Szurką, z którą zetknęliśmy się już kiedyś na tych łamach (wprawdzie “łamy” odnoszą się do tekstu drukowanego, ale niech tak tu zostanie, bo nie wiem, jaki mógłby być odpowiednik w przypadku pisaniny elektrycznej).

 


Złożyło się (może z woli Allacha, może kogoś innego?), że podczas naszego oderwanego od cywilizacji spływania pribałtyjskimi rzekami, rozkręcała się na całego rozróba w Afganistanie. Łotwa i Litwa, z których wracaliśmy, zostały dotknięte “wstrzykiwaniem” im afgańskich uchodźców przez wąsatego bat’kę zza miedzy nieco wcześniej i z dużym trudem usiłują w cywilizowany sposób nad tym problemem zapanować.
Katolickie, acz nieustannie powstające z kolan, władze polskie, zmierzyły się z kłopotem czerpiąc garściami wskazówki z niewiadomego pochodzenia ewangelii, zalecającej wstrzymanie się od podania wody spragnionemu.
Zaprawdę, powiadam Wam, Polska Wojtyły przegrywa z Polską Dziwisza. Amen.

Dynastia (Wazowie 2)

Ten wpis zacznę, tak jak poprzedni, od wzmianki rocznicowej: mija właśnie 500 lat od zainstalowania na wieży katedry Wawelskiej dzwonu “Zygmunt”.
Był to czas jednego z wielkich europejskich przełomów, którego asumptem był w tym przypadku reformatorski ruch w łonie Kościoła, zainicjowany przez Martina Lutra.
Z jednej strony zatem – umacnianie katolicyzmu, czego materialną emanacją jest choćby krakowski dzwon, z drugiej – ożywczy prąd reformacji.
Europa stanęła u progu długoletnich wojen, w których motywacje religijne splatały się, jak zwykle, z tymi bardziej przyziemnymi.

Jednym z pierwszych starć, w których sprawa doktryny reformatorskiej odegrała znaczną rolę, była walka Szwedów o uniezależnienie się od Danii, w efekcie której zaistniała interesująca nas dynastia Wazów.
Epizody z nią związane przypominam nieco od końca, co do początku zaś (który, jak to się często zdarza w tym blogu, opiszę dokładniej później).
Dziś, w środku lata, napomknę jedynie o sławnym narciarskim biegu Wazów, do owego początku nawiązującym za sprawą Gustawa I Wazy, dziadka Gustawa II Adolfa, od którego przed miesiącem zaczęliśmy pobieżne wałkowanie poczynań szwedzko – polskiej dynastii.


Gustaw II Adolf był, jak się wcześniej rzekło, skandynawskim zabijaką pierwszej wody.
Strategiem, ale też dzielnym wojownikiem, osobiście wiodącym swoje wojska do walki.
Nieraz też zdarzyło mu się solidnie oberwać, jak podczas bitwy pod Tczewem w sierpniu 1627 roku, kiedy ciężko zraniła go kula polskiego muszkietera (kostucha dopadła króla kilka lat później, w jednej z większych bitew wojny trzydziestoletniej, pod Lützen).

Panowanie nad przeprawą przez mokradła w górnym biegu Motławy, pomiędzy Tczewem a Lubiszewem, kilka razy w dziejach było stawką zmagań między armiami prącymi w kierunku Gdańska, a tymi, które owo parcie usiłowały powstrzymać.
Wraże zamysły Gustawa II Adolfa zmierzały ku opanowaniu ujścia Wisły z Gdańskiem, aby przejąć kontrolę nad zyskami z działalności portu.
Między innymi dzięki skutecznej obronie przez polskie siły grobli pod Tczewem zamysł ten się nie powiódł, jednakże w finale tej fazy polsko – szwedzkich starć, podsumowanym rozejmem w Altmarku (1629), naszym północnym sąsiadom udało się wytargować niezły procencik od gdańskich ceł.


Rozejm w Starym Targu (czyli Altmarku) był w znacznej mierze inspirowany przez dyplomację francuską, dążącą do wciągnięcia Szwecji na pełną skalę do działań wojny trzydziestoletniej na terenach niemieckich.
Katolickiej Francji nie przeszkadzało sprzymierzenie się z protestanckimi państwami niemieckimi, oraz Szwecją, przeciwko katolickim Habsburgom, bo to ich w pierwszym rzędzie chciała osłabić.
Historia tych paneuropejskich zmagań (1618 – 1648) była zmorą klasówkową w czasach szkolnych zapewne dla większości Czytelników, podobnie jak dla mnie.
Oszczędzę zatem szczegółów, dzieląc się jedynie (nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz w tym blogu) uniwersalną refleksją o instrumentalnej roli religii we wszelkich zmaganiach o władzę.
Nie trzeba zresztą w tej sprawie sięgać daleko w przeszłość, wystarczy zajrzeć do aktualnej gazety aby dowiedzieć się, jak władca pewnego katolickiego kraju w środkowej Europie, przy wydajnej współpracy znacznej części katolickiej hierarchii, stara się wpychać ów kraj w orbitę wpływów sąsiedniego, prawosławnego mocarstwa.


Powyższe fotografie spoglądają poprzez stocznię i port gdański na północ, skąd onegdaj nadciągali szwedzcy najeźdźcy.
Zrobione są sprzed “Mlecznego Piotra”, jednej z enklaw życia artystycznego, wspaniale pleniącego się na terenach dawnej Stoczni im. Lenina (wcześniej – Stoczni Cesarskiej i Stoczni Schichaua).
Gdyby wejść na dach budynku, z pewnością dostrzegłoby się gdańską redę, na której wodach w listopadzie 1627 roku, niedługo po starciu tczewskim, rozegrała się morska potyczka zapamiętana w dziejach jako “bitwa pod Oliwą” .

 


Drodzy Czytelnicy!
Jak pewnie zauważyliście, od przeszło pięciu lat staram się przywoływać różne epizody z przeszłości z nadzieją, że może się to przydać Wam, jak i mnie samemu, do zrozumienia mechanizmu dziejów gatunku ludzkiego, a przez to – do nabrania potrzebnego dla zdrowia psychicznego dystansu do wydarzeń bieżących.
Jak dotychczas zamysł ten sprawdzał się jako tako, przynajmniej w odniesieniu do mnie.
Czuję wszelako, że wydarzenia lipca 2021 w Polsce, animowane przez “grupę trzymającą władzę”, zaczynają przekraczać granicę pozwalającą na ich bezemocjonalną obserwację i dobroduszne komentowanie.
Udaję się zatem do krain rzek i lasów – niedalekich wprawdzie, ale dających szansę na chwilowy oddech.
Wam również życzę dobrego odpoczynku przed, jak się wydaje, długim czasem zmagań o wysoką stawkę.