nasz nocnik

Blog ma to do siebie, że najnowsze wpisy znajdują się na wierzchu, w związku z czym to, co Czytelnicy powinni przeczytać wcześniej, znajdują dopiero po “dokopaniu się” do poprzednich wpisów.
Stąd wynika czasem potrzeba późniejszego uprzedzania o tym, co było wcześniej, czyli rzecz nie do końca logiczna.
W przypadku jednak tak ważnego elementu, jakim jest tytuł wpisu, trzeba czasem logikę odłożyć na bok.
Tytuł wcześniejszego (marcowego) odcinka blogu, który ukaże się Waszym oczom później, czyli po przeczytaniu tego wpisu, brzmi bowiem “nasz dziennik” i do niego właśnie stylistycznie nawiązuje nagłówek niniejszego artykuliku.
Tematycznie zaś “nasz nocnik” nawiązuje do nadchodzących świąt zatem, tytuł mógłby brzmieć też “nasz wielkanocnik”.
W przeciwieństwie do przydługiego (ale ciekawego, mam nadzieję) marcowego wpisu, w którym zabrakło jednak rysunków Ani; tu znajdziecie ich kilka.
Pisaninę zaś kończę, życząc wszystkim Rozsądnych Świąt!

 

Ostatnia akwarelka powstała na podstawie uroczego zdjęcia, które Ania dostała kiedyś od naszej wileńskiej Przyjaciółki Aleksandry – Szurki, artystki sztuk wszelakich, a zwłaszcza – plastycznych. Labas, Szura!

nasz dziennik

Na początku, Drodzy Czytelnicy, wyjaśnię, skąd tytuł tego wpisu.
Otóż wspomniany w ubiegłym miesiącu szybki rzut oka na toruńskie włości zakonnika, trzymającego duchową (i bardzo często materialną) władzę nad licznymi rzeszami wyznawców, skłonił mnie do przyjrzenia się instrumentarium takiego sukcesu, w którym istotną rolę gra “Nasz Dziennik”.
Spróbuję więc tym razem przedstawić Wam nasz dziennik z niektórych dni marca 2021 roku, spędzonych wbrew woli w warunkach zwanych ze staropolska “lockdownem”, który obok niezliczonych uciążliwości, pozwala jednak swobodnie znaleźć czas chociażby na podglądanie wyczekującego nadejścia wiosny ptactwa.
Dla urozmaicenia zaś wzbogacę gdzieniegdzie nasz dziennik wyimkami z “Naszego Dziennika” (kopie oryginalnie wyróżnionych fragmentów artykułów), którego pobieżne nawet przejrzenie przypomina o twardych realiach naszej codzienności i skłania do powracających, niezbyt odkrywczych skądinąd, usiłowań wytłumaczenia sobie istniejącego stanu rzeczy. Ewentualne moje komentarzyki wyróżnię czerwoną czcionką, tak jak tutaj, sygnując je inicjałami (PB).
Aha, jeszcze ważna uwaga: nie dotykam w tym przeglądzie “Naszego Dziennika” treści o charakterze konfesyjnym tam występujących, bo nie powinny one być obiektem bezbożnego oglądu. Ograniczam się do licznych w tym piśmie tekstów, związanych w oczywisty sposób z doczesnością, naświetlaną według mnie w sposób bezbożny właśnie.

A że zdarzą się dni, w których nasz dziennik z marca 2021 i “Nasz Dziennik” z marca 2021 nie przyniosą godnych wspomnienia treści, to przywołam wówczas marcowe dni z innych lat.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

 

Ja wybieram wolną prasę!!! (PB)


xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

 

 

 

 

 


“Nowa wizja człowieka” to, jak zrozumiałem z lektury, złowroga wizja osoby ludzkiej, obdarzonej i kierującej się wolną wolą. Po prostu. (PB)


 

 

 

 

 

“Marksizm”, czy “lewactwo”, to uosobienie “tzw. wolności” (PB)


Skopiowane obok wyróżnienie fragmentu tekstu z “Naszego Dziennika” nieźle koresponduje ze zdjęciem wizerunku białoruskiego więźnia politycznego, opatrzonego dopiskiem dającym odpór “zakłamanej prawdzie o antysemityzmie Polaków”. Filar estakady w centrum Gdańska.

 

 

nasz dziennik 2 marca 2021

Drugi plan zdjęcia obejmuje fragment Teatru Szekspirowskiego, o którym wspominam poniżej, z bardzo smutnej okazji.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

 

Dzisiaj cytaty z “Naszego Dziennika” pozostawiam bez komentarza. (PB)


nasz dziennik 3 marca 2021

Wiadomością dnia, która przygnębiła rzesze osób bliżej lub dalej znających Jerzego Limona, a także tych, którzy znali Go tylko dzięki Jego dokonaniom, była informacja o odejściu tego pragmatycznego romantyka, sprawczego marzyciela, kreatora niemożliwego – jak się wielu wydawało – dzieła, jakim było doprowadzenie do wybudowania, oraz natchnięcie artystycznym duchem gdańskiego Teatru Szekspirowskiego.

Jerzy był wielbicielem i wyjątkowym znawcą brytyjskiej historii i kultury.
Los sprawił, że przegrał z brytyjską mutacją koronawirusa.


xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

Duch Narodu? Raczej 38 milionów “duchów”, każdy trochę inny. (PB)


nasz dziennik 4 marca 2021

Dokładnie rok temu zdiagnozowano w Polsce pierwszy przypadek zakażenia COVID 19. Życie w kraju, podobnie jak w reszcie świata kompletnie się od tego czasu  poprzestawiało; nie wiadomo, na jak długo.
Nam udało się dotrwać do terminu szczepienia, który przypadkowo pokrył się z ponurą rocznicą. Nieoceniony “Nasz Dziennik” zaś doniósł, że:

 

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

“tzw. strajk kobiet” to jedno z ważących “tzw. zjawisk społecznych”, co do których “Nasz Dziennik” współbrzmi z “Dziennikiem Telewizyjnym”, czyli
tzw. obecnie “Wiadomościami” TVP. (PB)

 

 


nasz dziennik 5 marca 2021

Udało nam się trafić w okienko czasowe, kiedy na krótko otwarto kina i obejrzeć “Zabij to i wyjedź z tego miasta” Wilczyńskiego. Niezwykłej mocy kreskówka, gdzie PRL – owskie klimaty zarysowane są po mistrzowsku.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx




Weekendowe wydanie “Naszego Dziennika” nie przerosło codziennego poziomu.(PB)


nasz dziennik z 6 i 7 marca 2021 proponuje natomiast trochę informacji, w których rzetelność nie powinniście, Drodzy Czytelnicy, powątpiewać:

– 6 marca 1521 roku, a więc dokładnie pół tysiąclecia temu, wygłodzone załogi flotylli Magellana po przeszło trzech miesiącach żeglugi przez Pacyfik dostrzegły wyspę, noszącą obecnie nazwę Guam. Żeglarze po utarczkach z tubylcami nazwali archipelag Marianów “Wyspami Złodziejskimi” i po kilku dniach ruszyli dalej na zachód. Proponuję Czytelnikom zajrzeć na początek tego blogu, do wpisów sprzed pięciu lat, gdzie jest więcej informacji o epokowym rejsie.

– 7 marca 2020 roku trafiliśmy w Jakuszycach na narciarski Bieg Retro. Obiecaliśmy sobie wrócić na tę zwariowaną imprezę rok później, ale wirus postanowił inaczej. Pozostało parę zdjęć i nadzieja, że w przyszłości…

– 7 marca 2021 w całej Polsce “Manify”. W Gdańsku też, mimo wyjątkowo podłej pogody, zebrała się bardzo znaczna grupa osób, przewyższająca liczebnością ilość samochodów policyjnych.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


Dzień Kobiet nie dał “Naszemu Dziennikowi” inspiracji do zająknięcia się o połowie ludzkości. Każdego dnia natomiast krótsze lub dłuższe materiały o Danielu O. (kiedyś taka forma będzie zapewne obowiązująca). Obajtek Rydzykiem interesów świeckich, czy Rydzyk Obajtkiem interesów kościelnych – teza prawdopodobna w obie strony. (PB)


nasz dziennik 8 marca 2021
przypomnijmy, że:
8 marca 1968 roku rozpoczęły się trwające kilkanaście dni protesty i strajki w obronie relegowanych z uczelni warszawskich studentów, najczęściej o żydowskich korzeniach. Obejmując cały kraj, akcja nie ominęła też Politechniki Gdańskiej.

Implikacje wydarzeń (najpewniej zresztą po części prowokowanych przez walczące frakcje partii komunistycznej) były wstrząsające: do emigracji zmuszono dziesiątki tysięcy osób, głównie pochodzenia żydowskiego, bardzo często pełniących istotne funkcje w nauce, administracji czy kulturze.
Ich miejsce szybko zaczęły wypełniać “nowe elity” (termin przewijający się także w obecnym czasie, z lubością lansowany przez “zbawcę narodu”).
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

Nie odważę się skomentować wklejonego obok zdania. Skopiowałem je z “Naszego Dziennika”, bo zafrapował mnie niesłyszany wcześniej czasownik “omadlać”. Najwyraźniej korektor tekstu w edytorze też się z nim nie spotkał, bo podkreślił na czerwono.(PB)

 


nasz dziennik 9 marca 2021 znów wspomina przeszłość:
– 9 marca 2015 roku mieliśmy okazję zaliczyć krótki pobyt w Wenecji i okolicach. “Krótki pobyt” w Wenecji ociera się o grzech, żeby pozostać przy retoryce naszego medialnego przewodnika po marcowym wpisie, ale lepiej krótko niż wcale.
Miasto, które w średniowieczu stało się jedną z głównych potęg Europy (i w swojej formule miejskiej republiki – wzorem do naśladowania choćby dla Gdańska), założyli w połowie V wieku n.e. uciekinierzy z nieodległej, bogatej i znaczącej wówczas Akwilei, ratujący się przed najazdem Hunów.
Zahaczyliśmy zatem o pozostałości tej dawnej metropolii, z których najważniejsze są wspaniałe posadzki w katedrze, jak też wybraliśmy się stateczkiem na lagunę, żeby z perspektywy obejrzeć sylwetkę Wenecji.

 – 9 marca 2016
Diabelski (znów ten szatan!) Kamień w Lasach Oliwskich

– 9 marca 2018
Łódź – murale w centrum miasta

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx



Wiem, że w gronie Miłych Czytelników tego bloga jest spora liczba medyków.
“Nasz Dziennik” służy również tej grupie zawodowej odkrywczymi, przydatnymi radami.(PB)

 


nasz dziennik 10 marca 2021 wspomina:
– 10 marca 2014 – Mierzeja Wiślana (jeszcze nie tknięta przekopem!)

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


Zauważcie, Drodzy Czytelnicy, że powyższe wyimki pochodzą z “Naszego Dziennika” i dotyczą, rzecz jasna, poczynań edukacyjnych wrażych środowisk “lewackich”. Sądzę jednak, że nietrudno byłoby znaleźć we wrażych, “lewackich” wydawnictwach identyczne tytuły, odnoszące się wszakże do poczynań edukacyjnych środowisk “kato – narodowych”, a więc łatwo identyfikowalnych choćby z “Naszym Dziennikiem”.
Ta swoista konwergencja propagandowego języka przeciwstawnych sobie obozów jest fenomenem, który właśnie w tym wpisie próbuję pokazać Czytelnikom, a samemu – zrozumieć. (PB)


nasz dziennik 11 marca 2021 uwagaaaa:
11 marca 2016 roku zacząłem pisać ten blog!!!
Minęło więc pięć lat comiesięcznego absorbowania Czytelników nie zawsze udanymi tekstami i zdjęciami, oraz zawsze udanymi rysunkami Żonny.

Serdeczne dzięki za cierpliwość i wyrozumiałość, oraz za liczne ciepłe, a także nieliczne oziębłe słowa, napływające w reakcji na tę ilustrowaną pisaninę!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


  Dobrze jest, jak wskazują doświadczenia wybitnych speców od propagandy, użyć języka militarnego, potęgującego u odbiorców poczucie zagrożenia i odruch obronny. (PB)

 


nasz dziennik 12 marca 2021 przynosi kolejne rocznicowe wspomnienie:
– 12 marca 2013 roku zdarzyło się nam być w Jerozolimie.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

Po raz kolejny hasło (to z mediami i ideologią), które z powodzeniem może funkcjonować po obu stronach politycznego muru, przy odwrotnym zwrocie wektorowym wszakże. (PB)


nasz dziennik 13 marca 2021 znów odnosi się do staroci, mających jednak cień związku z tym, co powyżej:

jeśli o media (kiedyś wolne) chodzi, to zdarza się jeszcze trafić na artefakty…

13 marca 2013 roku (bez związku z mediami i ideologią) – widok na najważniejszy izraelski port nad Morzem Śródziemnym – Hajfę:

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

Wiara, neomarksizm, media, popędy, żądze. Oprócz tego – rozum, którego “Nasz Dziennik ” zaleca używać. Popieram zdecydowanie ten postulat. (PB)


nasz dziennik 15 marca 2021

15 marca 2011 (dziesięć lat temu) zdarzyło się podziwiać prawdziwe zimowo – górskie panoramy. Zdjęcie ma przypominać wrażenia estetyczne i nie ma w nim żadnych głębszych podtekstów.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

 

Nie mogę się nadziwić inwencji redaktorów we wskazywaniu szatańskich podszeptów. Dzisiaj na warsztacie pomysły na pomoc osobom niepełnosprawnym intelektualnie poprzez włączanie ich, w miarę możliwości, do powszechnego systemu oświaty. Zamysł trudny w realizacji, ale w cywilizowanych krajach funkcjonujący.
Komentarz “Naszego Dziennika” na tyle żenujący, że nawet obśmiać go trudno.
Wyróżnienia tekstowe  z dzisiejszego numeru wpisują się w takie pomysły Partii i Rządu, jak dążenie do wypowiedzenia antyprzemocowej “Konwencji Stambulskiej” (co, żeby było śmieszniej, pierwsza zrobiła Turcja!).
W znacznych obszarach “konserwatyzm” islamski pokrywa się z katolickim.(PB)


nasz dziennik 16 marca 2021 nie odnotował ciekawostek bieżących, ani historycznych, więc macie Państwo dzień oddechu, okraszony fotką zrobioną dokładnie 11 lat temu (nie mam pewności, kto wystaje spod pokrywy śnieżnej, ale jest to bez wątpienia postać obdarzona świętością):
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 



 

 

 

 

 

 

 

 

nasz dziennik 17 marca 2021  (a więc na środę dzisiejszą) jest w stanie skwitować wyżej przytoczoną lawinę obajtkomańską z “Naszego Dziennika” jedynie skromnym limerykiem:

Pognębiał raz w Pcimiu wójt wuja
wołając: “pokażę ci mu ja,
bez ścianki rurę,
czyli że: dziurę”.
Tu rym se dobierzta na czuja!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

nasz dziennik 18 marca 2021

to pierwszy dzień tegorocznego marca, którego nie zaczynamy od przeglądu “Naszego Dziennika”. Chcemy tym sposobem dać Państwu i sobie chwilę oddechu od pulsującej emocjami atmosfery tego wydawnictwa.

Mamy nadzieję, że odprężeniu sprzyjać będzie zdjęcie, zrobione w epoce fotograficznych błon odwracalnych “Orwochrom”, a przedstawiające naszą najmłodszą córę Katarzynę, dziś właśnie obchodzącą urodziny.
Zwróćcie uwagę na paczkę papierosów “Caro”, które utonęły w odmętach czasu podobnie, jak błony “Orwochrom”, a których obecność na stoliku niemowlaka nikogo wówczas nie dziwiła.

 

 

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


Z przyjemnością zaprenumerowałbym na stałe “Nasz Dziennik”, gdyby całą jego zawartość stanowiły wyłącznie, podobne jak powyższa, apetyczne recepty kuchenne. (PB)


nasz dziennik 19 marca 2021

Dzisiaj Dzień Jedności Kaszubów, przypadający w tym roku w siedemset osiemdziesiątą trzecią rocznicę ukazania się bulli papieża Grzegorza IX, gdzie znalazła się pierwsza pisemna wzmianka o tym dzielnym pomorskim ludzie.
W dniu ich jedności życzymy Kaszubom, aby jednoczyli się wokół myśli swobodnej.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 Koniec odpoczynku! Wracamy do tekstów istotnych dla “Naszego Dziennika” programowo, pozostawiając na jakiś czas na boku przyjemności w rodzaju zupy z bakłażanów. (PB)

 


nasz dziennik 20 marca 2021 ma wolny weekend i o niczym nie donosi.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Powyżej – fragment zajmującej całą stronę “Naszego Dziennika” reklamy grupy “Orlen”. Najwyraźniej Daniel O. zamawiając te kosztowne reklamy spłaca gazecie należność za bardzo liczne płomienne artykuły w jego obronie, których fragmenciki prezentowaliśmy powyżej.(PB)


nasz dziennik 22 marca 2021

dziś imieniny Katarzyny Krenz, którą mamy zaszczyt znać osobiście.
Jeśli nie przeczytaliście jeszcze wszystkich napisanych przez Solenizantkę książek, zróbcie to niezwłocznie, bo z tego co wiemy, nadchodzą
kolejne!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


Nie jestem pewien, czy właściwie odczytuję te diagnozy “Naszego Dziennika”, ale mam mocne przeświadczenie, że autorom przyświeca myśl propagowania polszczyzny czystej i wolnej od jakichkolwiek wulgaryzmów którą, w odróżnieniu od różnych tam salonów, reprezentuje w godny sposób codzienny ostatnio gość redakcyjnych treści, Daniel O. (PB)
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx



Zdarza się “Naszemu Dziennikowi” krytykować władze Partyjno – Rządowe. Mam jednak wrażenie, że dzieje się to tylko w przypadkach takich, jak próby ograniczania frekwencji w kościołach podczas pandemii, co skutkuje zmniejszeniem wpływów na tacę. (PB)


xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

nasz dziennik 27 marca 2021
Miłośnicy podróży bez pudła poznają zapewne, że na zdjęciu widnieje berlińska Brama Brandenburska. Nieco osobliwą cechą zdjęcia jest to, ze zostało zrobione od strony wschodniej w bardzo dawnych latach, gdy przekroczenie znajdującej się w ciągu muru berlińskiego bramy było niemożliwe. Możliwe natomiast było udanie się do Berlina wschodniego na zakupy tym bardziej, że w okresie czasu, o którym mowa, ówczesne Partia i Rząd pozwalały na wymianę dość znacznej kwoty złotówek na marki wschodnioniemieckie. Ze sposobności tej skorzystało skwapliwie poślubione sobie właśnie 27 marca tego dawnego czasu małżeństwo, wymieniwszy na marki wszystkie otrzymane z okazji ślubu “kopertówki”. Owoce wyjazdu były przebogate; do czasów dzisiejszych dotrwał przechowywany jak relikwia nóż z aluminiową rączką, oraz mechaniczna waga osobowa, zachowująca dokładność +/- 3 kg.
Nie tylko ślubne (cywilne) wspomnienie wyróżnia dzień 27 marca, bo dokładnie rok później do młodych małżonków zawitał Tomasz.
Ten znamienny fakt niech będzie podsumowaniem marcowego naszego dziennika.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Po miesięcznych zmaganiach z lekturą i komentowaniem wyimków z “Naszego Dziennika” (i źródeł pokrewnych), oraz czynienia zapisków w naszym dzienniku (i źródłach pokrewnych), pora na krótką refleksję nad obserwacjami płynącymi z tych czynności.

Pierwszym pobieżnym wrażeniem, jakie nasuwa się przy obcowaniu z oboma dziennikami, jest zauważalny “symetryzm” (że użyję rozpowszechnionego ostatnimi czasy, choć raczej w odniesieniu do całokształtu polskiej praktyki politycznej, neologizmu) znajdowanych tam punktów widzenia, czy raczej – stosowanych  wobec przeciwnej strony dyskursu politycznego figur retorycznych.
Rzucająca się w oczy jest ich konwergencja, czyli równoległe występowanie, wszakże przy przeciwstawnych opisach.
Kilka pierwszych z brzegu przykładów:
– “pachołki Moskwy”
– “Targowica”
– “Szczujnia”
– “Ideologia” (w różnych konfiguracjach)
– “Edukacja – indoktrynacja”
–  “Propaganda”
– “Patriotyzm”
– “Duch Narodu”
To była mała próbka jednobrzmiących epitetów, mających dyskredytować stronę przeciwną.
“Jesteś głupi!”, “To ty jesteś głupi!” – pamiętacie z podwórka?
Zauważamy zatem, że identyczne lub bardzo podobne określenia są w odwrotny sposób rozumiane przez, mówiąc umownie, czytelników “Naszego Dziennika” i naszego dziennika.
Jedni i drudzy traktują nawzajem tę “symetrię” retoryczną jako odbicie ich własnych prawd w krzywym lustrze, lub mętnej wodzie strony przeciwnej.

Funkcjonuje także cała gama określeń opatrzonych modnym ostatnio przedrostkiem  “tzw.”, który można znaleźć w publikacjach dzienników obojga punktów widzenia (jak też tygodników, kwartalników, oraz innych niż drukowanych przedsięwzięć medialnych).
Tu znajdziemy, zależnie od opcji światopoglądowej “tzw. praworządność”, “tzw. strajk kobiet”, “tzw. strefę wolności osób LGBT”, ale też “tzw. Trybunał Konstytucyjny”, “tzw. Izbę Dyscyplinarną SN”, etc. Dziwne, że w tej ostatniej grupie nie znalazło się dotychczas “tzw. prawo i sprawiedliwość”, ale to pewnie kwestia czasu.

Napisawszy powyższe znalazłem się w miejscu, gdzie powinny zaistnieć próby wytłumaczenia sobie i innym przyczyn funkcjonowania dwóch równoległych rzeczywistości.
Uznałem jednak, że przed nadchodzącą Wielkanocą lepiej będzie podumać w spokoju nad własną niedoskonałością z nadzieją, że innym także zdarzy się taki czas refleksji.

 

Mijający czas bałwanów (?)

Natura łaskawie przypomniała nam w ostatnich tygodniach zjawisko, zwane dawniej “zimą”. Najmłodszemu pokoleniu nie muszę zatem opisywać takich fenomenów jak mróz czy śnieg, bo mogło ich doświadczyć organoleptycznie.
Wiedzione zaś naturalną u ludzkiego gatunku skłonnością do eksperymentu, wspartą doświadczeniem osób starszych, szybko opanowało sztukę tworzenia śniegowych bałwanów.
Słowo “bałwan” w języku polskim określa, jak wiadomo, nie tylko ulepioną przez dzieciaki śniegową figurę czy spienione morskie fale, ale także figuralne wyobrażenie bóstwa, zaś najczęściej – osobę reprezentującą przymioty nie do końca godne szacunku.
Dwa ostatnie znaczenia bywają, jak wynika z obserwacji, częstokroć kojarzone wspólnie, czego skutkiem może się stawać ubóstwianie bałwanów – zjawisko w życiu społeczeństw nierzadkie.
Przemijaniu czasu bałwanów śniegowych sprzyja zwykła odwilż.
W przypadku bałwanów ubóstwionych jest to niestety proces znacznie bardziej zawiły  i na ogół skutkuje jedynie czasowym ich nadtopieniem.
Poczynania w tym kierunku są wszakże bardzo pożądane; w ostatnim czasie daje się takowe zaobserwować w wykonaniu odwilżowych ekip politycznych, oraz publicystycznych.
Tyle o (lekko może naciąganych) paralelach z dziedziny bałwanologii, spójrzmy zatem na migawki z (niespodziewanej w lutym) zimy 2021.
Oddający atmosferę przymglonych tego dnia tras biegowych w ulubionym Hrabstwie Kłodzkim obrazek narysowała znana, lecz niestety ciągle nie do końca sprawna Ręka. Podobnie, jak wykonała kilka następnych zimowych szkiców i fotografii, nie tylko zresztą z południa Polski.

Na ostatnim ze zdjęć widać górną stację wyciągu na Czarnej Górze. Trasy narciarskie z niej prowadzące były puste, opatrzone tablicami zakazu wstępu; nie dostrzegliśmy tam nawet Pierwszego Zjazdowca RP.
To osobliwe feryjne doświadczenie: bezludne niemal góry, żywienie się “wynosami” z nielicznych pracujących na ćwierćobrotach  knajp, noclegi u miłych gospodarzy zerkających w okno z obawą, czy nie nadarzy się jakaś kontrola, szaleńcze szusy na “jabłuszkach”, wymarłe stare kurorty.

Szczęśliwie, ulubione biegówki – bez urzędowych ograniczeń.

Ostatnie zdjęcie pochodzi z Gierałtowa, malowniczej jak cały region i mającej długą historię wsi, której dawniejsza nazwa brzmiała Gersdorf.
Ciekawe, czy Pani Małgorzata Gersdorf, dobrze zapamiętana była szefowa Sądu Najwyższego, mogła mieć jakiś odległy związek rodzinny z obecnym Gierałtowem (Starym lub Nowym, bo tak się dzieli)?
Niekoniecznie, ale ta zbieżność nazewnicza jest jednym z tysięcy przykładów na to, jak przez wieki przeplatały się na terenach polskich, ale i wszędzie indziej, losy ludzi będących w drodze, a w końcu znajdujących swoje miejsce.
A także na to, jak wąskim, przemijającym i sztucznym, a przez to instrumentalnie wykorzystywanym i nadużywanym pojęciem może być “narodowość”.
Poprzestanę na tej dość ogólnikowej refleksji, bo temat jest szeroki i drażliwy, a nasz blog ma być dla Czytelników i Oglądaczy okazją do chwili wytchnienia.


Dla wielu osób wytchnieniem będzie najpewniej widok kilku zdjęć obrazujących dzieło Ojca Dyrektora, na które trafić można niewiele zbaczając z drogi łączącej Gierałtów z Gdańskiem.
Luty był miesiącem naprzemiennie i niespodziewanie następujących po sobie pór roku; niespodziewana mroźna i śnieżna zima znienacka ustąpiła miejsca niespodziewanemu, upalnemu prawie latu, które błyskawicznie zanihilowało śniegowe bałwany, jak też zaspy przesłaniające obiekty wszelakich kultów.
Na przedmieściach Torunia dał się więc zaobserwować kompleks marmurowo – złoty, wcale nie skromny.
Można odnieść wrażenie, że zamysłem jego powstania jest chęć stworzenia takiego polskiego Watykaniku, sanktuarium myśli konkurencyjnej wobec franciszkowej, którą mają nieść w lud adepci lokalnej wyższej szkoły spikerów.
Twarze spotykanych osób wyglądają, mimo maseczek, na uduchowione i niezbyt skore do wymiany poglądów, natomiast pewne zasłyszanych tu prawd.
Zaobserwowaliśmy również, że jeśli ktoś tu nosi sutannę, to nie nosi maseczki. Księżowskie “pogotowie” z Gierałtowa nie pasowałoby tu zbytnio.

Miasto Kopernika i piernika oferuje szeroką gamę doznań duchowych.
Nieco odmienne w swym charakterze sanktuarium , jakim jest świetne tamtejsze Centrum Sztuki Współczesnej, prezentuje na przykład wystawę twórczości kultowego fotografika i celebryty, Helmuta Newtona.
Nie przepadam za fotografią reżyserowaną, jednak kreatywność tego twórcy naprawdę robi wrażenie.


Przemierzenie kraju z północy na południe i z powrotem pozwoliło po raz nie wiadomo który potwierdzić opinię, że w domu najlepiej, chociaż gdzie indziej też bywa ładnie i ciekawie.
Widoki zimowe z okna, narciarska włóczęga przez kaszubskie pagórki i jeziora, a nade wszystko wzdłuż morskiej plaży: hej, jak mawiają górale!

Ameryka

Dociekania lokalnych badaczy (niekoniecznie zgodnie z prawdą powołujących się na związki z KULKaszubskim Uniwersytetem Ludowym) sugerują, że znaczna liczba spotykanych w świecie nazw geograficznych ma swoje źródło na Kaszubach.
Dobrym przykładem jest Ameryka, której to nazwy pochodzenie błędnie wywodzono do niedawna od nazwiska Amerigo Vespucciego, gdy tymczasem tkwi ono najpewniej w podmirachowskim przysiółku.
Jakby nie było faktem jest, że Mirachowo w ciągu kilku ostatnich stuleci traciło na znaczeniu, spadając z rangi stolicy starostwa do obecnego statusu niewielkiej wioski, natomiast Ameryka – często utożsamiana w potocznym rozumieniu z USA – potężniała w tym czasie niebywale.
Ewolucyjne przedsięwzięcie, na skalę być może największą od czasu wyginięcia dinozaurów, polegające na wymieszaniu genomów i etnosów z całego zaludnionego świata na obszarze jednego kontynentu, dało efekt cywilizacyjny o skali równie ogromnej.
Efekt dobry, czy nie – dyskusja niewiele da; można najwyżej opisywać to, co się wydarzyło i wydarza.
Tym zaś trudnią się zastępy specjalistów, skromnym blogerom pozostawiając ewentualnie margines na ich prywatne obserwacje i uwagi.
A także – na wspomnienia z pobytów za Wielką Wodą, jeśli się to komuś przydarzyło, tak jak nam przed dekadą, kiedy to od Michała/Tadeusza i “Lali” (która od pewnego czasu przemierza niebieskie prerie), dostaliśmy propozycję wspólnego objazdu kilku wschodnich stanów.
Jak wszędzie, tak i tam, najciekawsi są ludzie. Dobrym punktem obserwacji może być choćby stolik w nowojorskim przyulicznym knajpianym ogródku, gdzie w trakcie opróżniania butelki piwa da się uwiecznić wiele ciekawych postaci spośród milionów, składających się na “We, the People of the United States” (“My, Naród Stanów Zjednoczonych”):

To, co działo się w Stanach w ostatnich tygodniach w sferze polityki świat obserwował z jeszcze większym zainteresowaniem, niż topowe mecze ligi NBA, czy gale wręczania filmowych Oskarów.
Prezydenckie zmagania wygrał gość wyglądający na normalnego, który ma szanse faktycznie wcielić w życie hasło wykrzykiwane przez swojego poprzednika, by “uczynić Amerykę znowu wielką”.
Wśród wielu mądrych słów wypowiadanych ostatnio przez Bidena zwróciły uwagę dwa, niejednokrotnie powtarzane: “szacunek” i “możliwości”.
Oba te terminy są bardzo pojemne, podobnie jak korelacje między nimi; zdolni autorzy stworzyliby (a może już to zrobili?) pewnie niejeden interesujący esej bazujący na znaczeniach i powiązaniach tych dwóch wyrazów.
Myślę, że nowy prezydent USA przywołał je, próbując wskazać na moralną podwalinę ukształtowania się i rozwoju kraju, ale też zaznaczając potrzebę trwania przy nich dla przyszłości.

Szacunek jako życzliwa akceptacja inności, także jeśli chodzi o dzielenie się możliwościami. Jako schowanie cząstki egoizmu, żeby w lepszym współdziałaniu z innymi w końcu i tak wyjść na swoje, podobnie jak ci inni.
Niby proste i oczywiste, a jak niełatwe do stosowania w życiu, zwłaszcza w epoce swobodnego, lecz niestety – zdziczałego – internetu.
Biden deklaruje usilną pracę dla przekonywania o konieczności i celowości wzajemnego szacunku. Jeśli mu się powiedzie, a świat zechce pójść w ślady Ameryki tak, jak to czyni od dobrych stu lat, to może coś dobrego z tego będzie.
Także dla Kaszubów z Mirachowa, górali z Murzasichla i w ogóle dla mieszkańców kraju nad Wisłą, nie wyłączając redaktorów TVP.
Jak i dla tych, co grają i słuchają muzyki w Nowym Orleanie, w Nashville, czy w Memphis.

Górale, Kaszubi……….., ze wszystkich stron świata ciągnęli do Ameryki ludzie wolnej woli, przyciśnięci biedą czy opresją, gnani żądzą przygody, bogactwa czy sławy, w końcu – idealiści. Bez względu na motywy, które skłoniły ich do trudnej wyprawy za ocean, wszystkich łączyła ponadnormatywna odwaga i wyobraźnia.
Te spostrzeżenia dotyczyły, jak wspomniano, ludzi wolnej woli.
Kontynent miał wszakże wcześniejszych gospodarzy, którzy ulegli z czasem sile europejskiej ekspansji i – przetrzebieni, lepiej czy gorzej próbują wpasowywać się w urabianą przez zdobywców społeczną magmę.
Podobnie jak Afrykanie, których miliony dowiozły tu statki handlarzy niewolnikami, a których nie pytano o chęć odbycia podróży.
Migracje między Europą, Azją i Afryką a Ameryką to temat potężny jak oceany, dzielące te kontynenty; spróbujemy od czasu do czasu cokolwiek o nich napomknąć w tym blogu.
A na razie kilka słów i obrazków dotykających czasu wcześniejszego niż ten, kiedy Brytyjczycy okrzepli na tyle, aby zacząć kolonialną konkurencję w Ameryce Północnej z wcześniej tam instalującymi się Hiszpanami, a także Francuzami.

Nie rozpisuję się na temat tych mniej znanych epizodów północnoamerykańskiej historii; jeśli starczy Wam cierpliwości, poczytajcie inskrypcje na kilku pamiątkowych tablicach, które znaleźliśmy w różnych miejscach Florydy i Georgii.
Natomiast zdecydowanie zachęcam do lektury znakomitej książki Tony’ego Horwitz’a “Podróż długa i dziwna – drugie odkrywanie Nowego Świata” (“A voyage long and strange. Rediscovering New World”). Nieczęsto trafiają się autorzy potrafiący, jak Horwitz, łączyć dogłębną wiedzę i wystudiowanie tematu z lekką i bardzo dowcipną formą narracji. Warto poczytać Horwitza tę i inne rzeczy tym bardziej, że nic już więcej, niestety, nie napisze !

Finisz tych porozrzucanych amerykańskich impresji nie może obyć się bez nutki patriotyczno – bohaterskiej, którą niech wyrazi przywołanie postaci Kazimierza Pułaskiego.
Pamiętamy go z jesiennej wycieczki do Warki, z którym to miasteczkiem związany był w dzieciństwie. Zaliczywszy chlubną historycznie kartę w Polsce, trafił do formujących się Stanów Zjednoczonych, których pozostał jednym z bohaterów.

Poniżej zaś – nieco bardziej współczesne, ale zdecydowanie lokujące się w kategorii zabytków,  akcenty batalistyczne napotkane w USA:

 

 

Podróżnicy

Rob Gonsalves – “Pływające wyspy”

Adwentowy czarny karnawał 2020, godny pióra Osieckiej czy Młynarskiego.
Korowody gości, sterowane gazetowymi anonsami w czarnych ramkach, przemieszczają się w funeralnym kontredansie z Witomińskiego, poprzez sopocki, Srebrzysko aż na Łostowicki,
Muzyka niezbyt skoczna, ale rytmiczna.
Na początku wodzirej z kosą, za nim w pierwszej parze Ciocia Pandemia z Wujem Kryzysem, potem – roje masek, które przy każdym kolejnym spotkaniu coraz lepiej nawzajem się rozpoznają, bo spotkania częste.
Zamaskowani żałobnicy idą dalej, pozostawiając w ciszy i spokoju Ich, których imiona przywołałem pod koniec poprzedniego wpisu.
To bliskie nam osoby, które wybrały się w podróż dokądś – tam, w feralnych ostatnich dniach listopada.
Każde z nich było podróżnikiem co się zowie, żyjącym blisko morza, często – na morzu czy dla morza. I dla nas.


  • Iwona
    Jako zdeklarowana feministka obruszyłaby się zapewne na określenie “Damski Noe“, ale w mojej pamięci pozostaje kimś właśnie takim.
    Kimś, kto robił wszystko, żeby ziemską naturę ocalić przed antropoceńskim potopem.
    Z biblijnym pierwowzorem łączyły Iwonę jeszcze trzy przynajmniej cechy: żegluga była Jej pasją, a poza tym – lubiła wino i nie lubiła Chama.
  • Zbyszek
    Kiedyś zbudowaliśmy razem dom; w jednej jego połówce mieszkamy dotychczas z Żonną, w drugiej Zbyszek spędził może z tydzień, po czym na długie lata wybrał się w świat. W czasie gdy w Polsce zebrano się przy Okrągłym Stole, Zbyszek zaprosił mnie do wspólnego rejsu łódką po egzotycznych wodach.
    Z różnych względów do rejsu nie doszło, mnie zaś pozostała jako pamiątka przepustka do ministerstwa bezpieki Jamajki, gdzie musiałem przedłużyć wizę.
    Młodszym Czytelnikom wyjaśniam, że wówczas w paszportach był uwidoczniony opis cech fizycznych właściciela, między innymi kolor oczu, który portier uznał za moje nazwisko.
    Więcej w tym akapicie o mnie niż o Zbyszku, ale to On inicjował przygody.
  • Tomek
    Powściągliwy w wypowiedziach i w wydatkach, wszelako obok masy zalet:
    miał nasz Tomek dwie słabostki,
    cygara i rosół z kostki .
    Sylwia (żona) w pięknych słowach Tomka pożegnała.
  • Wiesław
    W mojej pamięci – wzorzec siły spokoju, mądrości i rozwagi.
    Marzena (córka) w pięknych słowach Wiesława pożegnała.
  • Józef
    Znałem Józefa najmniej z wymienionych; był, podobnie jak Wiesław, przedstawicielem starszej od nas o numer generacji.
    Wiem wszakże na pewno, że podobnie jak Wiesław, był autorem nadzwyczaj udanego potomstwa.

 

500 lat upłynęło niedawno od momentu, gdy wyprawa pod wodzą Magellana sforsowała  cieśninę znaną obecnie pod jego imieniem i wypłynęła na bezmierne wody Pacyfiku.
Historię epokowego rejsu starałem się przypomnieć w pierwszych wpisach tego blogu w 2016 roku, uzupełniając ją opisem swoich prób podążania śladami Magellana (to informacja dla Czytelników od niedawna bywających na tej stronie i  jednocześnie zachęta, aby zajrzeć wstecz).
Jednym z najważniejszych źródeł dokumentujących wyprawę są dzienniki Antonio Pigafetty, wydane w polskim tłumaczeniu tylko raz, w 1992 roku. Opis wydarzenia wygląda tam tak:

Próbuję sobie wyobrazić święta Bożego Narodzenia 1520 roku załóg trzech okrętów, jakie pozostały w eskadrze po wcześniejszych perturbacjach.
Pożegnawszy kontynent amerykański 28 listopada, mieli jeszcze żeglarze zapewne zapasy wody i żywności tam pozyskane, zatem w miesiąc później mogli na pokładach nieco poświętować.
Czekały ich jednak kolejne prawie trzy miesiące żeglugi non – stop, której “uroki”, zwłaszcza kulinarne, możemy poznać w widocznym obok fragmencie zapisków Pigafetty (skopiowane z “Relacja z wyprawy Magellana dookoła świata” wyd. Novus Orbis Gdańsk 1992).
Lektura tej relacji po raz kolejny skłania do podziwu dla odwagi i wyobraźni, jak też do zadziwienia systemem wartości, który motywował wielkich odkrywców do ich epokowych poczynań. 


Ten sam zestaw zadziwień, co w przypadku wielkich odkrywców, bywa też naszym udziałem w odniesieniu do władców i polityków, których zwykło nazywać się wielkimi, bo potrafili bilans swoich działań w brudnawej generalnie sferze walki o władzę i jej utrzymanie zamknąć wynikiem dodatnim dla społeczeństw, a nie tylko dla siebie.
Taki był choćby Willy Brandt, niemiecki kanclerz z przełomu lat 60-tych i 70-tych XX wieku, laureat pokojowego Nobla.
“Niemiec o ludzkiej twarzy” – to określenie w ustach osób, które już w dorosłości przeżyły koszmar II wojny i okupacji, brzmiało jak prawdziwy komplement.
Symbolem tego, co zdziałał pożytecznego, było spontaniczne uklęknięcie przed pomnikiem Bohaterów Getta podczas wizyty w rządzonej przez komunistów Warszawie, dokładnie 50 lat temu. Okrągła rocznica, więc na jej uczczenie powstał m.in. świetny programik muzyczny, przepleciony wypowiedziami znanych historyków i polityków, który polecam zwłaszcza uwadze młodzieży, w obliczu intensywnego korygowania podstaw nauczania historii w polskich szkołach:
https://vimeo.com/487605284
Jeszcze jedno rocznicowe przypomnienie dla młodzieży: kilka dni po wizycie Brandta, ale bez związku z tym wydarzeniem, zaczął się nasz Grudzień’70


Zauważyliście zapewne między ilustracjami do tego wpisu niezwykłe, trącące surrealizmem obrazy Roba Gonsalvesa, które pasowały moim zdaniem do tekstu.
Wiadomo wszakże, że wpis bez Aninego obrazka jest pozbawiony najważniejszego waloru, więc niniejszym nadrabiamy (tym razem bez koloru, bo Artystka ma kontuzjowaną prawicę):
Na obrazku – widoczny z naszego okna po przeciwnej stronie ulicy domek imienniczki Żonny. Pani Ania pod koniec grudnia skończy 100 lat, co okoliczni mieszkańcy zamierzają uczcić w sposób zgodny z rygorami sanitarnymi
(i uważając, aby okolicznościowej pieśni urodzinowej nie odśpiewać w rutynowy sposób: “stooo laaat”)
Zatem jeszcze jedna okrągła rocznica grudniowa, jeszcze jedna podróż – tym razem ciągle trwająca, bo jak zapewnia Jubilatka prosząc o podwózki na kolejne wybory – nie spocznie zanim się dobra zmiana nie zmieni na dobre.


I tak, wyszedłszy od wspomnień o Podróżnikach, a znalazłszy się w sferze toastowej, spójrzmy na dokonanie – tym razem nie podróżnicze – Andrzeja “Tourbanika”, o którym szerzej wspomniałem w listopadowym artykule.
Mam nadzieję, że wklejenie tu fragmentów epokowej pracy zespołu przezeń kierowanego jest legalne. Czynię to z zapałem, bo mimo całej mojej mizerii lingwistycznej, a tym bardziej medycznej, konkluzje badań odczytuję jako w miarę optymistyczne, sygnalizujące mianowicie odwracalność pewnych zmian zachodzących w strukturach ludzkiego mózgu po spożyciu umiarkowanych ilości alkoholu. To jedna z najlepszych wiadomości upływającego miesiąca i roku.
Wznośmy zatem w odpowiednio umiarkowanym trybie kielichy za Podróżników, bez względu na to, który ze światów aktualnie przemierzają!!!


Z ostatniej chwili: od dawna wspólnie podróżujący Teresa i Michał postanowili usankcjonować tę praktykę stosownym urzędowym dokumentem. A więc jeszcze jedna miła okoliczność toastowa pod koniec roku! Tym razem śmiało można zaśpiewać: “Sto lat”!!!
Podsumowanie obrzędu w bardzo okrojonym składzie osobowym miało miejsce w kaszubskiej wiosce Hejtus, w domu sąsiadującym z Pomorskim Ośrodkiem Rehabilitacji Dzikich Zwierząt “Ostoja”.
Zupełny przypadek, ale jest to miejsce, do którego powstania i funkcjonowania w wielkim stopniu przyczyniła się Iwona, o której wspomniałem na początku. Rodzina prosiła, aby zamiast kłaść kwiaty na Jej mogile, przekazać datek na “Ostoję” właśnie. Jeśli możecie, zróbcie to także, Drodzy Czytelnicy!

Podrurze

W błędzie tkwią Czytelnicy sądzący z tytułu wpisu, że Ich oddanemu autorowi pokićkało się coś na starość z ortografią.
Na dowód załączam zdjęcia naszego ulubionego gdańskiego lokalu, którego wszakże nie ominęły ostatnimi czasy zarazowe restrykcje i stoi zamknięty.
Gdy więc PODRURZE nie działa, czas przypomnieć sobie, co to są PODRÓŻE, chociaż z nimi ostatnio też nie łatwo.
Nawiasem mówiąc, powyższa gierka słowna ilustruje cudowną plastyczność polszczyzny, trudną niestety do docenienia dla osób obcojęzycznych.
Gwoli kronikarskiej pieczołowitości dodam informację, że kultowy “Bar pod rurami” przycupnął w cieniu potężnej magistrali ciepłowniczej, przy wyjściu ze stacji kolejki “Gdańsk – Politechnika” w kierunku zakładów stoczniowych i zachęca śpieszących na szychtę pracowników tej branży do krótkich odwiedzin już od godziny piątej rano. W bardziej przyjaznej porze bywa zaś przyjaznym przystankiem dla zdrożonych rowerzystów.


“Podróże są dla ludzi – nawet te wirtualne”, głosi sformułowany przez Klasyka podtytuł tego blogu; zwłaszcza w obecnej dobie słowa te tchną prawdziwością.
Podróżujecie wirtualnie choćby zaglądając na te strony, a jeśli macie chęć na duuużo więcej, odwiedźcie koniecznie legendarny portal https://www.travelbit.pl/,
animowany od dziesięcioleci przez Profesora Andrzeja Urbanika, jednego z najbardziej twórczych i pracowitych osobników, jakich mam zaszczyt znać.
Naukowa kariera “Tourbanika” przeplata się z pasją podróżniczą, wieńczoną objechaniem i opisaniem niemal wszystkich ciekawych zakątków świata.
Jakby tego było mało, od bardzo wielu lat organizuje Andrzej OSOTT, czyli doroczne zjazdy zapalonych włóczęgów. W tym roku, z wiadomych względów wirtualny, jak wiele innych spotkań, ale nie mniej bogaty i inspirujący.
Na zimowe wieczory: https://osott-travenalia2020.travelbit.pl/  !!!



Przestrzeganie restrykcji sanitarnych w dobie epidemii ma sens, zwłaszcza jeśli jest podparte wskazaniami zdrowego rozsądku. Lawirowanie między restrykcjami (przy zachowaniu owego rozsądku) pozwala zaś od czasu do czasu wybrać się poza dom, choćby niezbyt daleko.
Na przykład nad Pilicę , żeby pokazać wnukom opuszczone gospodarstwo ich prapradziadków, którym dekady temu pomagaliśmy tam w żniwach.

Nieco bliżej ujścia Pilicy do Wisły leży Warka, miasteczko sławne z wielu powodów, jak choćby:
– tu urodzili się  (oprócz rzeszy innych osób) Kazimierz Pułaski i Piotr Wysocki,
– tu od niepamiętnych czasów warzy się piwo (stąd nazwa miasta zresztą)
– tu robią majonez “Winiary” i inne specjały pod tą marką
tu Starsi Panowie wybierali się na ryby
pod Warką Czarniecki sprał Szwedów (znów “potop” w blogu, a Czarniecki na pomniku w rynku wareckim, zaś obok -przedstawienie bitwy na obrazie, tym razem Smuglewicza, a nie Brandta)
– tu usypano z kilku taczek ziemi “Kopiec Powstańców Styczniowych”; byliśmy zawiedzeni jego mizernymi rozmiarami.


Akwarelka wiadomego pędzelka obrazuje pałac w Ojrzanowie, skąd było niedaleko do interesujących nas okolic nadpilickich i gdzie udało nam się wygodnie przenocować oraz zacnie posilić, co w ostatnim czasie nie bywa łatwe.
Okazało się w rozmowie z sympatycznym właścicielem (zarządcą?) obiektu, że jeszcze do niedawna był to (jest dalej?) ośrodek firmy Inco – Veritas, której sztandarowym produktem jest znany świetnie wszystkim panom domu płyn do naczyń “Ludwik”.
Ów sławny detergent, a także różne nawozy do kwiatków i inna chemia (krajowa), to bodaj jedyne nie budzące pytań i niejasności skojarzenia z Inco – Veritas.
Ten spory na polskie warunki koncern wypączkował bowiem w mrocznych czasach komuny ze Stowarzyszenia PAX , zdecydowanie tajemniczej i niejednoznacznie konotującej się organizacji katolickiej, która z jednej strony układała się z władzą ludową, z drugiej – dopomogła wielu ludziom podziemia przez tę władzę prześladowanym, budowała znaczące i unikalne w tamtym czasie zaplecze gospodarczo – finansowe, ale także – bazowała na radykalnie narodowej, często antysemickiej pożywce ideologicznej, uosabianej przez Bolesława Piaseckiego.
Po przemianach 1989 roku PAX przekształcił się w Stowarzyszenie Civitas Cristiana , które najpewniej ma znaczny wpływ na mocno prawą stronę obecnej sceny politycznej puszczającą, mówiąc umownie i z przeproszeniem, bąkiewicze.
Taka trochę katolicka masoneria, której ukorzenienie próbują wyjaśniać historycy, ale której oblicze dla laików takich jak ja jest zasnute mgłą wielu niejasności.
Tak czy inaczej, jej zaplecze gospodarcze ma się chyba nieźle.
Sielskie widoki zespołu pałacowo – parkowego w Ojrzanowie nie przeczą tej tezie.


28 listopada 1520 roku, a więc równe 500 lat temu, flotylla dowodzona przez Magellana wypłynęła z cieśniny znanej obecnie pod jego imieniem, a wcześniej pod nazwą Cieśniny Wszystkich na otwarty Pacyfik !!!


Wydawało się, że powyższe spostrzeżenia zamkną listopadową, dość skromną, pulę opisową, ale ostatnie dni przyniosły smutną kumulację pożegnań osób dobrze mi znanych, czasem bardzo bliskich. Wspomnę tylko Ich imiona:
                  Iwona, Wiesław, Zbyszek, Tomek, Józef.

Wałem do chrzcielnicy

Czasami, gdy we własnych zasobach nie znajdę zdjęcia odpowiedniego dla zilustrowania czegoś – tam w blogu, szukam go “w internetach”. Chcąc przybliżyć Czytelnikom tytuł tego artykuliku, wpisałem do wyszukiwarki Bing hasło: “Wał pomorski – obrazy” i wyskoczyło mi to, co widać poniżej.
Nie doszukujcie się, broń Boże, w tej obserwacji żadnych podtekstów; zważcie tylko, że do sieciowego oceanu informacyjnego należy podchodzić ostrożnie i krytycznie.

Wiecie już zatem, że tytułowy Wał – to ten Pomorski (trochę więcej o nim na końcu wpisu), a co do chrzcielnicy, spójrzcie obok, proszę.
Różne durnoty widuje się podróżując tu i ówdzie, ale te ogromne mozaikowe napisy na przyczółkach wiaduktów nowobudowanych dróg ekspresowych w Wielkopolsce niewątpliwie zaliczyć można do szczytowych osiągnięć “myśli”. Wymyślacze czegoś takiego (o ile oczywiście można tu operować kategoriami pracy rozumnej) chcieli być może zasugerować przejezdnej publiczności, że Polska moczy się w Wielkopolsce (chrzest przez zanurzenie), lub odwrotnie – że jest przez Wielkopolskę spryskiwana (chrzest przez polanie). Mogło także chodzić, choć to mniej prawdopodobne, o powiązanie faktu ochrzczenia Mieszka I (który ponoć “wcześniej  w takich pogrążony był błędach pogaństwa, że wedle swego zwyczaju siedmiu żon zażywał”) i jego podwładnych przez nienazwanych hierarchów z zachodniej Europy z tym, że najnowsze wiadukty budowane są dzięki finansowemu wsparciu zachodniej Europy. Tak czy inaczej pozostajemy w przeświadczeniu, że estetyka uzewnętrzniania ekscytacji religijnej przez dawnych Wielkopolan stała na wyższym poziomie niż obecnych, co ilustrują obrazki Nieocenionnej Żonny Anny.
Klinicznym przykładem potwierdzającym powyższą tezę jest koszmarne, naszym zdaniem, wyobrażenie Papieża Wojtyły przed ładnym, stareńkim i trzymającym miłe dla oka proporcje, kościółkiem w Gąsawie:

W Gąsawie znaleźliśmy się nieprzypadkowo: ta niepozorna miejscowość miała we wczesnym okresie kształtowania się państwa piastowskiego większe niż dzisiaj znaczenie, podkreślone przez zwołanie tam w 1227 roku zjazdu książąt dzielnicowych. Jak wiadomo, potomkowie Krzywoustego prali się notorycznie i usiłując podporządkować sobie jedni drugich sięgali do bogatego arsenału metod politycznych epoki średniowiecza, z których spora część nie uległa większym zmianom do dzisiaj.
Podczas zjazdu w Gąsawie krakowski książę – senior ziem polskich Leszek Biały został więc po prostu zamordowany, gdy uciekał konno bez odzienia z łaźni, w której zaskoczyli go ludzie Świętopełka Gdańskiego .
Tenże wybitny (choć na lokalną skalę) władca wschodniego Pomorza, przybył na wspomniany zjazd w Gąsawie być może trasą podobną jak my z Gdańska, czyli przez Wał Pomorski. Niefortunną ucieczkę Leszka Białego z gąsawskiej łaźni upamiętnia zaś kontrowersyjnej klasy monument.

W krótkiej ekskursji po “Chrzcielnicy” było mi dane towarzyszyć dwóm Annom:  jednej zawdzięczamy rysunki i niektóre zdjęcia, drugiej zaś to, że będąc  naturalizowaną Wielkopolanką, świetnie zorientowaną w lokalnych ciekawostkach zawiozła nas z dużą wprawą do kilku z nich. Niektóre znane (choćby ze szkolnych wycieczek) jak: zamek kórnicki, pałace w Biedrusku czy Owińskach i zespół klasztorny tamże, oraz wspomniane i zilustrowane powyżej urokliwe drewniane kościółki. Także dzieło z przełomu tysiącleci (tego ostatniego!) – zaprojektowane i zbudowane od A do Z w Murowanej Goślinie “nowe – stare” miasteczko Zielone Wzgórza.

Zdarzyły się też wielkopolskie perełki nieznane (przynajmniej nam, przybyszom zza Wału Pomorskiego), spośród których zdecydowanie wyróżniamy Wyspę Edwarda, położoną na jeziorze Raczyńskim, w miejscowości Zaniemyśl i od pewnego czasu połączoną z kontynentem chybotliwą pływającą kładką, zafundowaną przez Unię.
Edward Raczyński, wielce zasłużony na licznych polach, lecz bujnego najwyraźniej charakteru arystokrata, do niezliczonych ekstrawagancji swojej doczesnej aktywności dołożył efektowny finisz poprzez odstrzelenie sobie głowy z niewielkiej armatki, którą widać na jednej z poniższych fotografii.

 Wielkopolskę zamieszkują Wielkopolanie którzy, obok wielkich zasług dla fundowania i podtrzymania polskiej państwowości, mają też opinię ludzi gospodarnych i praktycznych.
Rzuciło nam się w oczy kilka przykładów tych cnót, częstokroć uwidacznianych na stosownych inskrypcjach. Co do twarogu – wydawało się z daleka, że chodzi o sławne miejscowe specjały mleczarskie…

Wielkopolską przedsiębiorczością wykazał się także mieszkaniec Chodzieży, który po zadaniu nam kilku kontrolnych pytań na temat przebiegu epidemii na Wybrzeżu etc., zagadnął uprzejmie o możliwość przyznania mu piątala, do wykorzystania w pobliskim sklepie 24h. Miasteczko jest wszakże zacne, sławne fabryką fajansów i zdobne efektownymi dwoma rynkami, oraz licznymi świątyniami, a także prowokujące swą nazwą limerykowe rymy:

Raz katecheta z Chodzieży
badał, gdzie punkt “G” leży,
by metodycznie,
systematycznie,
objaśniać to młodzieży

 


Praktyczny zmysł obywateli “Chrzcielnicy” przejawiał się od wieków, choćby wtedy, gdy pod Ujściem w lipcu 1655 roku zebrały się rzesze pospolitego ruszenia wielkopolskiego , które szybko podało tyły przed nadciągającą armią szwedzką, bo przecież nadchodził czas żniw. Zdecydowało się ujść spod Ujścia.

Gwoli prawdy historycznej trzeba wszakże wspomnieć, że w późniejszych etapach zwalczania “potopu” Wielkopolanie stawali dzielnie,
goniąc Szweda i oblegając aż w dalekiej duńskiej Koldyndze. Wspomnialem o tym przed rokiem , ilustrując informację stosownym obrazem tego samego twórcy, który uwiecznił widoczną obok scenę spod Ujścia, czyli Józefa Brandta


Leżące nad Notecią Ujście przez wieki strzegło biegnącej wzdłuż tej rzeki granicy wielkopolsko – pomorskiej, a z czasem  polsko – niemieckiej.
Na północ od Noteci rozciąga się Wał Pomorski, kojarzony głównie z pasem umocnień, mających pod koniec II wojny światowej utrudniać posuwanie się sowieckiego frontu w kierunku Berlina. Został po ciężkich walkach przełamany przez działającą w ramach tego frontu armię polską, co ma swój smaczek historyczny, ponieważ zbudowano go na początku lat trzydziestych XX wieku dla obrony niemieckiego Pomorza przed… agresją ze strony ledwie co odrodzonego Państwa Polskiego.
Godzi się wspomnieć, że w klasyfikacji geologicznej tych terenów termin “Wał Pomorski” używany jest dla określenia antyklinorium (czyli wypiętrzenia warstw w postaci “grzbietu”), powstałego w erze mezozoicznej wskutek ruchów tektonicznych.
A dla nas to po prostu wielkiej urody tereny, obfitujące w lasy, jeziora i wymarzone na spływy kajakowe rzeki. Takie jak Grabowa, której fragment nie bez trudu pokonaliśmy w drodze Wałem do Chrzcielnicy (całość drogi dla pewności przebywając samochodem).

 

 

Na okoliczność końca słońca



Powiecie pewnie, że nadmiernie już ostatnio przynudzam z Gdańskiem i okolicami, na dodatek upiększając ten wpis na wstępie znaną z milionów pocztówek panoramką (tym razem złapaną sprzed sklepu znanej, do niedawna krajowej sieci, mieszczącego się na Cygańskiej Górze ).
Na swoje usprawiedliwienie wspomnę jedynie o wiadomej epidemii, która drastycznie ograniczyła możliwość przemieszczania się w bardziej egzotyczne strony, zaś Trójmiasto latem bywa atrakcyjne.
W tym roku jednak prawie nikt nam tu nie mówi w obcych językach, a polski ograniczony jest na ogół do kilku podstawowych słów.

  • Nie jest żadnym odkryciem konstatacja, że splot historycznych okoliczności uczynił Gdańsk, używając terminologii optycznej, z jednej strony soczewką skupiającą przełomy dziejowe w jednym punkcie, z drugiej zaś – soczewką rozpraszającą, dzięki której obserwator może z jednego miejsca mieć ogląd szerokiej perspektywy.
    Sławny ziomal Jan Heweliusz położył wielkie zasługi w rozwoju technik obserwacyjnych (jak też warzelniczych!) także po to, aby można było uznać Gdańsk za dobre miejsce do, trzymając się optycznej narracji, zastanowienia się nad pewnymi zbieżnymi cechami natury zjawisk historycznych oraz natury światła.
    Ta ostatnia wykazuje, jak w końcu po wiekach sporów uzgodniła większość uczonych, cechy dualne –  łączące właściwości falowe z korpuskularnymi, czyli cząsteczkowymi (proszę fizyków o wyrozumiałość).
    Naciągając i upraszczając paralele można dostrzec podobnego typu dualizm także w funkcjonowaniu ludzkich społeczeństw; niosące energię korpuskuły (tu: jednostki człowiecze) komasowane są w zbiorowościach podlegających falowaniom, jak też załamaniom, odbiciom, rozszczepianiu, skupianiu, a także – pochłanianiu.
  • Powyższe odkrywcze porównania przyszły mi do głowy, gdy w ostatnich dniach (jak co roku na przełomie sierpnia i września) nasze piękne miasto stało się areną trudnych do wyjaśnienia na gruncie ścisłego rozumu zjawisk.
    Dystans niewielu godzin dzieli okazje rocznicowe odległych o kilkadziesiąt lat przełomów dziejowych, które zbiegiem okoliczności zaistniały w Gdańsku: podpisania porozumień 31 sierpnia 1980 i pierwszych strzałów II wojny światowej 1 września 1939.
    Zaletą bliskości terminów obchodów jest, z punktu widzenia korpuskuł dominujących (tu zdecydowanie odchodzimy od fizycznych odniesień), uproszczenie logistyczne, pozwalające na wygłoszenie co najmniej dwóch przemówień w niemal jednym czasie i miejscu.
  • Z przemówień tegorocznych wypłynęło potwierdzenie znanego już od pewnego czasu faktu, że świetlna fala sprzed czterdziestu lat, strumień cząstek o potężnej energii, uległ rozszczepieniu, częściowemu pochłonięciu przez ciemną materię, a także licznym zafalowaniom.
    Upewnić się co do słuszności powyższej obserwacji można, rzucając okiem na sławne sierpniowe “Tablice 21 postulatów” i porównując ich treść z tym, co od kilku lat głoszą rozszczepiające się coraz bardziej, niestety, fale.
    Organizacja opatrująca się historyczną, ukutą przed czterdziestu laty nazwą, wszczęła ostatnio idiotyczną awanturę o zabranie rzeczonych tablic z doskonale urządzonej wystawy specjalnie zbudowanego Europejskiego Centrum Solidarności.
    Podejrzewam, że będąc w ostatnim czasie już tylko smętną przyporą koślawej partyjno – rządowej budowli, organizacja ta może mieć w zamyśle dyskretne wyretuszowanie pierwszych punktów zapisanych na tablicach, domagających się niezależności związków zawodowych od władz, wolności środków przekazu, czy form protestu. Podobnie jak, ręka w rękę z obecną władzą, pracuje usilnie nad wykrzywianiem historii po to, by zasługi ludzi tej władzy niechętnych ukryć, bądź przypisać je osobom “słuszniejszym”.
  • Falową naturę historii obrazuje nieźle to, co od niedawna dzieje się na sąsiedniej Białorusi, gdzie zdjęcia tamtejszego kacyka przypominać mogą sceny z Bukaresztu pod koniec “jesieni ludów” 1989 roku.
    “Geniusz Karpat“, “Caudillo”, “Führer”, “Bat’ka”, “Umiłowany Przywódca”, “Duce”, “El Commandante”, “Prezes”, czy jak tam ich nazywano – jeśli nawet uniknęli gwałtownej śmierci, to prędzej czy później bywali eksmitowani z mauzoleów, które miały im zapewniać wieczną i wdzięczną pamięć ludu.
    Niepomni tego wciąż rodzą się chętni do wszechwładzy w złudnej nadziei, że ich losy na obu brzegach Styksu  potoczą się milej, niż w przypadku poprzedników. Nie potoczą się.
  • Jeszcze kilka słów o innej fali, wiślanej mianowicie, która spływa z Warszawy do Gdańska wzbogacona o awaryjnie zrzucone stołeczne ścieki. 
    Partia i rząd jednoznacznie wskazują na sprawcę awarii, którym ma być Pan T.
    Szczęśliwie zawsze jest wina jakiegoś Pana T.
    Ja zaś powtarzam to, co napisałem na tych łamach rok temu, przy okazji identycznego nieszczęścia: złagodzić sytuację pomogłoby natychmiastowe zamknięcie wszystkich warszawskich pisuarów.
    Wiem, co piszę, bo w dziedzinie ścieków mam kompetencje zawodowe, w przeciwieństwie do rozważań historycznych, które snuję najzupełniej amatorsko.

 

 

 

 

 

 

 

Sopot

  •  Widniejący obok obraz mógłby sugerować kontynuację ptasich motywów, podjętych w poprzednim wpisie blogowym, ale nie – wyobrażona na nim mewa, będąca centralnym fragmentem herbu Sopotu, ma jedynie zasygnalizować zamysł poświęcenia kilku zdań temu unikalnemu miastu, objętemu w swoim czasie granicami Wolnego Miasta Gdańska.
    Jak przypomnieliśmy wcześniej, granica ta biegła wzdłuż potoku Swelinia, po którego drugiej stronie było polskie już – do 1939 roku – Orłowo (jednak znowu ptasie nawiązanie…), gdzie morenowe wzgórza kaszubskie toną w pochłaniających systematycznie ich klifowe urwiska morskich wodach.
  • Ludzie przywędrowali w te strony wkrótce po ustąpieniu lodowca skandynawskiego, który był sprawcą porzeźbienia terenu, no i powstania Bałtyku, a więc dobre kilka tysięcy lat temu. Łowili ryby, polowali na foki i próbowali to i owo uprawiać używając kamiennych narzędzi, bo była to epoka kamienia gładzonego, czyli neolitu. Relikty tamtego czasu znajdowano także w Sopocie, zwłaszcza w rejonie, gdzie znacznie później, bo około VIII wieku pobudowano grodzisko, zrekonstruowane obecnie w formie ciekawego skansenu archeologicznego.
    Zdjęcia obrazują grodzisko (fot. z sieci), oraz sopocką plażę (fot. prywatna) wkrótce po zlodowaceniach, kiedy jeszcze zdarzały się prawdziwe zimy .
    Kim byli ówcześni Pomorzanie: Germanami, jak chcieli niektórzy fachowcy niemieccy, czy Słowianami, do czego przekonują polscy zwolennicy teorii autochtonicznej  – nie da się przesądzić, choćby z powodu braku zachowanych nagrań mowy, jaką się posługiwali.
  • Pewne jest natomiast, że po upływie kolejnego tysiąca lat zaczęto doceniać lecznicze walory miejscowych źródeł solankowych i tworzyć infrastrukturę, pozwalającą zarobić na kuracjach ludzi chorych, oraz hipochondryków. Tak w XIX wieku szybko powstał kurort, z czasem obrastający instytucjami towarzyszącymi, jak tory wyścigów konnych, kasyno, molo, korty tenisowe, czy Opera Leśna.
    W okresie przynależności do Wolnego Miasta Gdańska, Sopot był już zdrojowiskiem o europejskiej renomie, konkurującym w skuteczności drenażu portfeli kuracjuszy z Monte Carlo, Baden-Baden czy Karlowymi Varami.
    Życie kulturalne w owym czasie bogate było w przedstawiane gościnnie wydarzenia odtwórcze, często wysokiej rangi artystycznej, wśród których prym wiodły sławne festiwale wagnerowskie w Operze Leśnej – jednak wybitnych twórców stale rezydujących w Sopocie trudno byłoby wskazać.
  • Sytuacja odwróciła się kompletnie po II wojnie światowej; historyczna zawierucha wymiotła dotychczasowych mieszkańców i osadziła w ich miejsce nowych, wśród których roiło się od postaci noszących głowy w chmurach, potrafiących nie tylko tworzyć dzieła wysokiej kultury, ale też klimat miejsca w niezwykłym stopniu uduchowionego artystycznie.
    Pomocna w tym była zachowana w ogromnej większości tkanka miejska, pozwalająca przybyszom od razu podjąć w miarę normalne życie, w którym reanimowane na siermiężną skalę przybytki gastronomiczne i kulturalne  miały ważny udział.
    Dobrze jest czasem pogadać z sopocianami przy piwie, a gdy się nie da – odwiedzić ich, wspinając się z trudem na zbocza nekropolii przy Malczewskiego.
  • Gdyby istniał obiektywny wskaźnik opisujący relację wpływu miast na życie kulturalne, naukowe, sportowe czy polityczne kraju do liczby mieszkańców tych miast, Sopot znalazłby się z pewnością “na pudle”.
    Wymienianie nazwisk i związanych z nimi dokonań pozostawię licznym poważniejszym i obszerniejszym niż ten blog publikacjom, przypomnę może tylko dla przykładu, że w całkiem nieodległej przeszłości jeden z mieszkańców Sopotu był premierem, a inny w tym samym czasie – prezydentem Polski. Panowie ci potrafili, mimo zasadniczych różnic w poglądach i interesach politycznych, rozmawiać, trącając się przy tym niejednym kieliszkiem wina.
    Drugi z nich miał wszakże (nieuświadomione przezeń zapewne) nieszczęście posiadania brata bliźniaka; stan nieuświadomienia owego nieszczęścia jest zresztą ciągle udziałem z grubsza biorąc połowy polskiego społeczeństwa.
  • Wróćmy wszakże do sopockiej atmosfery z lat sześćdziesiątych XX wieku, gdy raczkował tam polski big – beat, gdy w Non – Stopie zaczynały swoją karierę zespoły o dwukolorowych nazwach (obowiązkowo z czarnym jako jednym z tych kolorów) i legendarni soliści, gdy na hipodromie obstawiano wyniki gonitw w kasach Państwowych Torów Wyścigów Konnych, zaś w zakonspirowanych melinach kwitły inne, nielegalne według ludowej władzy, formy hazardu. Hazard  i szemrane interesy w podziemiu, “Perła Bałtyku” i wódka z zakąską na powierzchni, oraz artystyczny duch unoszący się powyżej – to był Sopot tamtych lat.
  • Każdemu, kto zechciałby wczuć się w tę atmosferę, polecam lekturę książki, która stała się białym krukiem już w momencie wydania. “Derda” to nazwa bardzo popularnej w owym czasie i owym miejscu gry karcianej, którą Autor chciałby przywrócić światu, wyjaśniając jej zasady na tle kryminalnej intrygi i z autopsji znanych mu obrazów Sopotu czasów gomułkowskich. Niech pozostanie tak, że Ryszard Zienkiewicz będzie jedyną wymienioną z nazwiska osobą w tym wpisie, bo jego pasjonacka i bezinteresowna działalność dotykającą tematyki sopockiej (a poza “Derdą” wydał także bazującą na własnych zbiorach monografię “Z pocztowych dziejów Sopotu”), oraz całkowicie niecelebrycki sposób bycia sprawiają, że “po prostu mu się to należało”.
    Na koniec akapitu zostawiam to, co powinno być na początku, to znaczy fotografie okładki pierwszego z wydanych drukiem dzieł Zienkiewicza, oraz ostatnich stron tego wiekopomnego wydawnictwa:
  • Napomknęliśmy dotąd pokrótce o niektórych sopockich przewagach, pozwólcie zatem zakończyć ten artykuł wzmianką o akademickich aspektach życia miasta.
    Powstało tam po wojnie i w większości dotychczas funkcjonuje (chociaż z reguły w zmienionych formach organizacyjnych) wiele poważnych instytucji, jak choćby Instytut Oceanologii PAN i Oddział Geologii Morza , Akademia Sztuk Pięknych, oraz będąca zalążkiem Uniwersytetu Gdańskiego – Wyższa Szkoła Handlu Morskiego.
    Ta ostatnia przyciągnęła niedługo po zakończeniu wojny dwójkę młodych ludzi, którzy – niezależnie od ich planów akademickich – wzięli ślub w sopockim magistracie.

    Nie zdążyłem szczegółowo tego zweryfikować, ale chyba kilka miesięcy przekoczowali w Sopocie, zanim przeprowadzili się do Gdańska – Wrzeszcza, gdzie przyszedł na świat ich pierworodny syn Piotr.
    Domniemywać zatem można, że prawdziwe początki Piotra tkwią w Sopocie, co miasto stara się zaakcentować w widoczny na zdjęciu sposób.

  • Sopot jak zwykle w letnim sezonie pełen jest turystów, którzy w tym roku do tradycyjnego ekwiwalentu pieniężnego za pozyskane tu atrakcje, dokładają jeszcze małe złośliwe wirusy, które oby jak najszybciej pozdychały!
    Bądźmy zdrowi na ciele i umyśle!

Ornitologia

 

Doroczny pobyt nad kaszubskim jeziorem w campingowych przyczepkach, w gronie przyjaciół, a przez jakiś czas – także gromady rodzinnego drobiazgu.
Przy ognisku pomimo starań nie udaje się uniknąć nawiązań do aktualnych tematów. W ostrym cieniu jeziornej mgły jawią się sylwetki kaczek, co skłania do ptasich rozważań, niesionych frazą narodowego eposu:

Gdziekolwiek w Polszcze, gdyście ku górze spojrzeli,
szybował w majestacie piastowski orzeł bielik,
z rozpostartemi skrzydły, co go unosiły
w powietrznych prądach w górę, by nie tracił siły
daremnie, lecz by orlim swym wzrokiem dostrzegał
co dla kraju najlepsze, w czym kraju potrzeba.

Pomny był ptak królewski zniewagi zaznanej
od moskiewskich pachołków: korony zabranej
razem z myśli swobodą tych, co myśleć zwykli,
i jak potem: „Duch zstąpił!” gromkim chórem krzykli,
wkrótce znowu w koronie ptaszysko nam lata,
zaś „ta ziemia” wróciła znów do „tego świata″.

Rychło wszakże w dół patrząc zoczyło ptaszydło,
że dość wielu zwycięzcom zwycięstwo wnet zbrzydło
i poczęli tych drugich darzyć brzydkim śmiechem,
chcąc Lechitom zastąpić Lecha innym Lechem,
krzycząc, że ból ich lepszy i większe zasługi
i że się im należy, choć kraj wpada w długi!

Gdy  spytano o orła narodu połowę,
ta orzekła, by przydać mu skrzydło… drobiowe
w miejsce jednego z orlich, bowiem suwerena
dziwi lot zbyt swobodny, bez usterowienia.
Słysząc to dumny orzeł zasępił się wielce,
że nie daj Bóg, a zechcą nałożyć mu lejce…

I raz jeszcze na “Ducha” obejrzał się bielik,
bowiem dostrzegł go u tych, którzy myśleć chcieli
dla swych dzieci i wnuków o dobrej przyszłości,
o dobrych przodków czynach, o z życia radości.
I uwierzył w odmianę oblicza “tej ziemi”
i w swój lot: znów swobodny, ze skrzydły własnemi!

Na koniec jeszcze inne ptactwo, troszkę czupurne, ale bez podtekstów: