Ogórki

Lipiec. Czerwcowe upały przeszły do historii, nastało normalne deszczowate lato.

Od kiedy pamiętam, ten czas nazywano „sezonem ogórkowym”,  a określenie to obejmowało wszystkie sfery życia.
Jako że ogórki pojawiają się na stołach w przeróżnych formach – od mdławej mizerii, poprzez pożywną zupę, aż po pikantne korniszonki – to i sezon ogórkowy objawić potrafi mnogość smaków i wartości odżywczych.


  1. Co wydarzyło się pierwszego lipca, opowiem na samym końcu wpisu, tłumacząc jednocześnie przyjęcie odwrotnego szyku czasowego.
    Przedtem zaś wspomnę pokrótce o tem, co było potem, chociaż tak naprawdę dzieje się nieustannie od pewnego czasu.
    Mam na myśli haniebną agresję propagandową partii i rządu przeciwko Gdańskowi i jego mieszkańcom.
    Haniebną tym bardziej, że w pierwszym szeregu harcują funkcjonariusze stąd się wywodzący, a z woli „suwerena” obsadzeni na ważnych odcinkach frontu ideologicznego.
  2. Wakacje letnie są tradycyjnie czasem eksplozji wydarzeń kulturalnych, z których niektóre stanowią emanację chałturnictwa okazyjnego, zaś inne – okazję dla zaprezentowania prawdziwej sztuki prawdziwej publiczności, czasowo uwolnionej od trudów bytowania pozawakacyjnego. Tu należałoby rozpocząć wymienianie tego, co zapadło nam w pamięć, jak:
    – olsztyńskiej  wystawy instalacji Marii Milewicz, 
    – gdańskich koncertów starych pieśni irlandzkich w bazylice Mariackiej, interpretowanych przez ensamble pod wodzą Mai Wiśniewskiej, czy
    – uroczych produkcji kameralistyki hiszpańskiej w oliwskiej Dolinie Radości, 
    – najwyższej klasy pokazów o charakterze quasi cyrkowym w ramach festiwalu teatrów ulicznych Feta,
    – nowych murali na stacji kolei metropolitalnej, przedstawiających kobiety „Solidarności” (tej prawdziwej),
    – znakomitych prezentacji malarstwa bliskowschodnich artystów w Pałacu Opatów w Oliwie,
    – koncertów w ramach „Festiwalu Legend Rocka” w Dolinie Charlotty,
    – filmowych projekcji na dachu Teatru Szekspirowskiego,
    oraz setki wszelakich imprez, których zwyczajnie nie sposób „obskoczyć” –
    to właśnie kulturalne lato.
  3.  Obóz wielorodzinny nad jeziorem Gołuń, o którym wspominam każdego lipca lub sierpnia, a który co roku cieszy się rosnącą wraz z przyrostem naturalnym liczbą uczestników

A teraz o  pierwszym dniu lipca: w cyklicznych spotkaniach literacko – konsumpcyjnych u Anki P. zagościły  „Dzienniki” Gombrowicza, dzieło o powalających walorach poznawczo – językowych, które muszą skłonić każdego adepta pióra czy klawiatury do głębokiej refleksji nad sensem swoich poczynań w branży pisarskiej. Taka refleksja pojawiła się także u mnie, stąd postanowienie o przeniesieniu wzmianki pierwszolipcowej na koniec miesiąca, żeby wcześniej cokolwiek Czytelnikom przekazać.
Gombrowiczowe mocowanie się z talią dylematów myślącego inteligenta, w dodatku emigranta, stającego wobec zakorzenionych paradygmatów polskości, którym przeciwstawia paradygmat humanizmu.
Krótko mówiąc – zestaw indywidualnych cech jednostek, kształtujących społeczeństwo w modelu będącym wypadkową tych cech i aspiracji ich nosicieli, w kontrze do zastąpienia sumy rozumów – nie do końca rozumnemu podporządkowaniu tych rozumów ideom narzucanym przez interesownych krzewicieli.
Czytając wypocone powyżej zdanie, utwierdzam się w przekonaniu, że po Gombrowiczu nie powinno się próbować pisać o tak poważnych sprawach tym bardziej, że jego ogląd problemów jest w pełni aktualny mimo przypadającego właśnie półwiecza opuszczenia przezeń ziemskiego padołu.
Oddaję zatem pole Mistrzowi, wyjmując z „Dziennika”  jeden z niezliczonych godnych cytowania akapitów:

„…czy, gdyby wam powiedziano, że aby pozostać Polakami musicie zrezygnować z części tej waszej ludzkiej wartości, to znaczy, że będziecie mogli być Polakami tylko pod warunkiem iż staniecie się gorsi, jako ludzie – nieco mniej zdolni, mniej rozumni, mniej szlachetni – czy zgodzilibyście się na takie poświęcenie dla utrzymania Polski?
Ci z was, których nauczono umierać odpowiedzą twierdząco.
Jednakże przygniatająca większość odpowie, że taki dylemat nie może w ogóle powstać, gdyż Polska jest nieodzownym warunkiem tych cnót, a Polak bez Polski nie może być pełnym człowiekiem.
Ale taką odpowiedź nazwę eskapizmem w najklasyczniejszym stylu, oto tu ją macie tę odpowiedź tchórza, który boi się rzeczywistości.
Gdyż wartości, o których mowa, mają charakter absolutny i nie mogą być uzależnione od niczego – ten kto mówi, że tylko Polska może zapewnić mu rozum lub szlachetność rezygnuje z własnego rozumu, z własnej szlachetności.”

 

Niełatwo czytać, przemyśliwać i wyciągać wnioski z takich tekstów, ale próbować należy.
Po powrocie z różnych wodnych eskapad spróbuję, mimo zasygnalizowanych wyżej wątpliwości, podzielić się kolejnymi wrażeniami, wracając do motywów Północnego Sąsiedztwa.


 

Towarzysze

Tytuł wpisu mógłby sugerować cytaty z przemówień przywódców z niemiłej przeszłości, a może też (oby nie!) z niedalekiej przyszłości.
Może też nasuwać na myśl, powiedzmy, towarzyszy broni, towarzyszy niedoli, towarzyszy partyjnych (o nich wspomnę jeszcze niżej), towarzyszy pracy, czy towarzyszy polowań. Główny motyw jest jednak inny.


Na myśli mam bowiem w pierwszym rzędzie towarzyszy podróży, których wielu zdarzyło się mieć na przestrzeni lat i zakątków świata.
Próbuję przypomnieć sobie wszystkich – to trudne – ale z pewnością mogę powiedzieć, że nie zdarzyło mi się trafić na nikogo, kto pozostawiłby złe wspomnienie. Nie wiem, jak to wygląda z drugiej strony w spojrzeniu na mnie, ale ja zawsze miałem szczęście, zawsze trafiałem na Ludzi. Nawet nieliczne samotne podróże sprawiały mi przyjemność, chociaż to ciut nieskromne stwierdzenie.
Najczęściej oczywiście podróżujemy z Żonną, i bez względu na to, czy jesteśmy na dalekiej wyspie, czy pod Żukowem – ciągle mamy chęć wybrać się gdzieś znowu razem.
Jak wspomniałem, trudno byłoby wyliczyć wszystkich, z którymi gdzieś się wędrowało, ale wszystkim jestem winien wdzięczność i wyrazy sympatii.
Ci, o których myślę i którzy to czytają, wiedzą, że te ciepłe słowa są do nich skierowane.


Muszę jednak zrobić uzasadniony wyjątek i wymienić dwie Osoby – jedną Parę.
Od lat miewamy przywilej zwiedzania różnych bliższych i dalszych stron razem z Marzeną i Januszem. Przebyliśmy wspólnie sporo mil i to nas łączy.
Łączy nas też przyjaźń, no i to, że dzięki ich medycznej fachowości w ogóle może być mowa o naszych wspólnych podróżach.
Mija właśnie rocznica z zerem na końcu, odkąd ci nasi Towarzysze wędrują w mał-żeńskim stadle, więc akapit ten można uznać za okolicznościowy, gratulacyjno – dziękczynny.


Gdańsk był w ostatnich dniach centrum obchodów trzydziestej rocznicy wyborów 4 czerwca. Zjawiły się dziesiątki tysięcy ludzi świadomych tego, że ów obarczony wieloma niedoskonałościami akt, stanowił jednak epokowy przełom w historii kraju. Setki spotkań i imprez wokół Europejskiego Centrum Solidarności, na Długim Targu i w innych punktach miasta (tak jak w wielu innych miejscach w Polsce) były dla ich uczestników areną dla okazania satysfakcji z tego, co udało się zrobić, ale przede wszystkim – demonstracją przywiązania do wolności, w każdym rozumieniu tego słowa. Panowała radość, życzliwość i uśmiech.


W przeddzień kulminacji obchodów do Gdańska pofatygował się tow. premier z liczną obstawą, oraz mniej lub bardziej zamierzoną intencją obrażenia mieszkańców poprzez zlekceważenie zaproszenia gospodyni miasta do spotkania i rozmowy. Delegacja partyjno – rządowa ominęła wzrokiem świętujące obok tłumy ludzi i rychło wyjechała, pozostawiając na opustoszałym z wrażenia placu Solidarności kilka wiązek z dedykacjami od co ważniejszych towarzyszy.

Jak wyjaśniono, powodem przyjazdu ekipy w ciemnych limuzynach do historycznej stoczniowej sali BHP w Gdańsku była przypadająca równolegle rocznica pobytu papieża Jana Pawła Drugiego w Częstochowie. Może nawet słusznie, bo rola papieża Wojtyły w ciągu zdarzeń prowadzących do wyborów 4 czerwca była ogromna, ale z drugiej strony – dziejące się ostatnio nadużywanie i rozmienianie na drobne pamięci tej wybitnej postaci musi budzić sprzeciw. Skądinąd jednak sam się do tego pośrednio przyczynił, będąc głównym animatorem polsko – watykańskiego konkordatu.
Owo szkodliwe przeplatanie się sfery publicznej z religijną widać na każdym kroku, począwszy od szacownego kompleksu sejmowo – senackiego w Warszawie, który mieliśmy możność zwiedzić dzięki zaproszeniu posłanki Małgorzaty Ch., pomorskiej parlamentarzystki, łączącej w sobie najlepsze cechy zarówno Mał-gorzaty, jak i Mistrza (na zdjęciu obok – poselska dłoń w trakcie prezentacji makiety nieruchomości parlamentarnej przy Wiejskiej w Warszawie).
Wspomnę, że przed laty Mał-gosia bywała nam dobrą towarzyszką zwariowanych podróży, a przed kilku dniami – zechciała być inicjatorką i przewodniczką naszej niezwykłej eskapady do „tu i teraz”.
Spędziliśmy w parlamencie jeden dzień, korzystając też z noclegów w przywołującym dawne, PRL-owskie klimaty, Domu Poselskim.
Okoliczność ta pozwoliła nam zerknąć za kulisy teatru, którego scenę zdarza się oglądać w medialnych przekazach (sposobność szczególna zwłaszcza dla unikają-cych kontaktu z ekranem telewizyjnym).
Obiektyw kamery ma właściwość przekazywania obrazu w sposób dający złudzenie większej przestrzeni i szerszej perspektywy, niż to jest w rzeczywistości (wie to każdy, kto mógł porównać na przykład mecz piłkarski oglądany na stadionie z tym transmitowanym w telewizji). Także obraz pomieszczeń Sejmu jest w naturze bardziej kameralny niż na ekranie; wszystko jest jakoś bliżej.
Można na wyciągnięcie ręki, czy to na sali plenarnej, czy w sejmowej restauracji lub barze, mieć plejadę znakomitości uwijających się w ostatnich latach przy „dobrej zmianie” szkolnictwa, obronności, sądownictwa lub kultury.

Można podziwiać sprawność Marszałka Sejmu, dyrygującego odrzucaniem wszelkich wniosków opozycji w kilkunastosekundowych sekwencjach i przeglosowywaniem w równie szybkim tempie mniej lub bardziej udatnie spisanych Myśli Wiadomo Kogo. Ukaz uchwalon, wydrukowan i wdrożon. 

Można, a nawet należy, być pod wrażeniem umundurowania i wytrenowanej musztry Straży Marszałkowskiej, która nie skąpi oddawania honorów nawet najskromniejszym z mijających ją osób.

Nie sposób pominąć też milczeniem wrażenia, jakie robi bateria kamer telewizyjnych, przekazujących światu szerszy niż w naturze obraz, uzupełniony błyskotliwymi wypowiedziami polityków, oraz opatrzony stosownymi do struktury właścicielskiej kamer, komentarzami.

Co rusz trafia się też na bardziej przytulne, niż to widać na ekranach, elementy wizualne, czy też zakątki będące, na przykład, siedliskami groźnych komisji śledczych.


Towarzysze partyjni – termin dość smętnie kojarzący się z niezbyt twórczą, drobnokoniunkturalną społecznością, zgromadzoną w organizacjach politycznych zarządzanych autorytarnie przez osobników o skłonnościach wodzowskich po to, aby wodzów wspierać mową i uczynkiem (myślą, zwłaszcza wolną, już niekoniecznie).
W parlamencie grupują się ich setki; pełnią mniej lub bardziej ważne funkcje, ale ich mentalność czyni z nich wyłącznie wykonawców woli Ścisłego Kierownictwa.
Wkrótce będzie okazja do zmniejszenia ich liczebności w parlamencie – trzeba z tej sposobności skorzystać!

 

 

 


 

Dynastia (Habsburgowie 3)

 

Imperia upadają najczęściej wraz z monarszymi dynastiami, które trzęsły nimi przez wieki. Świadkiem i komentatorem ostatecznego upadku monarchii habsburskiej był dzielny wojak Szwejk, do dziś pykający fajkę na ławeczce w Sanoku, gdzie ma za sobą sklep z damską bielizną, a w polu widzenia – budynek dawnego zamtuza. Z przybytku tego polecono mu pilnie wyciągnąć bawiącego tam z wizytą u panny Elly porucznika Duba, w związku z mającą nastąpić dyslokacją cesarsko – królewskich oddziałów.
Działo się to w pierwszych miesiącach Wielkiej Wojny, na przełomie 1914 i 1915 roku, gdy we Wschodniej Galicji falował front zmagań rosyjskiej armii dynastii Romanowów z austriacko – wę-gierską armią Habsburgów, wspomaganą przez pruską armię Hohenzollernów. Do wszystkich tych armii imperatorzy byli uprzejmi wcielić wojaków wywodzących się z podbitych wcześniej narodów, więc na przykład Polacy poddani Romanowom strzelali do Polaków poddanych Habsburgom i na odwrót. Czechom przypadło strzelanie jedynie w imieniu tych ostatnich, stąd obecność Szwejka i jego towarzyszy z nieśmiertelnej powieści Haška na galicyjskim froncie, głównie w obronie lub odbijaniu z rosyjskich rąk strategicznej twierdzy Przemyśl.


Czytelnicy zorientowali się już najpewniej, że rzuciło nas w południowo – wschodni zakątek Polski, w malownicze podbieszczadzkie rejony… no właśnie, aby uniknąć zagłę-biania się w ludnościowo – historyczne zawiłości, nazwijmy je … rusińskimi. Termin ten bez większego błędu identyfikuje między innymi etniczne grupy Łemków, Bojków, czy Dolinian, przez wieki siedzących gdzieś między Rzeszowem, Lwowem i Preszowem, a więc głównie w rejonie Galicji, podporządkowanym monarchii habsburskiej już od pierwszego rozbioru Polski w 1772 roku. Nacje te zniknęły praktycznie ze swojej małej ojczyzny w wyniku solidarnych działań władz sowieckich i PRL-owskich po drugiej wojnie światowej, poddane wywózkom na tereny ukraińskie, bądź obecne polskie Ziemie Zachodnie. Pozostały tu i ówdzie piękne stare cerkiewki, w większości przejęte przez kościół katolicki, oraz relikty ludowego budownictwa zgromadzone w efektownym skansenie w Sanoku.

Zniknęła też całkowicie jeszcze jedna nacja, mianowicie Żydzi, którzy przed wojną stanowili nawet ponad połowę ludności galicyjskich miasteczek. Pozostały opuszczone cmentarze (kirkuty), czasem synagogi – jak te w Lesku

Podobno część Żydów przywędrowała w okolice Leska na początku XVI wieku z Hiszpanii, kiedy to zostali wyproszeni przez Królów Katolickich i następujących po nich hiszpańskich Habsburgów – byli to zatem Żydzi sefardyjscy (których zdecydowana większość osiadła wówczas na Bałkanach). Jedynego noszą-cego się na żydowską modłę osobnika spotkaliśmy we wspomnianym skansenie w Sanoku. 

Śladów po Rusinach czy Żydach szukać zatem trzeba na opuszczonych cmentarzach, albo w placówkach muzealnych.


Dzisiejsi mieszkańcy Leska szczycą się zaś piękną fontanną, upamiętniającą mistrzostwa świata w wędkarstwie muchowym, jak też stanowiącym jej tło sklepem z męską odzieżą patriotyczną o nazwie „Dumna Polska”. (fot.Jurek D.)

Nie próbujcie się doszukiwać żadnej symboliki w tym zestawieniu; jest jak jest.
Ten odległy kraniec naszej ojczyzny widział w swoich dziejach wiele, choćby to, co Szwejk, który przechodząc przez usiane płytkimi grobami żołnierskimi pole niedawnych walk, gdzie „karabiny maszynowe skosiły całe bataliony”, zauważył: „Tutaj po wojnie będą bardzo dobre urodzaje – nie trzeba będzie kupować żadnych mączek kostnych. Dla rolnika jest to rzeczą bardzo korzystną, gdy na polu spróchnieje cały pułk.”
Zaiste, „Przygody dzielnego wojaka Szwejka” powinny stać się obowiązkową lekturą w procesie reedukacji wszystkich potencjalnych „dzielnych wojaków”.

Pozostając jeszcze przy refleksjach wojenno – pokojowych, to jednym z ich technologicznych wskaźników jest naprzemienna, stosownie do aktualnych potrzeb, przetapialność dzwonów na armaty lub armat na dzwony. Od dłuższego czasu mamy szczęście żyć w tym drugim cyklu, zatem działająca w Przemyślu, mająca przeszło dwustuletnią tradycję, ludwisarnia (odlewnia dzwonów) rodziny Felczyńskich, pracuje bez ograniczeń materiałowych (natomiast zmaga się z niedoborem personelu). Trafiliśmy nie bez trudu do tej niewielkiej, skrytej w peryferyjnej uliczce Przemyśla manufaktury, ale było warto. Sympatyczny majster nie szczędził wyjaśnień co do odwiecznych tajników sztuki ludwisarskiej, budzących podziw w epoce całkiem innych technologii, i ciągle dających wyroby o niedoścignionych walorach akustycznych i estetycznych.

Dziełem ludwisarni jest też pławiący się w fontannie niedźwiedź, symbol Przemyśla, oraz, być może, kolejny w tamtych stronach,
obok sanockiego, posążek Szwejka (tym razem na skrzynce amunicyjnej i z pieskiem – obiektem zawodowej aktywności Wojaka w czasach pokojowych)


Wróćmy do Sanoka, miejsca docelowego wycieczki szóstki życzliwych sobie prykariuszy, z których piątka starała się dzielić fascynację i zachwyt Wieśka nad największą na świecie kolekcją dzieł Zdzisława Beksińskiego, starannie wyeksponowaną w miejscowym Muzeum Historycznym. Twórczość Beksińskiego nie pozostawia nikogo obojętnym, a jego warsztat budzi uznanie i podziw.
Mająca siedzibę w Zamku Królewskim placówka prezentuje też świetną stałą wystawę ikon, a także – niezły dział archeologiczny.

Sam Zamek ma ciekawą i bogatą historię; animatorką jego przebudowy w stylu renesansowym była królowa Bona, nasza znajoma z kilku wcześniejszych wpisów w tym blogu.
W ubiegłym miesiącu wspominałem o nie najszczęśliwszej, bo zakończonej śmiercią zadaną jej najpewniej z inspiracji króla Filipa II, relacji naszej królowej z domem Habsburgów. Pewnie za takie złe uczynki, jak też z powodu koligacenia się z bliskimi krewnymi, Habsburgowie hiszpańscy zostali pokarani bezpotomną śmiercią króla Karola II w 1700 roku, kończącą ich iberyjską karierę na rzecz Burbonów (zapomniałem o tym napomknąć w poprzednim artykule).
Ciekawy, raczej legendarny epizod tych relacji, związany dodatkowo ze wspominanym tu rejonem Galicji, mówi o podarowaniu przez Bonę cesarzowi Karolowi V Habsburgowi (ojcu Filipa II) pary pochodzących stąd karłów, Kasi i Kornelka, których przymuszono tym sposobem do urozmaicania cesarskiego orszaku, a którzy dokonali żywota w Galicji hiszpańskiej (obie Galicje – nasza i hiszpańska, wywodzą swą nazwę od Galów – Celtów, którzy byli i tu i tam).


Nie trzeba dodawać, że Podkarpacie obfituje w znakomite zabytki katolickiego budownictwa sakralnego, na czele z połączonymi turystycznym szlakiem kilkunastoma drewnianymi kościółkami , z których kilka przedstawiła na szkicach znana Autorka:Godzi się wspomnieć w tej kategorii także o Przeworsku, w którym stoi sławny obronny zespół klasztorny Bożogrobców z piękną bazyliką, a którego fotografia wyszła kiepsko z powodu ulewy. W tymże zacnym grodzie odnotowaliśmy istnienie knajpy, w której można się rozgrzać należycie zestawionym „wściekłym psem”, jak też tematycznego sklepu z całkiem nie tematyczną wystawą.

Najbardziej wszakże intrygująca dla mnie była (dla „magii miejsca” wyłącznie) wizyta w Przeworsku z uwagi na funkcjonujące w terminologii archeologicznej określenie „kultura przeworska” .
Wywodzące się od nazwy miasta (chociaż najważniejsze związane z kulturą przeworską wykopaliska miały miejsce w pobliskiej wsi Gać) uszeregowanie, pozwala ją łączyć, według wielu znawców, także z przejściowym pobytem w tych okolicach wędrujących w III wieku z Pomorza ku ujściu Dunaju Gotów, o których wielokrotnie wspominałem w tym blogu.


Nasza krótka podróż galicyjska miała swój początek i koniec na rzeszowskim dworcu kolejowym. Rzeszów jest , podobnie jak cały region, miłym, czystym, pełnym przyjaznych ludzi i dobrze karmiącym miejscem.
W leżącej naprzeciwko dworca knajpie „Capella” zjadłem Wiener Schnitzel w tak dobrym wydaniu, że nawet Najjaśniejszy Pan byłby chyba usatysfakcjonowany. Świadczy to o trwałości niektórych osiągnięć monarchii habsburskiej na terenach galicyjskich, mimo upływu wieku od zmierzchu dynastii. 


 

 

 

Dynastia (Habsburgowie 2)


Dynastyczna saga Habsburgów, która jest motywem przewodnim trzech kolejnych artykułów w tym blogu, nie zaistniałaby zapewne (podobnie jak ogromna większość systemów władzy w historii ludzkości) bez symbiozy tronu i ołtarza, bez przenikania się i wzajemnego wspierania interesów władzy religijnej i świeckiej. Obojętne, czy na czele jednej stali imamowie, najwyżsi kapłani, rabini, papieże, biskupi, ojcowie dyrektorzy, zaś na czele drugiej – cesarze, faraonowie, królowie, prezydenci lub prezesi; jedni byli niezbędni drugim dla wzmacniania władzy i bogactwa, bo dobrze, aby lud kojarzył władzę ze świętością, a świętość z władzą.
Na znacznych połaciach globu dzieje się tak ciągle, zaś próby racjonalnego rozdzielania sfer sacrum i profanum we współczesnych społeczeństwach spotykają się często z oporem elit obu ośrodków władzy, zainteresowanych utrzymaniem stanu rzeczy.

Nawet jednak w laicyzujących się społeczeństwach żywe są odwieczne tradycje, mające źródło w celebracjach religijnych.
Dzieje się tak choćby w Hiszpanii, w trakcie Semana Santa, czyli Wielkiego (dosłownie: Świętego) Tygodnia,
Media często relacjonują jego obchody w wielkich miastach, intrygując obrazami tysięcy zakapturzonych postaci kroczących w procesjach. Ciekawie jest jednak zakosztować religijno – historycznego folkloru na prowincji, z dala od tłumów turystów.
Jeśli dopisze pogoda, z każdego kościoła przez cały Wielki Tydzień ruszają pochody w ordynku ustalonym od wieków i kultywowanym, oraz pilnie trenowanym przez religijne bractwa.

Jeśli leje, można jedynie we wnętrzach świątyń podziwiać ozdabiane tysiącami kwiatów, wielotonowe platformy z naturalnej wielkości rzeźbami obrazującymi sceny nowotestamentowe, noszone w ulicznych procesjach przez kilkudziesięciu, a czasem kilkuset, posuwających się miarowym, powolnym krokiem męż-czyzn.
Na te mobilne sceny, zwane „pasos”, składają się figury będące wysokiej klasy dziełami sztuki rzeźbiarskiej, często jeszcze średniowiecznej, stąd troska o ich ochronę przed deszczem. Każde bractwo ma naturalnie swoją orkiestrę dęto – perkusyjną,  więc procesje (oprócz wielkoczwartkowej procesji milczenia) posuwają się w takt rytmicznej, lecz dostojnej, muzyki.

Zdarzają się wszakże lokalne odstępstwa, takie jak wielkoczwartkowa nocna „tamborada” w miasteczku Hellin, która przypomina raczej fiestę, niż czas pasyjnego skupienia. Każdy z ponad dwudziestotysięcznej społeczności, nie wyłączając małych dzieci, przywdziewa o północy ciemną tunikę  i zaopatrzony w większy lub mniejszy bęben przemierza ulice,  wzniecając rytmiczny hałas.

Chodzą pojedynczo, grupami, mniej sprawni jeżdżą na wózkach, mijają się we wszystkich kierunkach i bębnią do czwartej rano, z krótkimi przerwami na szklankę piwa w jednym z licznych punktów regeneracyjnych, wystawianych przed knajpami. Miasto szczyci się tym obyczajem, który dostąpił nawet honoru umieszczenia go na liście dziedzictwa Unesco.

Tutaj nieco światła (mimo ciemności) i dźwięku z „tamborady” w Hellin – kliknij!


Mrówcza praca kolejnych pokoleń rodu Habsburgów, skutkująca systematycznym poszerzaniem ich władztwa, osiągnęła apogeum efektu na przełomie XV i XVI wieku.
Podboje i mariaże międzydynastyczne doprowadziły do sytuacji, w której nad ich imperium  „nigdy nie zachodziło słońce”.

Stało się tak, mówiąc w ogromnym skrócie i uproszczeniu, dzięki aranżacji w 1496 roku małżeństwa księcia Burgundii Filipa Habsburga, (syna cesarza Maksymiliana I ), z Joanną Kastylijską (zwaną często Szaloną), córką tzw. Królów Katolickich, czyli Izabeli Kastylijskiej i Ferdynanda Aragońskiego .
Owocem mariażu był między innymi Karol, którego kariera już w młodzieńczym wieku (zatem właściwie jeszcze jako Karolka)  zwieńczona została tytułami króla Hiszpanii (jako Karola I) i cesarza rzymskiego (jako Karola V). Zróżnicowana numeracja Karolów wynikała, jak to się często działo w „zmonarchizowanym” świecie, z następstwa imion władców konkretnych ziem.
Poza finalizacją starań jego katolickich dziadków o zjednoczenie pod jednym berłem ziem hiszpańskich, Karol wsparł podbój przez Corteza i Pizarra królestw Azteków i Inków w odkrytej nieco wcześniej przez Kolumba Ameryce.
Był też protektorem historycznej (również dlatego, że stała się asumptem do podjęcia pisaniny na tym blogu) dookołaziemskiej wyprawy, podjętej w 1519 roku (mija właśnie 500 lat) przez Magellana .
Dynastia podzieliła się w tym czasie na gałąź austro-węgierską, zawiadującą większością Europy Środkowej, oraz hiszpańską, która panowała – oprócz półwyspu Iberyjskiego – nad południowymi Włochami, Niderlandami, przez krótko nawet Anglią, a nade wszystko – posiadłościami w Ameryce i Azji, z których zasysała niebywałe bogactwa.
(mapa imperium Karola V skopiowana z es.slideshare.net)


Nie powinno zabraknąć akcentu polskiego, więc napomknę tylko o naszej królowej Bonie (byliśmy przy jej grobie w Bari), która najpewniej została otruta na polecenie Filipa II, syna i następcy Karola I na tronie hiszpańskim, w związku z niejasną i zawiłą historią prowadzącą do polskich roszczeń wobec Habsburgów o tzw. „sumy neapolitańskie” .
Już choćby ten ponury epizod historii  (uwieczniony zresztą przez Jana Matejkę), powinien wystarczyć, aby Habsburgowie skończyli marnie. Stało się tak wszelako dopiero po trzystu sześćdziesięciu latach od śmierci Bony, o czym będziecie mogli poczytać w majowym odcinku naszej „Dynastii”.

Dynastia (Habsburgowie 1)

Punktem wyjścia dotychczasowych wpisów w tym blogu były najczęściej wrażenia z miejsc, które udało się odwiedzić – w realu, bądź wirtualnie.  Staram się łączyć owe miejsca z wybranymi ciekawostkami historycznymi, a także – z ludźmi (w liczbie pojedynczej lub mnogiej), którzy tę historię kształtowali. 
Od zawsze w społecznościach funkcjonowali liderzy, obdarzeni ponadprzeciętnym zestawem cech umysłowych i fizycznych, które katalizowane przez równie ponadprzeciętną wolę władzy, pozwalały im zyskiwać ponadprzeciętny wpływ na bieg dziejów.
Umacnianie, poszerzanie i przekazywanie zdobytej władzy i potęgi wymagało zaś pomocy i współpracy innych, najlepiej spokrewnionych, ludzi. I tak w polityce, biznesie, czy działalności mafijnej, wielką rolę odgrywa rodzina Szefa, spośród której rekrutują się jego następcy.
W ten sposób tworzy się dynastia.
Oczywiście układy dynastyczne to nie zawsze sielanka; ostre kłótnie w rodzinie, wojny między krewniakami, a nawet potajemne nagrywanie ważnych rozmów, to rzeczy nie wywołujące zdziwienia.


Zacznijmy zatem naszą relację od wzmianki o jednej z najważ-niejszych dynastii w historii nowożytnej Europy, mianowicie Habsburgach, a potem wyruszymy „w teren”. Uosobieniem dynastii jest dla Europy (w tym też południowej Polski, gdzie miłościwie panował jako oświecony zaborca) cesarz Franciszek Józef I (i ostatni), który spędził na tronie CK monarchii  prawie siedem dekad, kończąc żywot w połowie zmagań I Wojny Światowej, której był istotnym współautorem. Poddani na ogół czcili i szanowali długowiecznego monarchę, czego dowodem były uczynki w rodzaju usunię-cia jego portretu ze ściany praskiej knajpy „U Kalicha” przez jej właściciela Palivca w obawie, że muchy mogłyby upstrzyć Najjaśniejszego Pana. Zrelacjonowane to zostało, jak pamiętamy, w „Przygodach Dzielnego Wojaka Szwejka”, z którym to bohaterem wojennym będziemy się jeszcze spotykać.
Monarchia Habsburska przeżyła Franciszka Józefa ledwie o dwa lata, kończąc swą ponad sześćsetletnią królewską i cesarską karierę po przegranej Wielkiej Wojnie, w 1918 roku, zaś efektowne nagromadzenie ponad setki grobowców członków rodziny z ostatnich trzystu przeszło lat można obejrzeć w krypcie cesarskiej wiedeńskiego kościoła Kapucynów, ku refleksji historycznej, jak też estetycznej, bo większość sarkofagów to dużej klasy dzieła sztuki.


Wiele jest w obiegowym języku określeń, zawierających przymiotnik „wiedeński”, a większość z nich ma bardziej lub mniej bezpośredni związek z austriackimi Habsburgami (austriackimi, bo inne gałęzie dynastii operowały w różnych stronach Europy i świata, o czym po trochu później wspomnę).
Nie zagłębiając się w detale z dziedziny muzycznej (wiedeńskie walce, „Wiedeńskie kobietki”, „Wiedeńska krew”), czy też gastronomicznej (wiedeńskie sznycle, wiedeńskie kawiarnie), poświęćmy chwilę uwagi temu, co poniżej:

  • Wiedeńska wiktoria – wydarzenie od ponad trzech wieków słusznie będące jedną z kilku najważniejszych łechtaczek polskiej dumy narodowej, oraz podwalin polskiej tożsamości. Zwycięska dla dowodzonych przez króla Sobieskiego wojsk chrześcijańskich bitwa, z decydującym udziałem polskiej husarii, była przełomowym momentem w wysiłkach zmierzających do zatrzymania tureckiej ekspansji w Europie.
    Stała się też odskocznią do ugruntowania potęgi Habsburgów, którzy (cesarz Leopold I) w pragmatyczny i pozbawiony sentymentów, będący owocem wielusetletniego doświadczenia politycznego dynastii, sposób – wykorzystali wysiłek sojuszników, kwitując go zdawkowym skinieniem cesarskiej głowy.
    Trwa to zresztą nadal, mimo iż Habsburgowie już od stu lat są na aucie; na wzgórzu Kahlenberg, skąd Sobieski dowodził bitwą, widać jedynie cokół jego pomnika, który jakoś od dawna nie może tam stanąć. Stoi natomiast efektowny pomnik ukraińskich kozaków, których ledwie ponad setka wzięła udział w wiedeńskiej bitwie.

    Najnowszy epizod związany z wiedeńską wiktorią: jeden z waż-nych dowódców batalii, jak też innych zmagań Rzeczpospolitej z tureckimi i tatarskimi muzułmańskimi najeźdźcami, hetman Feliks Kazimierz Potocki , został ostatnio „wyróżniony” przez zamachowca na meczety w nowozelandzkim Christchurch jako jeden z godnych naśladowania pogromców islamu, poprzez wypisanie jego nazwiska na broni użytej do zamordowania pięćdziesięciu osób.

  •  Wiedeńska siedziba Krzyżaków – to miejsce interesujące z uwagi na (niejednokrotnie wspominane także w tym blogu) ścisłe historyczne związki Zakonu z Polską, zwłaszcza jej północnymi rejonami. Chciałoby się więc powiedzieć że to kolejne po Kahlenbergu wiedeńskie polonicum, gdyby nie fakt, że Zakon nazywał i nazywa się „niemieckim”.
    Wielki Mistrz osiadł w Wiedniu dzięki …Napoleonowi, który zdecydował o pozostawieniu katolickiej części Zakonu pod opieką i w dyspozycji Habsburgów.
    Można zatem w sąsiadującym z katedrą św. Stefana wiedeńskim kościółku św.Elżbiety znaleźć liczne ciekawe ślady krzyżackiej aktywności, łącznie z herbami wielkich mistrzów od najwcześniejszych czasów istnienia Zakonu.
  •  Wiedeński modernizm był, obok modernizmu paryskiego i monachijskiego, najważniejszy dla rozkwitu nowych prądów w architekturze i sztukach plastycznych na przełomie XIX i XX wieku.
    Zanim przedstawię kilka spostrzeżeń na jego temat przypomnę, że stolica habsburskiego imperium stała się jedną ze światowych stolic sztuk wszelakich od czasów cesarzowej Marii Teresy , przez wielu uważaną za najwybitniejszą przedstawicielkę dynastii Habsburgów, między innymi dla skutecznego mecenatu prądów oświeceniowych z jej strony. To za jej czasów doprowadzony został do świetności, którą ciągle można podziwiać, pałac Schönbrunn.

    Wnuk Marii Teresy, ów wspomniany wyżej długowieczny Franz Joseph, korzystając ze względnego spokoju i dobrej koniunktury końca XIX wieku zainicjował, obok pewnych reform ustrojowych, także dzieło gruntownej modernizacji Wiednia. Kazał wyburzyć miejskie mury i niemal od nowa stworzyć układ urbanistyczny miasta. Jednym z głównych wykonawców jego woli był wybitny architekt Otto Wagner, który poza koncepcją planu miasta, pozostawił po sobie kilka ciekawych obiektów.
    Mniej znany, a wart rzucenia okiem, jest (nieco przypominający układem i kształtem pawilonów pierwotne założenie gdańskiej Akademii Medycznej, tylko większy i zwieńczony charakterystyczną bryłą kościoła) zespół szpitalny Steinhof. Nowoczesny na owe czasy kompleks ma skądinąd za sobą ponurą historię nazistowskich eksperymentów związanych z „czystością rasy”, oraz eutanazji.

    Także w bok od turystycznych szlaków leży willa, zbudowana przez Wagnera na potrzeby rodziny, z czasem popadająca w ruinę, lecz uratowana i wzbogacona niezwykłym wystrojem, a w końcu przekształcona w muzeum przez Ernsta Fuchsa, artystę o prawie wiek młodszego (zatem zdecydowanie pohabsburskiego) od jej budowniczego. Obiekt jest na tyle „odlotowy”, że zilustruję go nieco większą ilością zdjęć, zachęcając też do jego odwiedzenia, jeśli komuś zdarzy się zawitać nad Dunaj.

    Otto Wagner był członkiem Wiedeńskiej Secesji – stowarzyszenia artystów skupionych wokół Gustava Klimta, którzy z jednej strony tworzyli zręby sztuki nowoczesnej, czyli modernizmu, z drugiej zaś – zdecydowani byli oderwać się (czyli dokonać secesji) od zbyt konserwatywnych, ich zdaniem, towarzyszy w modernizmie. Dosyć to zawiłe, zwłaszcza dla laika w dziedzinie historii sztuki, ale prawdziwych artystów zawsze było trudno zrozumieć.
    Mianem s
    ecesji określa się wspomniany ruch artystyczny, ale także styl w architekturze i sztukach plastycznych, rozpowszechniony w schyłkowym okresie dynastii habsburskiej. Wkrótce nadeszła era modernizmu pełną gębą, jaki znamy i cenimy do dzisiaj. Prosząc fachowych Czytelników o wyrozumiałość co do powyższego wywodu, na wszelki wypadek pokażę kilka zdjęć architektonicznych wysiłków Hundertwassera i Krawiny z niedawnych czasów, które na pewno nie zaliczają się ani do secesji, ani do modernizmu.   

  • Tyle z habsburskiego Wiednia, następnym razem poszukamy śladów tej dynastii nieco dalej od domu.

Śledztwo

Nie lękajcie się; ten wpis nie będzie o głośnych dochodzeniach, prowadzonych przez niezależne organy śledcze, lub jeszcze bardziej niezależne śledcze komisje.
Ten wpis będzie o śledziach, a jego inspiracją – kolejny przejaw licznych talentów Permanentnej Współpracowniczki autora, zilustrowany poniżej (nie zwyczajowym szkicem, lecz fotografią):
Słój zawiera, jak widać, śledzie podsmażane, zalane marynatą octową z dodatkiem niezbędnych przypraw i warzyw. Smaku tych śledzi nie podejmuję się opisać w odpowiednio wzniosłych słowach, nie wspomnę też czym należy je koniecznie popijać, bo wśród Czytelników zdarzają się osoby nieletnie.
Śledzie przyrządzone na sposób widoczny powyżej, jak też na dziesiątki innych sposobów (wliczając w to nieznanego Japończykom śledzia po japońsku), są od niepamiętnych czasów jednym z fundamentów diety wielu ludów, dostarczając masy odżywczych składników, jak też frajdy dla podniebienia.
Skandynawowie cenią sobie nawet potwornie śmierdzącego śledzia kiszonego, ale są w tym upodobaniu odosobnieni. Mało tego, niektórzy badacze przypisują wręcz zjawisko cyklicznych fal odpływu ludności z terenów skandynawskich (Goci, Wikingowie) nadmiernej wrażliwości węchowej części tamtejszej populacji; teza ta bywa podtrzymywana przez tych, którym zdarzyło się być w polu rażenia otwieranej puszki „surströmming”.
Szczęśliwie sieć internetowa nie jest w stanie transmitować zapachów, więc oddychajmy swobodnie!

Śledzie łowi się pod koniec zimy, co ma  związek z biologicznym rytmem  ich rozrodu, oraz wynikającą z niego migracją ławic. Szczęśliwie sezon migracji ławic śledziowych następuje przemiennie z sezonem migracji mas wczasowych. Dzięki temu rybacy, będący zazwyczaj jednocześnie właścicielami pensjonatów, budek z goframi, czy lokali disco – polo w nadmorskich kurorto – portach, są w stanie zająć się zarówno śledziami, jak i wczasowiczami.
Jak wygląda porto – kurort poza sezonem wczasowym można się przekonać zerkając na zdjęcie wyludnionego deptaka w Łebie, którego przebycie w letnie popołudnie wymaga ponoć znacznej krzepy i kondycji. W przystani rybackiej zaś zimą ruch, a świeże śledzie do kupienia prosto z burty.


Dzisiaj tłusty czwartek, więc czas zaprezentować kolejne dzieło Żonny, zanim zostanie wchłonięte przez czekającą od roku na ten moment rodzinę. Tłusty czwartek zwiastuje wszelako rychłe nadejście chudych tygodni, które czekają nas już od przyszłej środy, następującej po kończącym czas karnawału wtorku, zwanym, jak wiadomo – śledzikiem. Jest to moment czasowego triumfu postu w jego odwiecznej wojnie z karnawałem.


Chwila zatem właściwa dla krótkiego uzupełnienia śledztwa, czyli tutaj – śledziowych opowiastek. Wspomnieć bowiem trzeba koniecznie, że niepozorna z postury ryba, łowiona i zjadana w wielkich ilościach, stała się fundamentem bogactwa i potęgi tych, którzy potrafili ją złowić, zakonserwować i dostarczyć chętnym. A że chętna była cała Europa, zwłaszcza północna, to na połowach śledzi i handlu nimi (oraz solą, której tysiące ton były potrzebne do zakonserwowania ryb) wyrosły bogate miasta, jak choćby Amsterdam, Bergen, czy też potężne organizacje handlowe z Hanzą na czele.
Jak Hanza zaś – to Bałtyk, który od zawsze dostarczał mnóstwa srebrnych ryb, aż w ostatnich latach dostał w tym względzie zadyszki, bo śledzie zaczęły być zjadane szybciej, niż się mnożyły.
Pewnie też z tego powodu stracił cierpliwość i walnął niedawno takim sztormem, że aż żal było patrzeć na łebskie wydmy:



Wizerunek widoczny powyżej nie jest lokowaniem produktu (n.b. nędznej jakości PRL-owskiej konserwy rybnej, gdzie nadużyto dumnej nazwy „po gdańsku”), a jedynie przypomnieniem faktu odwiecznych związków śledzia z Gdańskiem.
Śledzie łowili lokalni rybacy (zresztą do dzisiaj głównym łupem wędkarzy moczących kije u ujścia Martwej Wisły są śledzie); w miarę wzrostu popytu dowożono je też z rejonu Półwyspu Helskiego, czy Zalewu Wiślanego. Jeden z ważniejszych kanałów meliorujących Żuławy nazywa się zresztą Śledziowy – ponoć dlatego, że stała tu dawno temu słynąca przysmakami śledziowymi karczma.
Od XVI wieku, kiedy w Gdańsku wzmocniły się wpływy holenderskie, podjęto na dużą skalę import matjasa (młode śledzie z Morza Północnego), z przeznaczeniem na rynki Rzeczpospolitej Obojga Narodów. To pewnie w tamtych czasach śledzie rozpowszechniły się także daleko od morza, po gór szczyty, gdzie nauczono się je niezgorzej przyrządzać. Tak jak choćby spróbowaną niedawno przez nas w południowej Polsce przekąskę, łączącą cechy rolady i carpaccio, zachowującą wszakże śledziowe walory co do smaku.

Były zatem śledzie jednym z głównych asortymentów, którym handlowano przez wieki na gdańskim Targu Rybnym, podobnie jak na jarmarkach we wszystkich zakątkach północnej Europy.

 


Śpiewało się dawniej na rajdach i imprezach studenckich „Alfabet”, którego zwrotka na „S” szła tak:
„Surdut jest to ubiór kusy – słoń ma jaja jak globusy”
Przyszła mi do głowy nowa wersja:
„Srebrzą śledzie się w Bałtyku – Srebrna źródłem jest srebrników”,
jednak szybko uznałem, że oryginał jest lepszy. 


Na koniec krótkich refleksji w długim, lecz niewesołym (przynajmniej w Gdańsku) karnawale, zachęta dla tych, którzy zmierzali by szosą z Lęborka do Łeby:
zatrzymajcie się na chwilę we wsi Białogarda, bo była to swojego czasu stolica jednego z rozlicznych pomorskich ksiąstewek .

Białogarda i jej XIII-wieczny epizod ośrodka władzy księcia Racibora, to przyczynek do przypomnienia sobie arcyciekawych dziejów Pomorza i jego książęcych dynastii, usiłujących poprzez sojusze, bądź wojny z Polską piastowską, Krzyżakami, Brandenburgią, czy Danią, utrzymać status jako tako niezależnego tworu państwowego – z marnym końcowym skutkiem, jak wiadomo.
To jednak temat na inne opowieści, aczkolwiek nie ulega wątpliwości, że Pomorze w tamtych czasach żywiło się także śledziami, co niech będzie usprawiedliwieniem niniejszej wzmianki w tym wpisie.

 

 

 

 

Requiem

  • Niewiele miesięcy wstecz, przed jesiennymi wyborami samorządowymi, Paweł Adamowicz poprosił o możliwość przedstawienia swojego programu wyborczego na spotkaniu naszego klubu. Zapytałem o możliwość ingerencji miasta w program oświatowy, widząc konieczność prawdziwie obywatelskiej edukacji młodzieży, od zawsze w karygodny sposób zaniedbanej. Słabość takiej edukacji daje w wymiarze ogólnospołecznym podobne efekty, jak w indywidualnym przypadku zabójcy Prezydenta – brak resocjalizacyjnej troski właściwych instytucji publicznych. Lub co gorsza – mniej lub bardziej świadome zastę-powanie owej troski ułatwionym dostępem do przebogatych zasobów treści zaprzeczających istocie rozumnej obywatelskości.
  • Odpowiadając na pytanie Adamowicz dał do zrozumienia, że problem dostrzega i zamierza intensywnie się nim zająć w nowej kadencji (zastrzegając naturalnie, że wygra wybory, co wówczas było jeszcze niewiadomą).
  • Że sprawa pozytywnego oddziaływania na młode pokolenie leżała Mu na sercu udowadniał, angażując się całym sobą w jedyny jak dotychczas o tej skali, fantastyczny projekt edukacyjny, jakim jest Orkiestra Owsiaka. Tragiczny finał Finału będzie, chce się wierzyć, katalizatorem mądrego, ogólnospołecznego działania ku odchwaszczaniu umysłów, zwłaszcza młodych. Zadanie to herkulesowe, z czego łatwo zdać sobie sprawę choćby ocierając się o świat mediów (których zresztą jestem coraz mniej pilnym słuchaczem, czytelnikiem i widzem), polityki i – niestety – duchowieństwa.
  • Zacznijmy od uśmiechu i życzliwego słowa, jak to miał w zwyczaju Paweł Adamowicz, Requiem aeternam dona eis Domine et lux perpetua luceat eis!

Hanza

Krótką relację z krótkiego pobytu w mieście o długiej historii zacznę od reminiscencji retro-gastronomicznej, z niewielką aluzją lingwistyczną.
Widniejąca na zdjęciu lubecka knajpa „Schiffergesellschaft” była przez wieki miejscem rekrutacji załóg statków obsługujących handel hanzeatycki; zachowała dawny wystrój, klimat i niezłą kuchnię.
Umieszczone przy wieszakach tabliczki nie zabraniają, wbrew morskim uwarunkowaniom i polskojęzycznym skojarzeniom, „haftowania na garderobę”, lecz zalecają pilnowanie swego odzienia. 
Wątek językowy zmierza jednak w innym kierunku, mianowicie przybliżenia terminu „hanza, hansa”. To staroniemieckie słowo, które stało się synonimem nazwy potężnego, handlowego kartelu średniowiecznych miast północnej Europy, oznacza w swym pierwotnym brzmieniu grupę, związek.
Wydaje się, że skupieni w organizacjach charytatywnych, a także kultywujących historyczne tradycje (m.in. dawnych gdańskich organizacji, jak ławy Dworu Artusa), obywatele Lubeki, na których zaproszenie bawiliśmy w tym zacnym mieście, rozumieją swoją współczesną, hanzeatycką powinność właśnie jako inicjowanie i kultywowanie okołobałtyckich związków – mimo, czy raczej wskutek kompletnego politycznego i kulturowego ich przeorania w poprzednim stuleciu.

 

 

 

Naszemu pobytowi w Lubece patronował lew, będący zarówno znakiem goszczącego nas Lions Clubu, jak i bestią symbolizującą założyciela obecnego miasta – Henryka Lwa (przy skomplikowanym współudziale Adolfa II Holsztyńskiego).
Jeszcze 
kilka słów (nieprzypadkowo bardzo ciepłych) o naszych gospodarzach: przechodzili samych siebie podejmując nas serdecznie i smacznie w swoich domach, oprowadzając po mieście, czy wspólnie wysłuchując świetnych koncertów, jak ekumeniczna bachowska Kantata na Boże Narodzenie, czy rewelacyjny występ filharmoników hamburskich.
Gościnność, chciałoby się powiedzieć – słowiańska; wszak Lubeka (Ljubice) ufundowana została w XII wieku na miejscu grodu zachodniosłowiańskich Obodrytów, którzy zamieszkiwali te ziemie przez ponad czterysta lat, od VII – go wieku.
Ta pochodząca ze strony Muzeum Hanzy „oś czasu” pokazuje ważne fakty z historii najstarszego fragmentu miasta, począwszy od wspomnianego słowiańskiego osadnictwa na wzgórzu zwanym Bucu, a skończywszy na ulokowaniu na nim przed niewielu laty nowoczesnego kompleksu muzealnego.
Nie będę rozwijać dobrze wyeksponowanego we wspomnianym muzeum wątku, dotyczącego Ligi Hanzeatyckiej (chociaż tytuł wpisu mógłby to sugerować); przywoływałem go choćby w relacji z gotlandzkiego Visby , które z roli hegemona w handlu bałtyckim zostało wygryzione przez Lubekę.
Stała się ona w XII wieku pierwszym nadbałtyckim portem Świętego Cesarstwa i naturalnym przyczółkiem jego ekspansji na wschód. Jak toczyła się ta ekspansja i jakie wynikały z tego zyski i straty – wiemy z grubsza ze szkolnej historii, zwłaszcza niedawnej.
Nie mam wątpliwości, że współcześni Niemcy mierzą się ze swoją trudną spuścizną w tym względzie (widzieliśmy to choćby w pieczołowitości, z jaką prezentowali w poświęconym mu muzeum postać Willi Brandta, lubeczanina, wielkiego rzecznika europejskiego pojednania); pewnie dobre doświadczenia z naszej wizyty też mają coś wspólnego z ich otrząsaniem się ze złej przeszłości .
Cofnę się jeszcze na moment do czasu założenia Lubeki, aby wspomnieć ciekawą postać obodrzyckiego księcia Niklota , ostatniego władcy względnie samodzielnego zachodniosłowiańskiego tworu państwowego. Szkoda, że jego imię wzięła na sztandar jakaś szemrana organizacja nacjonalistyczno – neopogańska. 


Pozwólcie, że zaprezentuję jeszcze dwa wizerunki egzotycznej zwierzyny: pierwszy przedstawia holsztyńskiego lwa (tego od Henryka) z wnętrza katedry w Lubece. Drugi natomiast ? małpę, którą niespodziewanie wręczyła mi miła Joanna Sz. w charakterze prywatnego dowodu wyrozumiałości dla mojej blogowej pisaniny. Jestem wdzięczny obiecując, że choćby dla tej jednej Czytelniczki (ale mam sygnały, że nie jedynej!) postaram się jeszcze cokolwiek w przyszłości tu sklecić (z nieodzownymi ilustracjami Żonny, ma się rozumieć).
Małpa, by zacytować Ekscelencję Mordowicza, „złota, ale skromna”
B. zapłać!

Dziękuję Wszystkim, którzy mieli cierpliwość dotrwać do tego momentu i odebrać niniejsze, najcieplejsze życzenia na Boże Narodzenie i Nowy Rok 2019, ilustrowane świątecznymi migawkami z Lubeki.

 

 

 

Navigare necesse est…

Zacznijmy od newsa sprzed kilkunastu dni: Rosja blokuje dostęp do Morza Azowskiego przez Cieśninę Kerczeńską (jakżeby inaczej – okolice oblepione w czasach antycznych koloniami greckimi, do których mamy ostatnio szczęście!). Świat burzy się z tego powodu, nie tyle może ze względu na obronę interesów Ukrainy, w które celuje ta kremlowska zaczepka, ile z uwagi na podkopywanie jednego z filarów światowego ładu, czyli swobody żeglugi.

A że wszelakie formy ładu, z wielkim mozołem kształtowane poprzez dochodzenie do kompromisów, bywają chętnie naruszane przez tych, którzy uważają się za lepszych, „słuszniejszych”, czy silniejszych, to świat cywilizowany stara się umówionych zasad ładu pilnować, czy dotyczy to np. konstytucji, czy swobody żeglugi właśnie.

  • Żegluga jest bowiem koniecznością, o czym przypomina tytuł niniejszego wpisu, cytujący fragment znanej łacińskiej sentencji. Umiejętność przeprawiania się przez wodne przeszkody (bez względu na to, czy w grę wchodziły niewielkie rzeki, czy oceany), musiała być jedną z pierwszych, jakie na początku swej ekspansji opanował gatunek ludzki. Trzeba było przewozić, zdobywać, gonić, uciekać, poznawać, łowić – a w tym celu tworzyć i doskonalić urządzenia pływające.
  • Badanie sposobów konstruowania jednostek pływających w przeszłości jest, wobec niezwykle ubogiego zasobu informacji pisanych lub graficznych na ten temat, domeną wąskiej specjalności archeologicznej.  Rezultaty zaś odkryć i dociekań przedstawiają specjaliści na cyklicznych ISBSA (Sympozja Archeologii Łodzi i Statków) ; jak wspominałem w poprzednim wpisie, wzięliśmy udział w niedawnym sympozjum w Marsylii.
    Wyniki badań podwodnych archeologów (chociaż wraki znajdowane są także na lądzie, w wyschniętych zbiornikach wodnych), wspomagających się dostępną współcześnie wiedzą i technologią z wielu dziedzin, budzą najwyższe uznanie i szacunek. Gospodarze tegorocznego ISBSA pochwalili się na przykład odtworzoną dokładnie na podstawie oględzin wraku z czasu zakładania Massalii (Marsylii) grecką łodzią, którą nazwali „Gyptis”; chętnym proponowali nawet rejs po Zatoce Marsylskiej.

    Pisząc ten artykuł zdałem sobie sprawę, że znakomita większość tego, co dotychczas zaistniało w blogu, w bliższy czy dalszy sposób koresponduje z dokonaniami jego patrona – Magellana, który podejmując swą historyczną wyprawę (n.b. w 2019 roku przypada 500-na rocznica tego wydarzenia) wpisał się w odwieczne ludzkie „navigare necesse est?”.
    Sama sentencja jednak, wypowiedziana ponoć po raz pierwszy w szczególnych okolicznościach przez Pompejusza, ma swoją kontynuację: „…vivere non est necesse.”. „Żegluga jest koniecznością, życie koniecznością nie jest” – tak tłumaczyć można całość. I jak większość powiedzeń sławnych ludzi, od początku bywa rozpamiętywana i analizowana aby dociec, co autor miał na myśli.
    Nie wchodząc w ten nurt chcę jednak sprzeciwić się pompejuszowej konstatacji; uważam, że zdarzają się Ludzie, których życie jest koniecznością. Należał (niestety, czas przeszły) do nich Krzysztof, a mogą to poświadczyć rzesze tych, którym pomógł. 

  • Jeszcze o wodzie i starociach (chodzi o stare przedmioty, znajdowane pod wodą, żeby nie było wątpliwości).  Zdjęcie obok zrobiłem 40 lat temu i trochę się go wstydzę. Nie z powodu kiepskiej jakości – fotografowało się wtedy czym i na czym się dało – tylko z powodu procederu, jakiemu nie do końca świadomie oddaliśmy się podczas nurkowań w Morzu Marmara. Sympatyczni tureccy koledzy – nurkowie zabrali nas na odkryty przez siebie wrak (greckiego starożytnego statku, a jakże), który traktowali jak bankomat. Gdy brakowało dudków, wyciągali z wraku kilka amfor, na które czekał już pośrednik. Nam w dowód przyjaźni pozwolili ukraść  (trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i porzucić eufemizmy) parę artefaktów, które szczęśliwie ominęły później kontrolę graniczną. Sprawa pewnie jest dawno przeterminowana, ale na wszelki wypadek nie pokazuję wizerunków sprawców.
    Dużo bardziej etycznie i profesjonalnie podchodzą do sprawy współcześni archeolodzy podwodni, których referatów mieliśmy okazję posłuchać podczas sympozjum w Marsylii. Ciekawe i dobrze przyjęte były wystąpienia pracowników Narodowego Muzeum Morskiego w Gdańsku, prezentujących m.in. wizualizacje X-wiecznych wraków odnalezionych w wodach dawnego portu w Pucku, a wykonane w oparciu o zdjęcia fotogrametryczne. Warto zobaczyć, jak to wygląda, w ich Wirtualnym Skansenie Wraków.   
  • W tymże Muzeum Morskim, krótko po powrocie z Marsylii, mieliśmy okazję przypomnieć sobie prehistorię polskiego nurkowania, tworzoną przez pionierów m.in. z naszego klubu „Posejdon”. Zaprojektowali oni, zbudowali, wypróbowali i rozpoczęli eksploatację pierwszej polskiej podwodnej kabiny mieszkalnej (habitatu) „Meduza”. Dokonali tego pół wieku temu, zaledwie kilka lat po pierwszym tego rodzaju eksperymencie Jacques’a Cousteau, dysponując nieporównanie skromniejszym niż Francuzi zapleczem finansowym i technicznym.

    Obszerna informacja o „Meduzie” (która teraz, odremontowana, bazuje w Warszawie) jest do poczytania na stronie…firmy ubezpieczeniowej.
    Czemu zeszliśmy w tym pisaniu pod wodę?
    Bo leży tam całe żeglarskie dziedzictwo ludzkości, które coraz lepiej udaje się poznawać dzięki błyskawicznym postępom współczesnej techniki, poprzedzonym takimi eksperymentami, jak „Meduza”.
    Na konferencji ISBSA w Marsylii znalazły się też referaty, dotyczące kog hanzeatyckich. 

    Ta wywodząca się z rejonu Fryzji średniowieczna konstrukcja okrętowa, pozwalająca na pomieszczenie znacznej ilości towarów handlowych, jak również uzbrojenia z obsługą, stała się podstawowym typem statku Hanzy, kartelu kupieckich miast północnoeuropejskich, dominującego przez kilkaset lat w handlu i gospodarce tego regionu. Historia Hanzy zaczęła się w Lubece, która przewodziła temu związkowi przez cały czas jego świetności. 

    Jeszcze przed końcem roku mamy nadzieję odbyć krótką wizytę w Lubece i obiecuję, że w relacji nie będzie wzmianki o starożytnych kolonistach greckich, bo nigdy w ten rejon nie dotarli, zaś Czytelnikom mogli się chwilowo znudzić po poprzednich wpisach. Wierzę też, że Żonna przywiezie stamtąd jakieś szkice, bo w tym wpisie niestety ich zabrakło. Jako namiastkę zamieszczam więc skopiowane z Tygodnika Powszechnego zdjęcie, które – w nawiązaniu do motta tego artykułu – można by zatytułować: „nawigować każdy może”

     

Międzyziemie

 

Ledwie zdołaliśmy sklecić relację z zakończonej niedawno włóczęgi po dość zapadłych często, ale pięknych i epatujących historią rejonach Mezzogiorno, czyli włoskiego południa, przydarzył się kolejny wyskok, także w okolice skolonizowane swego czasu przez Greków, mianowicie do francuskiej Prowansji. Zapraszamy zatem do rzutu okiem na wrażenia, jakie wynieśliśmy z kolejnej,  bliskiej czasowo z poprzednią, podróży w Międzyziemie (to dla odróżnienia od modnego obecnie w polityce i publicystyce Międzymorza).

Grecki wątek pleciemy nieprzypadkowo; wszak to mieszkańcy państw – miast Hellady położyli fundament cywilizacji europejskiej. Zdjęcie powyżej przedstawia fragment makiety portu i miasta Massalia, założonej w VII wieku przed Chrystusem kolonii greckich Fokajczyków. Dzisiaj to Marsylia, jedno z największych miast Francji i jeden z największych portów Europy.

Marsylia jawiła nam się jako kłębowisko wszelkiego zła, nieporządku i gangsterki rodem z „Francuskiego łącznika”. Rzeczywistość, jak to często bywa, okazała się dokładną odwrotnością stereotypu; miasto czyste, pełne życia, otwarte na przybyszów, wesołe i dumne  jak „Marsylianka„, jednym słowem – zachwycające. Wrócimy tu pod koniec artykułu. 

  • Opuszczamy na krótko stolicę departamentu Delty Rodanu (a jednocześnie regionu Prowansja) żeby spojrzeć na inne ważne miejsca, położone nad tą wielką rzeką. Poruszamy się sławną koleją dużych prędkości TGV, stwierdzając z przyjemnością i satysfakcją, że miewa ona również opóźnienia, a wagony nie są zbyt czyste. W bufecie jednakże są widelce, co świadczy o skuteczności edukacyjnego oddziaływania z „naszej” strony. 
  • Odwiedzamy zatem na kilka godzin Lyon, który wypączkował z założonego w połowie I wieku przed Chrystusem przez Rzymian Lugdunum, krótko po podbiciu przez nich Galii. Z braku czasu odpuściliśmy (z nadzieją na nadrobienie tego zaniechania w przyszłości) zwiedzenie historycznych atrakcji miasta i okolic, ograniczając się do kontemplacji sfery gastronomicznej, która zdaniem znawców nie ma sobie równych w całej Francji. Niezwykle pomocni w tym dziele byli Sylvette i Peter, przyjaciele od dawna, spotkanie z którymi było głównym motywem wycieczki do Lyon. 
  • Byliśmy też w Avignon, mieście sławnym przede wszystkim z mostu, na którym „tańczą liściaste suknie panien”, jak też z dość ponurego zamczyska, które przez większą część czternastego wieku pełniło funkcję pałacu papieskiego, miejsca „niewoli awiniońskiej” następców św. Piotra. Most nie sięga nawet połowy szerokości rzeki, bo resztę niszczyły przez wieki różnorakie klęski, jest wszakże natchnieniem artystów, zaś opiewa go nie tylko znana francuska „Sur le pont d’Avignon”, ale też przepiękna piosenka śpiewana przez Ewę Demarczyk do wiersza Kamila Baczyńskiego
  • I jeszcze Arles, miasto blisko ujścia Rodanu, gdzie wybraliśmy się przede wszystkim dla obejrzenia pozostałości starożytnych statków, eksponowanych w miejscowym muzeum, nie zaniedbując przy okazji okazałego rzymskiego amfiteatru, oraz uroczej starówki. Najbardziej bodaj znanym epizodem w historii miasta był blisko dwuletni w nim pobyt Vincenta van Gogha, czas szału twórczego, ale też potęgujących się problemów psychicznych genialnego malarza, zwieńczonych obcięciem sobie ucha. Kolejnym dramatycznym dla Arles wydarzeniem było zgubienie tam przeze mnie ulubionego aparatu fotograficznego, który chyba zostawiłem gdzieś w muzeum, lub w autobusie. Ostał mi się ino sznur (znaczy kabelek do ładowania baterii). 
  • Wracamy do Marsylii i do celu, który powodował nami przy podjęciu decyzji o tej eskapadzie. Otóż nasi odwieczni przyjaciele – Teresa i Wowa (spec od budowy okrętów o światowej renomie) zachęcili nas do udziału w XV – tej edycji ISBSA (International Symposium on Boat and Ship Archaeology – Międzynarodowe Sympozjum Archeologii Łodzi i Statków), organizowanym co kilka lat od 1976  roku, w różnych miejscach na świecie, dwukrotnie także w Gdańsku.  Francuzi byli prekursorami archeologii podwodnej, zresztą samej techniki nurkowania swobodnego także (każdy pewnie słyszał o komandorze Cousteau i jego współpracownikach), zatem udział w konferencji odbywającej się właśnie w Marsylii posiadał jeszcze dodatkowy walor, jakim było zapoznanie się z efektami badań gospodarzy w miejscowych placówkach muzealnych.
  • Wrócimy do tej tematyki w kolejnym wpisie, tymczasem jeszcze trochę wrażeń z Marsylii, której dodatkowego blasku nadały przygotowania do pełnienia roli Europejskiej Stolicy Kultury 2013. Zabrano się na przykład do rewitalizacji położonej na dawnym greckim, świątynnym wzgórzu, dzielnicy Le Panier, do której wejście jeszcze przed niewielu laty odradzano. Teraz coraz więcej starych kamieniczek znajduje nowych właścicieli, adaptujących je na atrakcyjne noclegownie dla turystów, oraz knajpki czy butiki. Mieszkaliśmy w jednej z takich kamieniczek – uroczo i stylowo.
  • Największe jednak wrażenie robi kompleks MUCEM (Muzeum Cywilizacji Europejskiej i Śródziemnomorskiej), którego futurystyczna bryła wspaniale została skomponowana z zabytkowym fortem, strzegącym wejścia do Starego Portu i z pobliską katedrą. W MUCEM odbywała się większa część konferencji, mieliśmy więc sposobność przyjrzeć się wyglądowi i sposobowi funkcjonowania tego niezwykłego obiektu, sanktuarium Międzyziemia .