Po drodze (4)

Drodzy Czytelnicy, chochlik internetowy sprawił, że ten wpis ukazuje się dopiero teraz, zamiast, jak powinien, w grudniu 2021. Poniżej znajdziecie wpisy ze stycznia i lutego 2022. Przepraszam w imieniu chochlika, Piotr.



Przed kwartałem tłumaczyłem się z tytułu wpisu “Po drodze”, bo istotnie po drodze natykaliśmy się na ślady tych, którym kiedyś tamtędy też było po drodze. Napomknąłem o zakonach rycerskich, które “po drodze” tam, lub z powrotem, bywały w średnich wiekach jedną z istotnych sił sprawczych kształtujących rzeczywistość, ze skutkami widocznymi do dzisiaj. A że wątek jakoś “się kontynuował”, to idąc na łatwiznę tytułowałem wpisy w kolejnych miesiącach tak samo, tylko z numerkiem. Niniejszym jednak solennie postanawiam pomyśleć o dobrej zmianie w tym zakresie, zamykając sekwencję jesienną jeszcze małym akcentem joannickim, zaobserwowanym również po drodze, ale niedalekiej. 
Widoczna na zdjęciu figura, klasą artystyczną dorównująca niektórym opisywanym już w tym blogu wyobrażeniom Jana Pawła II, przedstawia najpewniej mnicha – rycerza Suwerennego Rycerskiego Zakonu Szpitalników Świętego Jana, z Jerozolimy, z Rodos i z Malty (łac. Supremus Militaris Ordo Hospitalarius Sancti Ioannis Hierosolymitani Rhodiensis et Melitensis, pot. szpitalnicyjoannicikawalerowie maltańscy) i “zdobi” skwerek w pomorskich Skarszewach.
Inne ujęcia skwerku i pobliskiego otoczenia, a zwłaszcza niektórych plenerowych rekwizytów, też są niebanalne:

W Skarszewach znaleźliśmy się – a jakże! – po drodze, pokonywanej tym razem na rowerach i prowadzącej oznakowanym (kiepsko niestety) szlakiem Joannitów. Bo to oni, otrzymawszy od księcia lubiszewsko – świeckiego Grzymisława u schyłku XII wieku znaczny kawał Kociewia w rejonie Starogardu, po jakimś czasie gospodarzenia ulokowali w dogodnym komunikacyjnie i strategicznie miejscu miasto Skarszewy, ustanawiając je siedzibą jednej ze swych pomorskich komandorii.



Herb Skarszew jest dość makabrycznym wyobrażeniem głowy patrona zakonu, św. Jana, którą postradał on z rozkazu króla Heroda, wydanego dla kaprysu tańczącej przed nim Salome. Nieco szerzej wspomnieliśmy o tym,  relacjonując przed czterema laty odwiedziny miejsca zdarzenia w Mukawirze, w obecnej
Jordanii. Głowa ewangelicznego nieszczęśnika zdobi także herby szeregu innych miast (choćby Wrocławia), zaś kompletna jego postać patronuje, jak wspomniano, zakonowi Joannitów, fundatorów Skarszew. Warto zwrócić uwagę na praktyczną poradę umieszczoną w dolnej części miejsko – gminnej tablicy informacyjnej i starać się porady tej przestrzegać bez względu na to, czym się jedzie. Wielu twierdzi, że może to dotyczyć także poruszania się na rowerze.

Poświęćmy jeszcze chwilę uwagi Joannitom, których ślady pobytu spotykamy “po drodze”: a to w Poznaniu, a to na Cyprze, a to w Jordanii czy Izraelu, no a przede wszystkim – na Malcie. Ostatnio zaś  – na Kociewiu, co staramy się pokrótce pokazać i opisać niniejszym. Urzędowali w tej okolicy przez blisko dwieście lat, czyniąc – jak to zwykle bywa – na przemian rzeczy pożyteczne i niegodne.
Byli to z jednej strony roztropni gospodarze, z drugiej zaś – dobrze wyposażeni i doświadczeni w walkach rycerze, którzy zaprowadzali swoje porządki i pilnowali ich twardą ręką. Wywodząc się wszakże z kręgu śródziemnomorskiego, tam przede wszystkim upatrywali swoich interesów i tam starali się lokować swoje główne siedziby.
Tak kształtowana w pierwszych wiekach funkcjonowania praktyka (a pewnie i sterowanie z poziomu papiestwa i cesarstwa), skłaniała ich do ograniczania swojej aktywności w północnej Europie. Efektem było odsprzedanie w 1370 roku kociewskich włości pobratymcom – Krzyżakom, dla których ta część kontynentu stała się, jako dla zakonu wywodzącego się z krain niemieckich, najdogodniejszym rejonem ekspansji.
Po Joannitach pozostały zaś liczne i znaczące ślady, jak choćby kościół w podtczewskim
Lubiszewie , zobrazowany udatnie przez Waszą (i moją) ulubioną ilustratorkę, która ostatnio stanowczo zbyt rzadko się tu udziela.

 Kończę nie rozwlekając tematu, jako że ten (i kilka poprzednich, również pisanych “po drodze”) wpis wypływa z klimatów jesiennych i chcę zdążyć z jego zakończeniem przed upływem kalendarzowej jesieni, co nastąpi lada dzień.
Przypominają o tym także choinki na tle jesiennych kwiatów i leśnych kolorów. Żegnam się więc do stycznia, życząc Czytelnikom znalezienia pod domowymi choinkami najmilszych niespodzianek. 

 

Po drodze (3)

Komandoria. Spotkaliśmy się z tym terminem przed miesiącem, smakując wyborne cypryjskie wino, które swą nazwę wzięło od jednostki organizacyjnej zakonów rycerskich (czasem, zwłaszcza w przypadku Krzyżaków, mówi się o “komturii”, jednak nic mi nie wiadomo, aby ten termin przeniósł się na nazwę jakiegokolwiek trunku).
W tym miejscu wypada uderzyć czołem przed oceanem mądrości emitowanej z ust Nominalnej Głowy Państwa (NGP), że mianowicie nie należy ustawać w trudzie uczenia się, bez względu na sytuacje, w której się znajdujemy.
NGP zapewnia że uczy się bezustannie, zatem i my staramy się naśladować ten światły wzór, bo na uzupełnianie wiedzy nigdy nie jest za późno.
Nauczyliśmy się choćby niedawno, przy okazji corocznej jesiennej wizyty w gościnnych progach Anny K. , że znajdują się one w poznańskiej dzielnicy “Komandoria”, nazwanej tak nie tylko na cześć sławnego wina.
Jest to bowiem teren, na którym książę Mieszko Stary w 1187 roku osadził szukających w Europie bezpieczniejszych niż w Palestynie siedzib Joannitów, a ci utworzyli tu swoją komandorię właśnie.

Istniejący tam wcześniej kościół św. Michała Archanioła  przemianowali braciszkowie na wezwanie swojego patrona św. Jana, dodatkowo – zgodnie z topografią miasta – przydając mu określenie “za murami”. Dziś jest to najstarsza poznańska świątynia.
Na pamiątkę Joannitów, Kawalerów Maltańskich, okolica obfituje w elementy nazewnicze, przywołujące nazwę śródziemnomorskiej wyspy.
Najbardziej znane, szczególnie pośród kibiców wioślarstwa, jest jezioro Malta – sztuczny zbiornik zbudowany w połowie XX wieku, na którym urządzono sławne tory regatowe. Joannitów w Poznaniu nie ma już od dwustu lat, ale ich przejęte przez miejscową diecezję dobra ciągle bywają źródłem niesnasek pomiędzy lokalnym tronem i ołtarzem


“Ołtarz” wielkopolski (i w ogóle – polski) przedstawia skądinąd współcześnie obraz dwubiegunowy: z jednej strony przepięknej urody stare kościółki, kościoły, katedry i pozostałości gospodarczej oraz kulturotwórczej  (nie tylko w warstwie estetycznej) spuścizny tysiącletniej obecności Kościoła z wszystkimi jego wariacjami organizacyjnymi, z drugiej – relikty systematycznego  ukoszmarniania tego wizerunku w ostatnich czasach.
Przed rokiem dzieliłem się już w tym blogu wrażeniem, jakie czynią mijane “po drodze” wielkie napisy “Poznań i Gniezno Chrzcielnicą Polski”, albo karykaturalne wyobrażenia Papieża Wojtyły. Teraz kilka nowych fotek z obu biegunów:

Obiekty sakralne same pchają się przed obiektyw, bo w naszym krajobrazie najczęściej są elementem wyróżniającym się. Można wszakże łatwo ten wizerunek, łagodnie mówiąc, uczynić nie tak zachwycającym.


Dzieje znaczone trwałymi, zwieńczonymi krzyżem budowlami, dają się nieźle śledzić. Dodatkowo dokumentują je coraz liczniejsze w miarę upływu lat źródła pisane, które nie istniały na naszych terenach przed zaczątkami piastowskiej organizacji państwowej, pokrywającymi się z grubsza z pierwszymi działaniami chrystianizacyjnymi. Miało to miejsce, jak wiadomo, w drugiej połowie X wieku, od którego to czasu historia obecnej Polski zaczyna mieć coraz solidniejszą dokumentację.
Fachowcy zachodzą jednak w głowę i od dawna spierają się o to, co działo się na ziemiach zwanymi “piastowskimi” (a ostatnimi czasy także “chrzcielnicą”) na kilka dziesięcioleci przed wydarzeniem, zwanym w uproszczeniu “chrztem Polski”.
Archeologicznie udokumentowane fakty świadczą (przynajmniej dla rejonu Kujaw i Wielkopolski) o tym, że niewiele lat przed “chrztem” funkcjonujące wcześniej maleńkie gródki plemiennych szefów zostały bądź doszczętnie zniszczone, bądź też posłużyły jako baza dla szybkiego powstania znacznie większych i mocniej ufortyfikowanych siedzib lokalnej władzy.
Kto był w stanie dokonać tak radykalnego postępu w krótkim czasie?
Hipotez jest kilka, a wszystkie w sporej mierze bazują na spekulacjach i dowodach nie wprost, bo dowodów wprost – zwyczajnie brakuje.
Niezbitym faktem wszakże są pozostałości X – wiecznych, potężnych jak na ówczesne czasy, powstałych w szybkim tempie ośrodków, jak poznański Ostrów Tumski (podobnie jak wrocławski zresztą), Ostrów Lednicki, Gniezno czy Giecz.
Ten ostatni, nieco rzadziej odwiedzany przez turystów gród, robi naprawdę duże wrażenie ogromem ziemnych obwałowań, których kubatura wymagałaby, jak ktoś obliczył, zaangażowania dwudziestu tysięcy wielkich wywrotek. A że pierwsi Piastowie nie dysponowali taką flotą samochodową, to niech Szanowny Czytelnik spróbuje przeliczyć to na taczki z drewnianym kółkiem, lub noszone na plecach kosze. Taka symulacja pozwoli zdać sobie sprawę z siły i efektywności działania władzy, która była zdolna wyegzekwować podobny nakład pracy.

Grodziszcze w Gieczu osiągnęliśmy bez kłopotu, podczas gdy dostępu na Ostrów Lednicki broniła grupa konnych, którzy baczyli, aby poza sezonem turystycznym na wyspie nikt nie mógł wylądować. Nawet Bolesław Chrobry musi czekać do wiosny, wskutek czego zupełnie zdrewniał.

Poruszaliśmy się w tym odcinku blogu w mniej więcej trzystuletnim zakresie czasowym, znaczonym od pojawienia się piastowskich ośrodków władzy w połowie X wieku, do solidnego zagospodarowania się Joannitów w połowie XIII wieku. W Poznaniu przemierzenie dystansu dzielącego te dwie epoki wymaga odbycia niedługiego spaceru pomiędzy kościołem św. Jana Jerozolimskiego (“za murami”), a Ostrowem Tumskim, nad którym góruje katedra. Po drodze mija się uroczą małą dzielnicę Śródka, gdzie na dość paskudnej zapewne wcześniej ścianie (aż się nie chce wierzyć, że płaskiej!) powstał fantastyczny mural.

 

Wkrótce, w kolejnym wpisie (z którym mam nadzieję zdążyć przed końcem jesieni) znajdziecie jeszcze kilka obserwacji poczynionych “po drodze”, a dotyczących rycerzy zakonnych, którzy najczęściej byli w drodze.

Po drodze (2)

Zaczynam pisać ten artykuł oczekując na werdykt jury Konkursu Chopinowskiego 2021, któremu skądinąd nie zazdroszczę rozterek przy wyborze zwycięzcy spośród fantastycznej stawki młodych pianistów.
A wspominam o tym, bo jakoś tak mi się porównały dwie postaci, obecne ostatnio w mediach, które łączy wyłącznie arcypolska spółgłoska “sz” na początku nazwiska.
Więc Chopin (czyt.: Szopę😉), oraz Szydło (czyt.: Szydło) – dwa bieguny skali postrzegania Polski w Europie i świecie, oraz jej tam obecności.
Lub nieobecności.


Wróćmy jednak do tego, co zdarzało się “po drodze” kiedyś, a czego ślady znajdujemy tu i ówdzie “po drodze” dzisiaj. Kolejna panoramka obrazuje umieszczoną na cypryjskiej plaży instalację w postaci wielkiej piły dwuręcznej, żegnającej słońce zapadające w wody śródziemnomorskiego Basenu Lewantyńskiego.


Piła żegna słońce codziennie, odkąd ją postawiono, zapewne z jakimś zamysłem artystycznym. Może chodziło o rzewne wspomnienie cedrowych lasów, wytrzebionych Cyprze przez wieki dość skutecznie, chociaż na szczęście – nie do końca.

Zaniosło nas dość niespodziewanie na tę wyspę, od najdawniejszych czasów obdarzaną przeróżnymi dodatkowymi określeniami; a to – że Afrodyty, a to – że kocia, a to – że rajska (chodzi najpewniej o raj podatkowy).
Omijaliśmy starannie większe miasta, a jeszcze staranniej – rozrastające się, niestety, wzdłuż wybrzeży przybytki masowego przemysłu turystycznego. Dzięki temu mogliśmy cieszyć się kontaktami z ludnością tubylczą, o której chce się mówić rzeczy prawie wyłącznie sympatyczne.
Prawie, bo z tej oceny należałoby wyjąć tamtejszych kierowców, którzy potrafią w niemiły sposób okazać całkowity brak zrozumienia dla przybysza z północy, chcącego wynajętym wehikułem włączyć się do ruchu na normalnych zasadach.
Ten niemiły zgrzyt jest spuścizną kilkudziesięcioletnich rządów Brytyjczyków, po których można by się spodziewać lepszych manier, niż poruszanie się nie tą co reszta świata stroną drogi.


Drogi cypryjskie nie mają, poza powyższą obserwacją, większego znaczenia dla snucia naszych refleksji, ale sama wyspa od zawsze była komuś po drodze.
Chociażby krzyżowcom, dla których z uwagi na bliskość będącej ich celem Ziemi Świętej, była naturalną bazą logistyczną i zaopatrzeniową. Z czasem zaś, gdy przestawało im się w owej Ziemi darzyć, Cypr stawał się ich trofeum.

Jak pamiętamy, pierwsze wyprawy krzyżowe na Bliski Wschód zaowocowały między innymi powstaniem zakonów rycerskich i osiągnięciem przez nie potęgi pozwalającej istotnie wpływać na bieg spraw w Europie.
Na przełomie XI / XII wieku Joannici i Templariusze, a kilkadziesiąt lat po nich – Krzyżacy (używam tu zwyczajowych, uproszczonych nazw) zaczynali w sposób nadzwyczaj zbożny, strzegąc świętych przybytków, bądź sprawując szpitalną opiekę nad uczestnikami krucjat.
Wszystkie trzy bractwa zmuszone były pod koniec XII wieku zmykać z Ziemi Świętej i znalazły swoją pierwszą przystań na pobliskim Cyprze, przy czym Templariusze odkupili wyspę od jednego króla i zaraz sprzedali innemu królowi, zachowując jednak znaczne posiadłości. Rozległe dobra, uzyskane drogą najróżniejszych nadań i innych kombinacji mieli też Joannici, którzy urośli dodatkowo po przejęciu włości Templariuszy, gdy tych ostatnich w nagłym trybie zlikwidował (częstokroć fizycznie) król Francji Filip IV.
Zakonne dobra, dające zacne dochody dzięki produkcji cukru trzcinowego i wina chronione były przez załogi niewielkich zamków, jak te na zdjęciach powyżej.


Jeśli zaś o wina chodzi, to właśnie czas funkcjonowania na Cyprze zakonnych komandorii przyczynił się do ich rozsławienia. Dziś ciągle bywają świetne.
Te najsławniejsze zaś od wieków noszą nazwę “Commandaria” (gdyby były wątpliwości, to na lewym zdjęciu poniżej widać fragment kciuka lewej dłoni, ujmującej butelkę).


Krzyżaków (którzy również uszczknęli to i owo z cypryjskich włości) w tym blogu było, jest i pewnie będzie jeszcze sporo, bo ich spuścizna najmocniej naznaczyła wizerunek południowego wybrzeża Bałtyku, stanowiącego skądinąd północną granicę Polski.
Nad Templariuszami popracujemy jeszcze kiedyś, natomiast Joannici pojawią się już wkrótce. Pojawią się zresztą kolejny raz, bo przecież gościli już na naszych łamach, choćby w obszernej relacji z Malty.
Istotnym rysem bliskowschodnich, katolickich wypraw krzyżowych, obok starań o wyparcie muzułmanów z Ziemi Świętej, było podkopywanie na wszelkie możliwe sposoby pozycji wschodnioobrządkowego chrześcijaństwa w ciągle jeszcze będącym w niezłej formie Cesarstwie Bizantyjskim. Ten ostatni zamysł udał się zresztą najlepiej, co walnie przyczyniło się do upadku Bizancjum po stu kilkudziesięciu latach od ustania krucjat.
Chrześcijaństwo rytu wschodniego przetrwało wszakże, jak wiadomo, do dzisiaj, emanując ilością i bogactwem swoich przybytków w takich miejscach, jak Cypr.
Częste są tam, by zacytować jednego z lokatorów wspomnianego przed miesiącem Lidzbarka Warmińskiego, biskupa Ignacego Krasickiego, enklawy w których widać “bram cztery ułomki, klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie – domki”. Szczęśliwie wśród tych przybytków dadzą się czasem znaleźć knajpki z całkiem smacznymi specjałami.


Dla odprężenia proponuję PT Czytelnikom obejrzenie ograniczonej ilości cypryjskich widoków, zamieszczonych bez wyraźnej myśli przewodniej.


Kończę pisać ten artykuł, znając werdykt jury Konkursu Chopinowskiego 2021 i mimo własnych spostrzeżeń, absolutnie go akceptując, jako werdykt niezależnego ciała rozsądzającego.
Równolegle zmagam się, podobnie jak zapewne gros Czytelników, z gniewem opanowującym normalnego człowieka, słyszącego o możliwych sposobach odnoszenia się do niezależnych werdyktów wydawanych przez sądy, których jurysdykcję strony wcześniej zaakceptowały.
Dokładniej: sposobach jeszcze niedawno wydających się niemożliwymi!
Jeśli ktoś mi zarzuci, że powyższe uwagi są na poziomie właściwym dla przedszkoli, to potwierdzę: już przedszkolacy powinni mieć (i najczęściej mają) świadomość podstawowych reguł funkcjonowania zbiorowości.
Nie jest jednak pewne, czy dotyczy to osób, które w dzieciństwie dopuściły się takich uczynków, jak kradzież księżyca (do spółki z bratem – bliźniakiem).

 

 

 

 

Po drodze (1)

W tytule chodzi o drogę z Gdańska do Kurlandii, którą trzeba przemierzyć lądem (przez jakiś czas latały samoloty do Rygi, ale przestraszyły się wirusów), aby zakosztować opisanych przed miesiącem radości spływania w kajakach pięknymi i bezludnymi tamtejszymi rzekami.
Znaczną część trasy pokonuje się krętymi i wąskimi, a ponadto starannie obsadzonymi na poboczach solidnym drzewostanem, warmińsko – mazurskimi szosami, okupując wrażenia podziwu dla mijanego krajobrazu uczuciem ciągłego niepokoju co do własnego losu za kolejnym ostrym zakrętem.
Niemniej systematyczne, ale znacznie wolniejsze i nie grożące wypadkami drogowymi, tempo postępowania tymi szlakami notowały napierające na pogańskich Prusów zagony wszelkiej maści rycerstwa, niosącego na swych pikach i mieczach światło chrześcijaństwa.


Działo się to z największym natężeniem w pierwszej połowie XIII wieku, kiedy to katoliccy decydenci doszli do wniosku, że łatwiej i taniej będzie podbijać krainy nadbałtyckie, zamiast obrywać coraz większe cięgi od muzułmanów podczas krucjat bliskowschodnich.
Północne wyprawy krzyżowe pojawiały się w tym blogu niejednokrotnie; zachęcam do przypomnienia sobie wpisów objętych kategorią “krucjaty” .
Aż korci tutaj przywołanie trafnej obserwacji z szeregu historycznych zmagań futbolowych, gdzie, jak pamiętamy, wszyscy walczyli miedzy sobą, a na końcu i tak wygrywali Niemcy (których synonimem dla wielu, bez względu na obowiązującą akurat szkolną podstawę programową, są i będą Krzyżacy).
Warto dodać, że wygrywali wtedy, kiedy grali prawdziwie zespołowo, pod przywództwem świadomym celów zespołu i na rzecz tego celu pracującym (to skądinąd minimalne wymogi wygrywania, nie tylko w niemieckim wydaniu).
I tak niepostrzeżenie cofnęliśmy się o jakieś 800 lat, kiedy to uformowany ledwie ćwierć wieku wcześniej (w trakcie trzeciej krucjaty bliskowschodniej, w 1190 roku), Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, znany w Polsce jako Zakon Krzyżacki, podjął aktywność chrystianizacyjno – kolonizatorską na ziemiach pruskich, szybko stając się dominującym graczem w tej materii.
Twórcą potęgi Zakonu był jeden z gigantów europejskiej polityki początków trzynastego wieku, Herman von Salza – gość o niebywałej jak na ówczesne standardy komunikacyjne ruchliwości, talentach dyplomatycznych i precyzyjnie zaprogramowanej wizji swojej kariery jako Wielkiego Mistrza.


 Von Salza stawał na uszach, aby tworzone na podbitych pruskich ziemiach struktury kościelne były w jak największym stopniu powiązane ze sprzyjającym Krzyżakom stronnictwem cesarskim, co w dużej mierze się udało. Nieco odrębny, bardziej powiązany z papiestwem status uzyskała jedynie diecezja warmińska, której siedziba na kilka wieków ulokowała się w Lidzbarku Warmińskim , a która po niekorzystnie dla Zakonu zakończonej wojnie trzynastoletniej inkorporowana została do Korony Polskiej, pozostając w granicach Rzeczpospolitej aż do rozbiorów.
Świetnie zachowany zamek biskupi w Lidzbarku przypomina tę historię.


Podróż przez Warmię dostarcza widoków charakterystycznej dla południowobałtyckiego wybrzeża architektury gotyckiej, tak kościelnej, jak i świeckiej, utrzymanej w podobnej konwencji – niczym z katalogu projektów typowych.
Niemałe zdziwienie zatem wywołuje stojąca opodal szosy drewniana cerkiewka, przywodząca w pamięci te oglądane przed dwoma laty na Podkarpaciu

We wsi Godkowo, w której cerkiewka zaistniała zaledwie przed kilku laty, jest spora ilość mieszkańców przesiedlonych tu pod koniec lat czterdziestych XX wieku, w ramach niesławnej akcji “Wisła”, wyznawców grekokatolicyzmu (w niuansach związanych z relacjami poszczególnych chrześcijańskich “podwyznań” należy poruszać się ostrożnie, bo łatwo tu o błąd).
Zachęcam do kliknięcia na link przy nazwie Godkowo; autor opisu w Wikipedii zakreślił interesująco historię Warmii. Przypomniał choćby o przemarszach wojsk podczas wojen polsko – szwedzkich, wspominanych przez nas niedawno w artykułach o dynastii Wazów, czy też francuskich prących na Rosję i zmykających stamtąd w 1812 roku.
Równie ciekawym obiektem, łączącym wschodnie obrządki chrześcijańskie z krzyżacką historią jest używany obecnie jako cerkiew, także przez osiedlone w pobliżu ofiary akcji “Wisła”, kościół w żuławskim Żelichowie, leżący prawie “po drodze”.
Wkrótce zaś przedstawimy Czytelnikom krzyżacko – prawosławne wątki z nieco dalszych stron.

KURRRRRR landia

Świat spiskuje przeciwko Polsce, a przynajmniej przeciwko jej połowie.
Odwetowcy niemieccy, syjoniści izraelscy, imperialiści amerykańscy, tęczowa międzynarodówka, postkolonialni uciekinierzy, unici, holenderscy narkobiznesmeni, czescy ateiści, afgańscy talibowie, ukraińscy nacjonaliści, białoruscy łukaszenkowcy, litewscy rewanżyści i , naturalnie, szwedzkie popłuczyny popotopowe, a także – wymierające bałtyckie śledź i dorsz.
Do tej listy dołączyła ostatnio Łotwa, a właściwie – powiązana onegdaj ściśle z Rzeczpospolitą jej południowo zachodnia część, Kurlandia.

Kurlandzka szykana, polegająca na znacznym obniżeniu poziomu wody w rzekach, trafiła jednak nie w tę połowę Polski, która w każdej niedogodności wietrzy spisek. Znany już Państwu z poprzednich lat KKK (Klub Kochającyh Kajaki) pokonał uciążliwe nieco pola nenufarów i grążeli z uśmiechem i pieśnią na ustach, przepływając rzeki Engure, Rinda i Irbe od jeziora Usma do Bałtyku.


Dokładnie trzy lata temu relacjonowałem pokrótce spływ KKK inną łotewską rzeką, nieco bardziej na wschód płynącą Salacą.
Tegoroczne wrażenia były dość podobne, przepełnione ciszą, bezludnością i przyrodniczym bogactwem, ale ponadto – świadomością przebywania w sercu krainy, która przez dwa stulecia wymieniana była, obok Polski właściwej i Litwy, jako trzecia część składowa Rzeczpospolitej.


Księstwo Kurlandii i Semigalii stało się lennem Rzeczpospolitej w 1561 roku, gdy ostatni Wielki Mistrz inflanckiej gałęzi Zakonu Krzyżackiego (wcześniej – Kawalerów Mieczowych), Gotthard Kettler uznał, że taka zależność jest bardziej opłacalna niż podporządkowanie się rosnącej w siłę Moskwie.
Ponad dwieście lat trwała niezła passa tego regionu, znaczona rozwojem gospodarczym i kulturalnym, ale od czasu do czasu również – zawieruchami związanymi z wojnami północnymi, toczonymi z upodobaniem i zmiennym szczęściem poszczególnych ich uczestników między Rzeczpospolitą, Szwecją i Rosją. Ta ostatnia zwiększała stopniowo swoją przewagę i wpływy na terenach inflanckich, wieńcząc ten proces aneksją pod koniec osiemnastego wieku. Kurlandia była później dostarczycielką wykształconych kadr administracyjnych i wojskowych, noszących w związku z tym niemiecko brzmiące nazwiska, a urzędujących w znacznej liczbie w zaborze rosyjskim na ziemiach litewskich i polskich. 


Śladów cywilizacji trasa spływu zdecydowanie nam poskąpiła.
Deficyt ten udało się nadrobić, gdy w drodze powrotnej do domu zatrzymaliśmy się na dzień w Wilnie.
Miasto wypiękniało ostatnimi laty, ale jego topografia w zasadniczych zarysach pozostaje niezmienna.
Ciągle chcąc przejść z placu katedralnego do Ostrej Bramy trzeba minąć rozległą dzielnicę żydowską, zaś likwidacja polskiego bazarku za Ostrą Bramą nie pociągnęła za sobą likwidacji innych urokliwych zaułków w tamtym rejonie.
Ciągle też da się w wielu miejscach smakowicie pojeść i popić.
A także, mając trochę szczęścia, spotkać się i pogawędzić z jedną z ikon magicznego miasta – Szurką, z którą zetknęliśmy się już kiedyś na tych łamach (wprawdzie “łamy” odnoszą się do tekstu drukowanego, ale niech tak tu zostanie, bo nie wiem, jaki mógłby być odpowiednik w przypadku pisaniny elektrycznej).

 


Złożyło się (może z woli Allacha, może kogoś innego?), że podczas naszego oderwanego od cywilizacji spływania pribałtyjskimi rzekami, rozkręcała się na całego rozróba w Afganistanie. Łotwa i Litwa, z których wracaliśmy, zostały dotknięte “wstrzykiwaniem” im afgańskich uchodźców przez wąsatego bat’kę zza miedzy nieco wcześniej i z dużym trudem usiłują w cywilizowany sposób nad tym problemem zapanować.
Katolickie, acz nieustannie powstające z kolan, władze polskie, zmierzyły się z kłopotem czerpiąc garściami wskazówki z niewiadomego pochodzenia ewangelii, zalecającej wstrzymanie się od podania wody spragnionemu.
Zaprawdę, powiadam Wam, Polska Wojtyły przegrywa z Polską Dziwisza. Amen.

Dannebrog

  •  Napomknąłem w poprzednim wpisie o obrzydliwej kampanii antygdańskiej, przebijającej się w partyjno – rządowej propagandzie w ostatnich tygodniach. Jednym z jej absurdalnych motywów przewodnich jest “proniemieckość” mieszkańców i władz miasta.
    A zamiast tego mogło się zdarzyć, że telewizja tow. Kurskiego zapluwałaby się gdańską “produńskością”, bo na przełomie XII i XIII wieku będąca wówczas u szczytu potęgi Dania miała ponoć miasto w swoich rękach, podobnie jak całe Pomorze.
    Był to jednak stan krótkotrwały; król Waldemar II zdecydował się skoncentrować na zdobyciu Estonii w ramach ciągu północnych krucjat, jak też na ugruntowaniu swojego władztwa u nasady Półwyspu Jutlandzkiego.


  • Do Estonii także udała się współcześnie gdańska ekipa KKK, czyli prezentowanego już Czytelnikom przed rokiem, przy okazji wzmianki o spływie na Łotwie, Klubu Kochających Kajaki. Wrażenia kajakarskie, oraz ogólnoturystyczne (tych było wprawdzie niewiele, bo spływ wiódł przez z rzadka zamieszkałe okolice) równie dobre, jak z Łotwy.
  • Rzeki Vohandu (najdłuższa w Estonii) i Ahja ciążą swymi zlewniami w kierunku kompleksu jezior Pejpus – Lammi – Pskowskie , leżącego na granicy z Rosją. Tam też dotarliśmy do Räpina, jedynego miasteczka jakie spotkaliśmy w estońskich ostępach. Estonia ma najmniej osadów posowieckiej mentalności i stylu życia ze wszystkich krajów bałtyckich; wszędzie jest czysto, porządnie, przyjaźnie, a poza tym – nie ma problemu z dogadaniem się po angielsku lub rosyjsku (bliski fińskiemu język lokalny jest dla przeciętnego przybysza nie do pojęcia).
    Jeśli kręcą Was kajaki na pięknych, bezludnych, często niełatwych rzekach – ruszajcie do Estonii! Niezbyt liczne, ale dobrze urządzone pola biwakowe (z reguły przy gospodarstwach), spektakularne wąwozy wycięte w piaskowcowych utworach, żurawie i czaple kilometrami pilotujące kajakarzy i …cisza.


    Wróćmy jednak do spojrzenia w tylne lusterko i przypomnijmy kilka epizodów z historii tej okolicy, aby na koniec wyjaśnić tytuł niniejszego wpisu.
    Krucjaty północne to temat nam bliski, bo działy się na nieodległych terenach i niejednokrotnie były w tym blogu przywoływane.
    Religijny fanatyzm i polityczne wyrachowanie, mieszane w różnych proporcjach, napędzały w średniowieczu organizację gigantycznych przedsięwzięć, jakimi były wyprawy krzyżowe. Wyrosły na nich potężne zakony militarne, jak Joannici, Templariusze czy Krzyżacy (to skrócone nazwy powszechnego obiegu, nazwy oficjalne były dużo dłuższe i pełne szczytnych odwołań ) ; niejednokrotnie wspominaliśmy tu o ich aktywności na rzecz ołtarza przenikającego się z tronem (tronami).
    Wyparci z Ziemi Świętej przez muzułmanów, jęli braciszkowie poszukiwać zajęcia między innymi w północnej Europie, gdzie wciąż było niemało pogan, a ziemie obfitujące w rozmaite bogactwa – kusiły. Współdziałali z nimi, a jednocześnie współzawodniczyli, liczni większego lub mniejszego formatu władcy niemieccy, skandynawscy, polscy, czescy etc., a także grupy interesów z Hanzą na czele.
    Wyprawy przeciw nadbałtyckim poganom uzyskały papieski status “Krzyżowych”, co pozwalało ich uczestnikom osiągać wszystkie przynależne splendory ze sfery okołoreligijnej, przy jednoczesnym usankcjonowaniu działalności konkwistadorsko – rabunkowej.
    Warto wspomnieć, że krucjatowa ideologia obejmowała także (półoficjalnie) walkę z “heretyckimi”, według papieskich kryteriów, odłamami chrześcijaństwa, czego efektem było m.in. zdobycie Konstantynopola przez IV krucjatę,  a w interesującym nas rejonie – próba ekspansji Kawalerów Mieczowych (krótko wcześniej inkorporowanych przez Krzyżaków)  na Ruś Nowogrodzką .

    Ten ostatni epizod, zakończony sromotną klęską rycerzy zakonnych, zadaną im w 1242 roku przez księcia Aleksandra Newskiego w bitwie na zamarzniętym jeziorze Pejpus przywołuję, bo nasz spływ przebiegał z grubsza wzdłuż trasy natarcia nieszczęsnych krzyżowców, tylko prawie 800 lat później.
    Zamek Viljandi był zaś jedną z ich głównych baz operacyjnych w tamtym rejonie.

  •  Aktywność Duńczyków, zmierzających do podporządkowania sobie jak największego kęsa Estonii, rozpoczęła się w 1218 roku wysłaniem kontyngentu mającego wspomóc Kawalerów Mieczowych, ale szybko przejawiła się samodzielnymi działaniami na północy kraju, których finałem było pokonanie Estów, zdobycie ich głównej twierdzy Rewel i ulokowanie na jej miejscu miasta Tallin, dziś stolicy Estonii.
    Przed decydującą bitwą z Estami przyśniło się królowi Waldemarowi II, że z niebios został mu zesłany sztandar przedstawiający biały krzyż na czerwonym tle, z którym w ręku odniósł zwycięstwo.
    Takim sposobem, w Estonii właśnie, narodziła się ciągle funkcjonująca, uznawana za najstarszą w Europie, duńska flaga państwowa, zwana Dannebrog.  Polscy kibice, zwłaszcza ręcznej i nożnej piłki, dobrze pamiętają te barwy, wspomagające duńskie drużyny w niekoniecznie fortunnych dla nas spotkaniach.
    A Tallin, w pobliżu którego flaga przyśniła się królowi, po estońsku znaczy “duńskie miasto”.

  •  Niektórzy badacze (będący jednak w zdecydowanej mniejszości) dopatrują się także w etymologii nazwy “Gdańsk” pierwiastka związanego z Duńczykami.
    Nie to jednak było powodem, że część kajakarzy zaraz po powrocie z Estonii popłynęła Motławą, aby z poziomu rzeki spojrzeć, jak miasto zmieniło się w ostatnich – dosłownie – miesiącach. Nowa zabudowa Wyspy Spichrzów to najbardziej spektakularny obraz tych zmian.
    A na sprawy duńskie wybieramy się zerknąć wkrótce, o czym relacja już za miesiąc.

Wiosna prykariatu

?choć już życia, psia mać, popołudnie,                                                                            jest cudnie, jest cudnie!  (Magda Umer)


Powyższy cytacik zamieszczam, bo ładny, a poza tym – prowadzący do objaśnienia tytułu wpisu. W ostatnich latach karierę zrobił termin “prekariat“, ukuty przez socjologów na określenie kategorii ludzi relatywnie młodych i przygotowanych zawodowo, jednak mających problem z przebiciem się przez skorupę dotychczasowych reguł społecznych i ekonomicznych, oraz ze swobodnym pośród nich funkcjonowaniem. Proponuję, aby na drugim biegunie postawić “prykariat“, do którego zaliczam osoby mające już za sobą apogeum możliwości produkcyjnych i reprodukcyjnych, natomiast wciąż cieszące się światem dookoła (choćby nie zawsze do końca cudnym).


Wybrali się zatem prykariusze w teren, bo wiosny tak ładnej jak tego roku dawno nie było. Chcąc rzetelnie napisać, dokąd się wybrali, sięgnąłem raz jeszcze do różnych źródeł, aby ujednolicić nazewnictwo geograficzne. I ciągle brak pewności, czy poruszaliśmy się po Pomezanii , Pogezanii, oraz Prusach Górnych (Oberlandzie), czy też po prostu po Powiślu (nie mylić z dzielnicą Warszawy!).  Ta ostatnia nazwa, ukuta w czasach PRL-u unifikuje i spolszcza terminologicznie region, ignorując historyczne nazewnictwo pruskie i niemieckie, co jednakowoż upraszcza sprawę w dzisiejszych czasach. Jak zwał tak zwał, nasza wycieczka przebiegała tak, jak widać na mapce naszkicowanej przez Żonnę (w tym wpisie znajdziecie sporo Aninych obrazków; widać wiosna służy aktywizacji twórczej): 

Gdziekolwiek się człowiek ruszy, nie uniknie deptania po śladach dawnych i jeszcze dawniejszych dziejów, z których utkana jest fascynująca nas czasoprzestrzenna siatka. Okolice, po których tym razem się wałęsaliśmy, przedeptali już przed nami m.in.: Goci, Prusowie, Czech św. Wojciech ze skromną świtą ( z biletem w jedną stronę, jak pamiętamy z lekcji historii i religii), książęta pomorscy i mazowieccy, znani i nieznani z imienia Krzyżacy i inaczej wystrojeni Niemcy w różnych epokach, Szwedzi, Polacy, Litwini, Rosjanie czy Francuzi pod Napoleonem. Zabawiali na krócej lub na dłużej, czasem na setki lat – wtedy zostawiali swą mocno osadzoną materialną spuściznę. Jak to zwykle bywa, następcy tę spuściznę po części wykorzystywali, po części zaś niszczyli lub pozwalali jej niszczeć. Ostatnia taka zmiana warty nastąpiła w 1945 roku, od którego Powiśle (trzymajmy się tej nazwy dla uproszczenia) zagościło w całości w granicach Polski. Mogliśmy zatem bez kłopotu porozumiewać się w rodzimym języku z sympatycznymi, życzliwymi, czasem ze wschodnia zaciągającymi tubylcami. Niezliczone bociany klekotały także po polsku. 

Do roboty więc, popatrzcie, gdzie w maju 2018 byliśmy i kto był tam przed nami:

Frombork – jeden z obowiązkowych punktów wszystkich szkolnych wycieczek – i słusznie, bo miasteczko piękne, kompleks katedralno – obronny imponujący, że nie wspomnę o wszechobecnym duchu autora “De Revolutionibus?”  Złożywszy stosowne hołdy  wymienionym atrakcjom, przeszliśmy kawałek w bok, gdzie stoi rzadko odwiedzany zespół szpitalny z XV wieku, zachowany w oryginalnym kształcie. Mieści obecnie ciekawe muzeum medycyny, a w ogrodach – imponujące herbarium.   

Kilka kilometrów na wschód od Fromborka, tuż przy granicy z Rosją, u ujścia Pasłęki do Zalewu Wiślanego, leży uroczy porcik rybacki i przystań jachtowa. Byliśmy tam przed kilku laty i zapamiętaliśmy abstrakcyjną scenerię lokalnej restauracji, będącej jednocześnie siedzibą stowarzyszenia polskich kombatantów Legii Cudzoziemskiej. Chcieliśmy jeszcze raz pooglądać znad schabowego ustawione wokół manekiny w mundurach zwieńczonych charakterystycznymi kepi, jednak spotkało nas rozczarowanie: nasze władze uznały, że granicę lepiej od dawnych legionistów upilnuje wyposażona w wielkie poduszkowce Straż Graniczna, na rzecz której wykupiono kultową knajpę. Biegnąca nad brzegiem Zalewu droga między Starą Pasłęką a Fromborkiem to fragmencik rowerowej trasy Green Velo, której wytyczanie zdążono na szczęście ukończyć na krótko przed wyborami 2015, a więc przed objęciem władzy przez przeciwników cyklistów i innych “innych”. Oznaczenia rowerowej magistrali są jednak dalekie od ideału; to cecha łącząca realizacje drogowe niezależnie od panującego aktualnie reżimu, czyli funkcjonująca ponad podziałami.   Jeszcze kilka słów o Pasłęce: pradawna, pruska nazwa rzeki (przyjęta też w języku niemieckim) to Passarge. Identycznie brzmi nazwisko przywoływanego przeze mnie wielokrotnie (choćby tutaj) autora arcyciekawych, dziewiętnastowiecznych opisów terenu Powiśla (trzymając się aktualnego, uproszczonego nazewnictwa), który podkreślał autochtoniczne pochodzenie swojego rodu.  

 Poruszamy się niezmiennie po terenach, które – jako jedne z ostatnich w Europie – były widownią krucjatowej ewangelizacji. Przez przeszło dwa wieki Prusowie opierali się tym poczynaniom, ulegli dopiero w XIII wieku zbrojnej perswazji Krzyżaków, którzy częściowo wybijając, a po części skłaniając tubylców do asymilacji, rozszerzyli swoje włości o ziemie należące wcześniej do Pomezan, Pogezan i innych pruskich plemion.                                                                                        Przed Krzyżakami chrystianizacji Prus próbowali dokonać  (na ogół z marnym skutkiem) m.in. książęta mazowieccy,  Duńczycy podczas rajdów wzdłuż bałtyckiego wybrzeża, także Joannici czynili do tego przymiarki.                                    Pionierem wszakże tych poczynań był biskup praski (z czeskiej Pragi)  Wojciech Sławnikowic, czczony od przeszło tysiąca lat jako jeden z głównych patronów katolickich Polski.          Pruska misja św. Wojciecha nie zakończyła się dla niego dobrze; gospodarze grodziska Cholin w pobliżu obecnej wioski Święty Gaj nie wykazali zrozumienia dla teologicznych argumentów biskupa, poddając go dekapitacji.                                            Zapytany przez nas o miejsce zdarzenia mieszkaniec Świętego Gaju odparł, że według informacji zasłyszanych od jego starszych sąsiadek, Wojciech zginął, bo smalił cholewki do urodziwych Cholinianek.                                                                        Pozostałości grodu (obwałowania) zdołaliśmy zlokalizować w pobliskim lesie, mimo braku jakichkolwiek oznaczeń.   Okolice pruskiego Oberlandu są na tyle piękne i puste, że przez dwa dni biwakowaliśmy w naszej przyczepie (za telefonicznym pozwoleniem miejscowego plebana) na podwórzu małego domu pielgrzyma, zbudowanego kilkanaście lat temu w pobliżu sanktuarium Świętego.   

 

Skandynawskie falowania.

1. Prusy Górne, czyli Oberland, zawdzięczają swoją atrakcyjną, pagórkowatą rzeźbę terenu (podobnie jak znaczne połacie Polski, zwłaszcza północnej) pracowitości lodowca skandynawskiego, który spływając na południe najpierw frezował skaliste góry (tworząc m.in. szwedzkie szkiery, o których poniżej) , potem mielił te skały po drodze przez obecny Bałtyk, by w końcu topiąc się i cofając – pozostawić je w formie moreny dennej, czyli tak bliskiego nam pasa gliniasto – piaszczystych wzgórz, dolin i licznych jezior. Proces ten, zakończony przeszło 10 tys. lat temu, można śmiało uznać za najwcześniejszy etap skandynawskich falowań, czyli oddziaływania Północnego Sąsiedztwa na sytuację po południowej stronie Morza Bałtyckiego. Kolejne etapy będą już udziałem ludzi, zamieszkujących Półwysep Skandynawski, a nie sił przyrody. 

2. Wielbark, niepozorna wioseczka tuż za Malborkiem w stronę Sztumu, dała nazwę kulturze wielbarskiej, wyodrębnionej archeologicznie jako jeden z głównych etapów wędrówki Gotów z ich skandynawskich siedlisk w kierunku ujścia Dunaju, w II – IV w. n.e. Spotkaliśmy się już z Gotami w tym blogu, we wpisach opisujących Gotlandię i Weklice, a także Macedonię z Albanią. W naszym rejonie spędzili dwieście lat z okładem, nabierając formy przed odegraniem jednej z głównych ról w upadku Cesarstwa Rzymskiego i późniejszym kształtowaniu oblicza Europy. Uznajmy zatem ich obecność u ujścia Wisły za drugą w ogóle, a pierwszą cywilizacyjną falę napływającą ze Skandynawii.

3. Fala wikińska (wareska) to czas, który pozostawił stosunkowo niewiele materialnych śladów w naszym rejonie. Najbardziej znanym, choć też w ubogiej kondycji przetrwałym, jest port Truso nad jeziorem Drużno, w pobliżu którego przejeżdżaliśmy teraz, zaś podczas ubiegłorocznej włóczęgi – szukaliśmy jego pozostałości w terenie. Okres oddziaływania wareskiej fali to stulecia IX – XI, a więc kształtowania się zrębów państwa piastowskiego w czym – wedle pobudzających wyobraźnię spekulacji niektórych historyków – Waregowie mogli mieć niepośledni udział.

4. Fala duńska, którą odnotować można niedługo po wareskiej, w wiekach XI – XIII, a więc w czasie największej potęgi i ekspansywności post-wikińskiego państwa duńskiego. Duńczycy podporządkowywali sobie w tym czasie (na przemian z Sasami, Brandenburczykami i Piastami) księstwa pomorskie, zwłaszcza zachodnie. Ślady tej aktywności znaleźliśmy choćby na niemieckiej obecnie Rugii; nie ma też wątpliwości co do związków dynastycznych, zaistniałych w tym czasie pomiędzy domami władców duńskich, a piastowskich czy pomorskich.

 

5. Fala Wazów miała najbardziej odczuwalne reperkusje w historii Polski (w pewnym czasie, jak wiadomo, przeistoczyła się wręcz w potop). Napotkane w pobliżu Sztumu pamiątkowe kamienie przypominają jedne z niezliczonych epizodów polsko – szwedzkich zmagań z końca XVI i większości XVII wieku. Teraz życie w okolicy tego malowniczego miasteczka płynie spokojniej, czasami tylko znaczą je uroczystości z udziałem kompanii honorowej Służby Więziennej , lub lokalne zawirowania polityczne. Poza tym – sielanka prawie. 

6. Fale odbite. Przypływy skandynawskie (to mój prywatny koncept, uprasza się P.T. fachowych historyków o zaniechanie ewentualnych słusznych głosów krytyki) trwają i obecnie, mając jednak znacznie przyjaźniejszy, ekonomiczny i kulturalny kontekst. Jak to wszakże bywa w naturze, fale przypływają i odpływają – zatem kilka słów jeszcze o tych, które wędrowały z południa na północ Bałtyku.     Pierwsze z tych fal odbitych, to ogromne ilości łupów wiezionych przez morze po wspomnianych wyżej wojnach polsko – szwedzkich. Zubożyło to bardzo polski zasób pamiątek narodowych i dóbr kultury, z drugiej strony jednak – być może ocaliło je przed kataklizmami dziejowymi następnych stuleci.                Niewykluczone, że podstępni najeźdźcy zagarnęli też bezpowrotnie niematerialne skarby, którymi ponoć słynęła wcześniej Rzeczpospolita, jak tolerancja i gościnność.                                                                                                           Najistotniejsze wszakże były i są fale ludzkie przemierzające morze w kierunku północnym, szczególnie intensywnie od połowy XX wieku. Rzesze Polaków szukały – i najczęściej znajdowały – w Skandynawii miejsc bezpieczniejszego, przyjaźniejszego i dostatniejszego życia. Część z nich robiła to z własnej woli, inni – przymuszeni opresją polityczną w ojczyźnie.     Niejednokrotnie, wzorem Wazów, kształtowały się też transbałtyckie unie personalne, jak w przypadku Anny i Ragnara małżonków E., w których gościnnym domu zdarzyło nam się ostatnio kosztować pyszności Kuchni Obojga Narodów (a nawet Trojga, bo nie zabrakło chłodnika litewskiego). Było to w trakcie majowego wypadu w okolice Sztokholmu, na który z okazji urodzin Żonny zostaliśmy zaproszeni przez siostrę Anny E., Joannę, oraz Jurka – małżonków D. To nasi dobrzy kompani, których poznaliście w relacji z ubiegłorocznej włóczęgi po Gotlandii Jak widać, uparcie wykorzystuję mapkę z Palmerowskiego “Północnego Sąsiedztwa”, pstrząc ją tylko pewnymi uzupełnieniami.                                                   Joanna i Jurek zabrali nas (krótko po tym, jak szwendaliśmy się po Powiślu) na wysepkę Svartsö, jedną z ponad dwudziestu tysięcy formujących Archipelag Sztokholmski, (Skärg?rd, czyli szkiery, od których zacząłem wyliczanie skandynawskich falowań). To zagłębie rekreacyjno – turystyczne dla mieszkańców szwedzkiej stolicy, przed sezonem jednak wspaniale puste. Nawet komary nie zdążyły dolecieć, mimo pięknej pogody.  Stanęliśmy w czymś w rodzaju schroniska – skromnym, ale dobrze wyposażonym i dość bezboleśnie ulokowanym w przyrodniczym otoczeniu obiekcie. Panie obsługujące miejscówkę płynęły popołudniami pomieszkać gdzieś na sąsiednich wysepkach, zostawiając nas samych (bo nie było akurat innych gości). Wszystko tam tak działa; ludziom brak czasu i chęci na zajmowanie się takimi rzeczami jak nieuczciwość czy nadmierne bałaganiarstwo. Chociaż, co stwierdziliśmy z ulgą, nieliczni miejscowi nie przesadzają z zamiłowaniem do porządku.        Są miejsca, na które człowiek najchętniej by się gapił nie chcąc, by coś mu w tym przeszkadzało. Nie będę zatem dalej przynudzać, spójrzcie jeszcze raz na powyższe zdjęcia i sztychy (Ani roboty).                                                                                                                 Wezwę jedynie: Prykariusze wszystkich krajów – łączcie się!                                  I oczywiście także reszta ludzkości, nie kwalifikująca się jeszcze do    kategorii prykariatu!

 

 

 

Chwila oddechu

Jeśli wierzyć porzekadłom, tuż po sylwestrowej nocy powinno zacząć przybywać dnia “na barani skok”. Ufajmy zatem ludowej mądrości mimo, że organoleptyka zdaje się jej nie potwierdzać wśród styczniowej szarówy. A chwila oddechu należy się Szanownym Czytelnikom przynajmniej z dwóch powodów: przesytu bieżącą polityką (atakuje nie zważając na niedziele i święta), oraz nadmiaru wrażeń opisywanych dotychczas w tym blogu. Ten wpis będzie zatem lżejszy; pokażę trochę lewantyńskich twarzy i sylwetek, opisując zdjęcia (autorstwa Ani i mojego) możliwie najtreściwiej.


Izrael

  • Plaża w Tel Awiwie    
  • Ulice w Tel Awiwie     
  • Młodość w lewo, tradycja w prawo (czasami – pociągiem)    
  • Na dworcu w Tel Awiwie  
  • Na deptaku w Eilacie   

Jordania

  • Władcy i mapa. Od morza do morza, tam też tak sobie roją!
  • Damy z kolumnami         
  • Kawalerowie z inwentarzem     
  • Kawalerzyści beduińscy   
  • Beduiński relaks                  
  • Beduińska policja – strażnicy Petry. (Na marginesie – króciutka opowiastka o jordańskich “stróżach prawa”: co jakiś czas na szosach spotyka się uzbrojone punkty kontrolne. Raz nas zatrzymali, policjant poprosił o dokumenty i spytał, skąd jesteśmy. Gdy usłyszał, że z Polski, jego groźna gęba przybrała szeroki uśmiech i wykrzyknął: “Lewandowski!”. I było po kontroli. A pomyśleć, że pamiętamy czasy, gdy w dalekich krajach na hasło “Polska” wołali “Gadocha!”. No a nieco później: “Walesa!”. Okazuje się, że niekoniecznie trzeba być piłkarzem, aby symbolizować kraj.)   
  • Beduińska pobożność – przydrożna i komórkowa   
  • Piszę: beduińska, myślę: jordańska. To jednak nie to samo, bo w skali kraju (będącego zresztą sztucznym tworem, owocem brytyjsko – francuskich geszeftów po I wojnie światowej) rdzenni koczownicy z pustyni zostali w ostatnich dekadach zdominowani ilościowo przez przybyszów z sąsiednich okolic, zwłaszcza Palestyńczyków, a ostatnio – Syryjczyków. Na zrobionym z okna jadącego samochodu zdjęciu widać jeden z wielkich, przygnębiających obozów uchodźców na środku pustyni. Refleksja nad losem tych przymusowych turystów nie jest pogodna.  
  • Inne wrażenia wynoszą za to wycieczkowicze ze spokojniejszych rejonów świata (tu klasyczna grupa japońska na pustyni Wadi Rum)…
  • a także grupy szkolnej młodzieży (tu przy wejściu do zamku Saladyna w Ajlun)  
  • przepraszam, ale na króciutko wyłamię się z obietnicy danej na początku wpisu i wspomnę o licznych pozostałościach wojen krzyżowych na terenie Jordanii. Robię to, bo we wcześniejszych relacjach nie dotknąłem tematu w ogóle, a tutaj ograniczę się jedynie do potwierdzenia konstatacji Ludwika Passarge’a, przywołanej we wpisie z sierpnia 2016 w akapicie dotyczącym zamku malborskiego, że “korzenie germańskiej sztuki budowlanej tkwią w Oriencie”.      
  • I jeszcze spektakularny widok pozostałości zamku krzyżowców Montreal (Shobak)  
  • Na koniec – nie mniej spektakularny widok na Jordanian Famous Laundress Society (to taka mała łamigłówka językowa z morałem przypominającym o tym, że lepiej unikać surowizny w ciepłych krajach)   

Następna relacja będzie (Inshallah) z rejonów bardziej zbliżonych do tytułowych śladów Magellana, a już na pewno – Kolumba.

Limes Arabicus II

  

  • Więc Petra. Miejsce, sądząc po cenie biletów wstępu – kilka, a nawet kilkanaście razy bardziej atrakcyjne niż inne jordańskie superatrakcje. Cel niezliczonej ilości zwiedzających, przywożonych tu w ramach jednodniowych wycieczek i pozostających w przekonaniu, że w Jordanii nic więcej ciekawego nie ma. Ale dość sarkazmu; Petra to istotnie fenomen na światową skalę – antyczne miasto, którego większość paradnych obiektów została wykuta w skałach wzgórz i ścianach wąwozów, na powierzchni wielu kilometrów kwadratowych.
  • Budowniczymi (czy może raczej: rzeźbiarzami) miasta byli Nabatejczycy, jeden z wielu okolicznych ludów, któremu przyszło mieć swoje “5 minut” (w tym przypadku – ze 400 lat) w historii regionu, zwieńczonych formą dobrze prosperującego, kontrolującego ważne szlaki handlowe królestwa. Kwitło ono w okresie hellenistyczno – rzymskim, aby po dość długim czasie koegzystencji z Cesarstwem, zostać przezeń zdominowanym i na początku II wieku n.e. wcielonym w jego granice.
  • Za kilka dni Boże Narodzenie, którego nieodzownym akcentem jest w chrześcijańskiej tradycji pokłon Trzech Króli złożony Dzieciątku, razem z kosztownymi podarkami. Uczeni w piśmie od stuleci starają się dociec proweniencji owych dostojników, proponując niezliczoną ilość wersji. Nie będzie więc nadużyciem stworzona na użytek tego tekstu hipoteza, że jednym z nich był król nabatejski. Znamy nawet jego imię: królestwem Nabatei rządził wówczas Aretas IV (na obrazku pierwszy z lewej). Niechaj to doniosłe ustalenie będzie naszym wkładem w badania biblistyczne.  (bing.com)
  • Petra, podobnie jak szereg innych pomnikowych dzieł  antycznych cywilizacji w różnych zakątkach świata (choćby peruwiańskie Machu Picchu, kambodżańskie Angkor Wat, egipska Dolina Królów, indonezyjska Borobudur czy homerycka Troja), zapadła na wieki w niepamięć i została ponownie odkryta dla świata przez dziewiętnastowiecznych awanturników o naukowym zacięciu.
  • Przeznaczyliśmy na zwiedzenie Petry dwa dni, ale zimny i ulewny front atmosferyczny wygnał nas stamtąd wcześniej. Niedosyt ilościowy zaliczonych obiektów zrekompensowany został częściowo przez efekty, jakie resztki zanikającego światła słonecznego wydobyły na tle ciemnych chmur.        

  • Nabatejczycy i ich Petra to ciągle czasy hellenistyczno – rzymskie, oscylujące w okolicach roku zerowego (n.b. tytuł “Rok zerowy” nosiła jedna z kolęd, którą przed kilkoma dniami usłyszeliśmy podczas bożonarodzeniowego koncertu nieśmiertelnej Piwnicy pod Baranami w gdańskiej filharmonii). Cofając się wszakże o kilkanaście wieków co rusz natrafiamy na wschód od Jordanu na miejsca, uwiecznione w jednej z najważniejszych lektur w dziejach świata.
  • W podróży oprócz przewodnika Berlitza towarzyszyło nam kieszonkowe wydanie Starego Testamentu z 1983 roku, opatrzone rzeczowymi komentarzami i mapkami pozwalającymi na lokalizację biblijnych wydarzeń. Miejsc takich jest w Jordanii dużo, a zainteresowani tematyką mogą sięgnąć do szerokiej oferty wycieczek o charakterze pielgrzymkowym.
  • Obowiązkowym punktem takich wycieczek jest góra Nebo, na której stanął Mojżesz ze swym ludem po czterdziestu latach tułaczki i ujrzał na zachodzie Ziemię Obiecaną, po czym umarł nie dotarłszy do niej. Z nami było odwrotnie: widok na Ziemię Obiecaną ograniczał skutecznie pustynny pył, natomiast pobyt na górze udało nam się przeżyć (może dlatego, że szybko uciekliśmy przed tłumami wycieczkowiczów z widocznej na zdjęciu “oficjalnej” góry na sąsiednią, gdzie mogliśmy w spokoju podumać).  
  • Kolejnym obowiązkowym przystankiem dla wycieczko – pielgrzymek jest Betania, miejsce baptystycznej aktywności Jana Chrzciciela. Wycofaliśmy się stamtąd zobaczywszy dziesiątki autokarów, których pasażerów upychano po pobraniu słonej opłaty w mikrobusach i wieziono nad Jordan, gdzie miał być ochrzczony także Jezus. Postanowiliśmy udać się nad rzekę nieco dalej i skręciliśmy w gruntową, nieoznakowaną drogę biegnącą w pożądanym kierunku. Spokojną jazdę przerwał głośny, przeciągły gwizd i widok biegnącego w naszą stronę żołnierza z wycelowaną bronią. Wysiedliśmy, a z potoku słów nieboraka udało nam się wyłowić jedynie “generał”. Wojak wydobył smartfona i zameldował co trzeba, a po paru minutach nadjechało uzbrojonym wozem dwóch oficerów. Jeden mówił trochę po angielsku i usłyszawszy od Janusza informację, że ma dzisiaj urodziny, stwierdził rezolutnie: “birthday – wrong way!”. Kazali jechać za sobą do szosy i zapomnieć o bliskim kontakcie z graniczną rzeką Jordan. 
  • Jana Chrzciciela wspomnieliśmy jeszcze raz, spoglądając z perspektywy na ruiny twierdzy Heroda Wielkiego Macheront (Mukawir), podobnej do położonej po izraelskiej stronie Morza Martwego Masady. W tymże Mukawirze dla kaprysu wnuczki Heroda, Salome, ścięto uwięzionego wcześniej Jana, a jego głowę wręczono dziewczęciu na tacy. 
  • I to, co najbardziej lubię: splatanie się różnych wątków historycznych w różnych miejscach. Jan Chrzciciel był patronem powstałego podczas wojen krzyżowych w XII wieku zakonu Joannitów. Zajrzyjcie do wpisu z naszego wypadu na Maltę , aby przypomnieć sobie co nieco o Zakonie kawalerów Maltańskich (czyli Joannitów). Dodam, że ozdobą maltańskiej katedry jest obraz Caravaggia “Ścięcie św. Jana”. A o krucjatowych pozostałościach w Jordanii wspomnę w kolejnym wpisie.

  • Piszę te słowa dwa tysiące lat później, w przededniu Bożego Narodzenia 2017. Powinno być świątecznie, ale okoliczności nie bardzo temu sprzyjają. Namaszczony wolą Bezżennego Patriarchy w miejsce Pani z Broszką, Odprasowany Jegomość zakomunikował światu, że Europę trzeba zrechrystianizować. Na początek idzie nasz nieszczęsny kraj ; ruszyło przestawianie sądownictwa na tory inkwizycyjne, oraz ograniczanie miłości bliźniego do bliźnich lepszego sortu.
  • Przychodzi mi tu na myśl postać tatusia Odprasowanego –  Kornela z Peerela, który głosił w Sejmie wezwania do stawiania woli narodu ponad prawem, które ten naród wcześniej ustanowił. I po raz pierwszy od czasu kiedy szlag trafił komunę klaruje mi się obserwacja, że część ówczesnych bojowników zwalczała ten parszywy system po to, aby przejmując i doskonaląc jego narzędzia, oraz wykazując wysoką zdolność unikania kompromisu, dążyć do władzy w imię swojego fundamentalistycznego i odartego z empatii spojrzenia na świat. Rokowania na przyszłość są niezbyt wesołe, bo jak uczy doświadczenie, tego rodzaju charaktery liczą się jedynie z argumentem siły.
  • Wybaczcie tych kilka refleksji, sprowokowanych być może widokiem Janowej głowy, która spadła z kaprysu władcy. Przypomniał mi się wierszyk sprzed dwóch lat (niektórzy pewnie go znają), jeszcze bardziej niż wówczas aktualny.  
  • A może lepiej skupmy się w bożonarodzeniowym czasie na tym, co najważniejsze: dobrych uczuciach dla wszystkich. Tego życzę Miłym Czytelnikom i sobie też, Piotr (OpoqB)

Wiosną czarno

 

 Pociąg przyjaźni – nocleg pod ruinami zamku w Brodnicy

Gdy puszczają lody, zwykliśmy z Żonną wsiadać w nasz dwuczłon z kuszetką i ruszać przed siebie, z reguły bez dokładniejszego planu. Szwendamy się po kraju i okolicy gapiąc się wokół, smakując dobroci lokalne i gadając, jeśli znajdzie się rozmówca. Przebłysk słońca na początku maja był krótki, wystarczył jednak dla częściowego nadrobienia wstydliwych zaległości krajoznawczych niedaleko domu, mianowicie fragmentów ziemi chełmińskiej i dobrzyńskiej – czyli matecznika “naszego” krzyżactwa. “Naszego” , bo zanim Zakon zaczął się tu sadowić, przemierzył kawał świata (o czym pokrótce dalej). My zaś przemierzyliśmy trasę łączącą kilka spośród wielu zamków:

 Szkice oczywiście piórka i pędzelka Ani.

 Tę ręcznej roboty przydatną mapkę, autorstwa najwyraźniej młodego, ciekawego świata człowieka, skopiowałem z jego strony blogowej . Na mapce można się dopatrzeć miejsc, o których wspominam w tej relacji.

 


  • U podnóży warowni, strzegących (zresztą przed Polakami, którzy ich tu nieco wcześniej zaprosili) południowej granicy rozrastającego się na północny wschód od Chełmna państwa zakonnego, lokowali Krzyżacy większe lub mniejsze miasta. Różny jest ich obraz dzisiaj – wyraźnie widać, gdzie życie mieszkańców cyrkuluje pomiędzy kościołem a sklepem monopolowym, a gdzie przestrzeń społecznej i samorządowej aktywności wyrasta ponad te dwie odwieczne opoki.
  •  w Radzyniu – relikt PRL-u jako żywo – serwuje jednakowoż pyszne schabowe.
  • Zamki… …i rycerze spod znaku czarnego krzyża – stąd m.in. czerń w tytule wpisu
  •  Zamek w Golubiu wyraźnie góruje nad miastem…zaś w uroczej Brodnicy harcerze prężą na komendę długą flagę, bo to akurat Święto Flagi.
  • W Lubawie oznaki zrozumienia dla idei gender… …zaś w Ostródzie – dobra czeska knajpa ze smacznym knedlikiem i mądrymi sentencjami, nad pięknie zagospodarowanym brzegiem jeziora. To kolejny, po wyczynach Jana Żiżki w bitwie grunwaldzkiej, wkład naszych południowych pobratymców w kształtowanie lokalnej rzeczywistości.   
  • Z każdą kolejną puszką chłoniemy prawdę o towarzyszu broni Żiżki spod Grunwaldu, Zawiszy Czarnym. To również przyczynek do tytułu wpisu.

  • Konotacje Krzyżaków są w naszej społecznej pamięci marne, nie tylko za sprawą dzieła Sienkiewicza. Zapracowali sobie bracia u nas na złą sławę, bo nas akurat dotknęły wredne i okrutne praktyki związane z ich ekspansją. Praktyki, które w owych czasach były standardem podczas wszelakich konfliktów, zaś współcześnie uległy modyfikacji wraz z postępem technologii.
  • Zakon Krzyżacki to (obok znanych nam z poprzednich wpisów Joannitów, oraz Templariuszy), owoc przewag i klęsk europejskiego rycerstwa podczas wypraw krzyżowych do Ziemi Świętej w XII i XIII wieku (był to najbardziej znany i spektakularny, ale bynajmniej nie jedyny kierunek owych ekspansywnych, z reguły bardzo krwawych, przedsięwzięć feudalnej Europy pod egidą papiestwa). Zakony rycerskie wypchnięte w końcu z Bliskiego Wschodu przez islamskie potęgi, szukały swojego miejsca bliżej domu. Krzyżacy, zaproszeni na początku XIII wieku przez węgierskiego króla Andrzeja II do osiedlenia się i obrony jego włości w Siedmiogrodzie, ochoczo zabrali się do dzieła, budując m.in. zamczysko w obecnej rumuńskiej Feldioarze (nazwane przez nich Marienburgiem; kolejny Marienburg to już nasz Malbork) ; ruiny widoczne na zdjęciu za stadem krów odnaleźliśmy podczas włóczęgi przed kilku laty:  
  • Król Węgier szybko zorientował się, że przedsiębiorczy bracia – rycerze mają ochotę zawładnąć krainą, zamieszkałą skądinąd w znacznej części przez ich saskich ziomków i – mówiąc kolokwialnie – pogonił zakonników po niewielu latach. Ci nie musieli czekać długo na kolejną ofertę, którą okazało się zaproszenie wystosowane w 1226 roku przez księcia Konrada mazowieckiego, niepokojonego zaczepnymi poczynaniami pogańskich ciągle Prusów. W tym czasie Zakon, pod zarządem wybitnego wielkiego mistrza Hermana von Salza, był już ekonomiczną, militarną i polityczną potęgą na europejskiej scenie. Pierwszą warownię, z której praktycznie nic nie pozostało.  zbudowali Krzyżacy w obecnej wsi Starogród koło Chełmna   
  • Jak dalej toczyły się losy Zakonu, zwłaszcza w kontekście spraw polskich, pamiętamy z lekcji historii. Był to kliniczny przypadek splecenia interesów tronu i ołtarza, sacrum i profanum (w sferze przemocy), prześladującego ludzkość zapewne od początku dziejów. Krucjaty, kontrkrucjaty, dżihady, konkwisty, rekonkwisty, święte wojny, pogromy, inkwizycja, terroryzm religijny – od zawsze były uruchamiane jako uzasadnienie bardzo ziemskich celów: poszerzenia władztwa i zagarnięcia majątku. Nie inaczej było w przypadku poczynań Krzyżaków, sankcjonowanych przez papiestwo jako krucjata mająca nawrócić pogańskich Prusów, z faktycznym zamysłem utworzenia państwa kościelnego na odebranych im ziemiach.
  • Dobrą, współcześnie nas dotykającą, ilustracją wykorzystania religii i pobożności mas społecznych dla realizacji politycznych i ekonomicznych celów jest aktywność pewnego skromnego redemptorysty w założonym swego czasu przez Krzyżaków, pięknym Toruniu. Niewątpliwy talent organizacyjny i swoista charyzma, wsparte współczesnymi środkami komunikacji, pozwoliły ojczulkowi stworzyć w krótkim czasie imperium, rządzące niepodzielnie kilkoma milionami dusz, a poprzez uzależnienie polityków sprawujących władzę – wpływające w istotny sposób na aktualne sprawy polskie i nie tylko polskie.
  • Kiedy to piszę, nadchodzą tragiczne wieści o zamachu na uczestników koncertu w angielskim Manchesterze. To świeży, potworny przyczynek do powyższych refleksji i dowód, jak łatwo jest manewrować duchowością ludzi powodując, że stają się oni zdolni do nienawiści, zbrodni czy samobójstwa dla wpajanej im, stosownie modyfikowanej, wiary. I dotyczy to w podobnym stopniu terrorystów islamskich, radykałów żydowskich, reakcjonistów pogańskich, członków różnych dziwnych sekt, wyznawców tupolewizmu, krzyżowców, czy sterowanych radiowo pseudochrześcijan. Niczyj bóg  nie dopuszcza takich niegodziwości, do jakich są skłaniane słabsze i pobożne ludzkie istoty przez tych, którzy w boskim imieniu fałszywie przemawiają.
  • Wojny, jak wiadomo, niosą za sobą samo zło, we wszelkich możliwych postaciach. Z reguły jednak wyłaniają zwycięzcę konfliktu, którego późniejsze działanie miewa walor konstruktywny lub wręcz przeciwnie – niszczący. Krzyżackiego wkładu cywilizacyjnego (w zachodnim rozumieniu, oczywiście) na terenie dawnych Prus Wschodnich , nie da się nie docenić. To nie tylko liczne zamki i budowle militarne, ale przede wszystkim – cywilna infrastruktura gospodarcza, najczęściej do dziś spełniająca swoje funkcje. Miasta, folwarki, urządzenia hydrotechniczne i melioracyjne – powstawały w błyskawicznym tempie, przy wsparciu najwyższej dostępnej ówcześnie wiedzy technicznej i świetnej organizacji. 

  • Mieliśmy zatem wiosenne wzmianki o czarnych krzyżach i o czarnym Zawiszy. Ale należy się P.T. Czytelnikom jeszcze jedna wzmianka przywołująca ten kolor, tym razem w jasnym aspekcie:  jest mianowicie w Gdańsku kościół Św. Jana, którego powstanie w XIV wieku można pośrednio wiązać ze wspomnianą powyżej walką monoteizmu (reprezentowanego przez Krzyżaków i s-kę) z politeizmem Prusów, zaś zrujnowanie w XX wieku – bezpośrednio z finałem zmagań ateizmu sowieckiego i nazizmu niemieckiego.
  • I oto przed niewielu laty staliśmy się świadkami początku niezwykłej, trwającej do dzisiaj, twórczej symbiozy sacrum i profanum. W podnoszonej z ruin świątyni wznowiono jej funkcję sakralną, ale równolegle wdrożono znakomitą działalność kulturalnego Centrum Św. Jana. Odbudowa kościoła i działalność Centrum mają dwóch najważniejszych animatorów: gdańskiego Nigeryjczyka Larry’ego Okey Ugwu (wieloletniego dyrektora Nadbałtyckiego Centrum Kultury), oraz duszpasterza środowisk twórczych – gdańszczanina ks. Krzysztofa Niedałtowskiego.
  • Pod koniec kwietnia w wypełnionym kościele św. Jana zaprezentowano dobrze zrobiony przez Henrykę Dobosz – Kinaszewską i Marię Mrozińską dokumentalny film o tym wyjątkowym tandemie i ich dziele. “Czarni” – warto obejrzeć, ku pokrzepieniu serc!
  • Zakończę zmianą kolorystyki, wszak wiosna bywa też zielona! Ruszamy w stronę lata, które niechybnie przyniesie relacje skądśtam.