Po drodze (3)

Komandoria. Spotkaliśmy się z tym terminem przed miesiącem, smakując wyborne cypryjskie wino, które swą nazwę wzięło od jednostki organizacyjnej zakonów rycerskich (czasem, zwłaszcza w przypadku Krzyżaków, mówi się o “komturii”, jednak nic mi nie wiadomo, aby ten termin przeniósł się na nazwę jakiegokolwiek trunku).
W tym miejscu wypada uderzyć czołem przed oceanem mądrości emitowanej z ust Nominalnej Głowy Państwa (NGP), że mianowicie nie należy ustawać w trudzie uczenia się, bez względu na sytuacje, w której się znajdujemy.
NGP zapewnia że uczy się bezustannie, zatem i my staramy się naśladować ten światły wzór, bo na uzupełnianie wiedzy nigdy nie jest za późno.
Nauczyliśmy się choćby niedawno, przy okazji corocznej jesiennej wizyty w gościnnych progach Anny K. , że znajdują się one w poznańskiej dzielnicy “Komandoria”, nazwanej tak nie tylko na cześć sławnego wina.
Jest to bowiem teren, na którym książę Mieszko Stary w 1187 roku osadził szukających w Europie bezpieczniejszych niż w Palestynie siedzib Joannitów, a ci utworzyli tu swoją komandorię właśnie.

Istniejący tam wcześniej kościół św. Michała Archanioła  przemianowali braciszkowie na wezwanie swojego patrona św. Jana, dodatkowo – zgodnie z topografią miasta – przydając mu określenie “za murami”. Dziś jest to najstarsza poznańska świątynia.
Na pamiątkę Joannitów, Kawalerów Maltańskich, okolica obfituje w elementy nazewnicze, przywołujące nazwę śródziemnomorskiej wyspy.
Najbardziej znane, szczególnie pośród kibiców wioślarstwa, jest jezioro Malta – sztuczny zbiornik zbudowany w połowie XX wieku, na którym urządzono sławne tory regatowe. Joannitów w Poznaniu nie ma już od dwustu lat, ale ich przejęte przez miejscową diecezję dobra ciągle bywają źródłem niesnasek pomiędzy lokalnym tronem i ołtarzem


“Ołtarz” wielkopolski (i w ogóle – polski) przedstawia skądinąd współcześnie obraz dwubiegunowy: z jednej strony przepięknej urody stare kościółki, kościoły, katedry i pozostałości gospodarczej oraz kulturotwórczej  (nie tylko w warstwie estetycznej) spuścizny tysiącletniej obecności Kościoła z wszystkimi jego wariacjami organizacyjnymi, z drugiej – relikty systematycznego  ukoszmarniania tego wizerunku w ostatnich czasach.
Przed rokiem dzieliłem się już w tym blogu wrażeniem, jakie czynią mijane “po drodze” wielkie napisy “Poznań i Gniezno Chrzcielnicą Polski”, albo karykaturalne wyobrażenia Papieża Wojtyły. Teraz kilka nowych fotek z obu biegunów:

Obiekty sakralne same pchają się przed obiektyw, bo w naszym krajobrazie najczęściej są elementem wyróżniającym się. Można wszakże łatwo ten wizerunek, łagodnie mówiąc, uczynić nie tak zachwycającym.


Dzieje znaczone trwałymi, zwieńczonymi krzyżem budowlami, dają się nieźle śledzić. Dodatkowo dokumentują je coraz liczniejsze w miarę upływu lat źródła pisane, które nie istniały na naszych terenach przed zaczątkami piastowskiej organizacji państwowej, pokrywającymi się z grubsza z pierwszymi działaniami chrystianizacyjnymi. Miało to miejsce, jak wiadomo, w drugiej połowie X wieku, od którego to czasu historia obecnej Polski zaczyna mieć coraz solidniejszą dokumentację.
Fachowcy zachodzą jednak w głowę i od dawna spierają się o to, co działo się na ziemiach zwanymi “piastowskimi” (a ostatnimi czasy także “chrzcielnicą”) na kilka dziesięcioleci przed wydarzeniem, zwanym w uproszczeniu “chrztem Polski”.
Archeologicznie udokumentowane fakty świadczą (przynajmniej dla rejonu Kujaw i Wielkopolski) o tym, że niewiele lat przed “chrztem” funkcjonujące wcześniej maleńkie gródki plemiennych szefów zostały bądź doszczętnie zniszczone, bądź też posłużyły jako baza dla szybkiego powstania znacznie większych i mocniej ufortyfikowanych siedzib lokalnej władzy.
Kto był w stanie dokonać tak radykalnego postępu w krótkim czasie?
Hipotez jest kilka, a wszystkie w sporej mierze bazują na spekulacjach i dowodach nie wprost, bo dowodów wprost – zwyczajnie brakuje.
Niezbitym faktem wszakże są pozostałości X – wiecznych, potężnych jak na ówczesne czasy, powstałych w szybkim tempie ośrodków, jak poznański Ostrów Tumski (podobnie jak wrocławski zresztą), Ostrów Lednicki, Gniezno czy Giecz.
Ten ostatni, nieco rzadziej odwiedzany przez turystów gród, robi naprawdę duże wrażenie ogromem ziemnych obwałowań, których kubatura wymagałaby, jak ktoś obliczył, zaangażowania dwudziestu tysięcy wielkich wywrotek. A że pierwsi Piastowie nie dysponowali taką flotą samochodową, to niech Szanowny Czytelnik spróbuje przeliczyć to na taczki z drewnianym kółkiem, lub noszone na plecach kosze. Taka symulacja pozwoli zdać sobie sprawę z siły i efektywności działania władzy, która była zdolna wyegzekwować podobny nakład pracy.

Grodziszcze w Gieczu osiągnęliśmy bez kłopotu, podczas gdy dostępu na Ostrów Lednicki broniła grupa konnych, którzy baczyli, aby poza sezonem turystycznym na wyspie nikt nie mógł wylądować. Nawet Bolesław Chrobry musi czekać do wiosny, wskutek czego zupełnie zdrewniał.

Poruszaliśmy się w tym odcinku blogu w mniej więcej trzystuletnim zakresie czasowym, znaczonym od pojawienia się piastowskich ośrodków władzy w połowie X wieku, do solidnego zagospodarowania się Joannitów w połowie XIII wieku. W Poznaniu przemierzenie dystansu dzielącego te dwie epoki wymaga odbycia niedługiego spaceru pomiędzy kościołem św. Jana Jerozolimskiego (“za murami”), a Ostrowem Tumskim, nad którym góruje katedra. Po drodze mija się uroczą małą dzielnicę Śródka, gdzie na dość paskudnej zapewne wcześniej ścianie (aż się nie chce wierzyć, że płaskiej!) powstał fantastyczny mural.

 

Wkrótce, w kolejnym wpisie (z którym mam nadzieję zdążyć przed końcem jesieni) znajdziecie jeszcze kilka obserwacji poczynionych “po drodze”, a dotyczących rycerzy zakonnych, którzy najczęściej byli w drodze.

Po drodze (1)

W tytule chodzi o drogę z Gdańska do Kurlandii, którą trzeba przemierzyć lądem (przez jakiś czas latały samoloty do Rygi, ale przestraszyły się wirusów), aby zakosztować opisanych przed miesiącem radości spływania w kajakach pięknymi i bezludnymi tamtejszymi rzekami.
Znaczną część trasy pokonuje się krętymi i wąskimi, a ponadto starannie obsadzonymi na poboczach solidnym drzewostanem, warmińsko – mazurskimi szosami, okupując wrażenia podziwu dla mijanego krajobrazu uczuciem ciągłego niepokoju co do własnego losu za kolejnym ostrym zakrętem.
Niemniej systematyczne, ale znacznie wolniejsze i nie grożące wypadkami drogowymi, tempo postępowania tymi szlakami notowały napierające na pogańskich Prusów zagony wszelkiej maści rycerstwa, niosącego na swych pikach i mieczach światło chrześcijaństwa.


Działo się to z największym natężeniem w pierwszej połowie XIII wieku, kiedy to katoliccy decydenci doszli do wniosku, że łatwiej i taniej będzie podbijać krainy nadbałtyckie, zamiast obrywać coraz większe cięgi od muzułmanów podczas krucjat bliskowschodnich.
Północne wyprawy krzyżowe pojawiały się w tym blogu niejednokrotnie; zachęcam do przypomnienia sobie wpisów objętych kategorią “krucjaty” .
Aż korci tutaj przywołanie trafnej obserwacji z szeregu historycznych zmagań futbolowych, gdzie, jak pamiętamy, wszyscy walczyli miedzy sobą, a na końcu i tak wygrywali Niemcy (których synonimem dla wielu, bez względu na obowiązującą akurat szkolną podstawę programową, są i będą Krzyżacy).
Warto dodać, że wygrywali wtedy, kiedy grali prawdziwie zespołowo, pod przywództwem świadomym celów zespołu i na rzecz tego celu pracującym (to skądinąd minimalne wymogi wygrywania, nie tylko w niemieckim wydaniu).
I tak niepostrzeżenie cofnęliśmy się o jakieś 800 lat, kiedy to uformowany ledwie ćwierć wieku wcześniej (w trakcie trzeciej krucjaty bliskowschodniej, w 1190 roku), Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, znany w Polsce jako Zakon Krzyżacki, podjął aktywność chrystianizacyjno – kolonizatorską na ziemiach pruskich, szybko stając się dominującym graczem w tej materii.
Twórcą potęgi Zakonu był jeden z gigantów europejskiej polityki początków trzynastego wieku, Herman von Salza – gość o niebywałej jak na ówczesne standardy komunikacyjne ruchliwości, talentach dyplomatycznych i precyzyjnie zaprogramowanej wizji swojej kariery jako Wielkiego Mistrza.


 Von Salza stawał na uszach, aby tworzone na podbitych pruskich ziemiach struktury kościelne były w jak największym stopniu powiązane ze sprzyjającym Krzyżakom stronnictwem cesarskim, co w dużej mierze się udało. Nieco odrębny, bardziej powiązany z papiestwem status uzyskała jedynie diecezja warmińska, której siedziba na kilka wieków ulokowała się w Lidzbarku Warmińskim , a która po niekorzystnie dla Zakonu zakończonej wojnie trzynastoletniej inkorporowana została do Korony Polskiej, pozostając w granicach Rzeczpospolitej aż do rozbiorów.
Świetnie zachowany zamek biskupi w Lidzbarku przypomina tę historię.


Podróż przez Warmię dostarcza widoków charakterystycznej dla południowobałtyckiego wybrzeża architektury gotyckiej, tak kościelnej, jak i świeckiej, utrzymanej w podobnej konwencji – niczym z katalogu projektów typowych.
Niemałe zdziwienie zatem wywołuje stojąca opodal szosy drewniana cerkiewka, przywodząca w pamięci te oglądane przed dwoma laty na Podkarpaciu

We wsi Godkowo, w której cerkiewka zaistniała zaledwie przed kilku laty, jest spora ilość mieszkańców przesiedlonych tu pod koniec lat czterdziestych XX wieku, w ramach niesławnej akcji “Wisła”, wyznawców grekokatolicyzmu (w niuansach związanych z relacjami poszczególnych chrześcijańskich “podwyznań” należy poruszać się ostrożnie, bo łatwo tu o błąd).
Zachęcam do kliknięcia na link przy nazwie Godkowo; autor opisu w Wikipedii zakreślił interesująco historię Warmii. Przypomniał choćby o przemarszach wojsk podczas wojen polsko – szwedzkich, wspominanych przez nas niedawno w artykułach o dynastii Wazów, czy też francuskich prących na Rosję i zmykających stamtąd w 1812 roku.
Równie ciekawym obiektem, łączącym wschodnie obrządki chrześcijańskie z krzyżacką historią jest używany obecnie jako cerkiew, także przez osiedlone w pobliżu ofiary akcji “Wisła”, kościół w żuławskim Żelichowie, leżący prawie “po drodze”.
Wkrótce zaś przedstawimy Czytelnikom krzyżacko – prawosławne wątki z nieco dalszych stron.

Dynastia (Wazowie 2)

Ten wpis zacznę, tak jak poprzedni, od wzmianki rocznicowej: mija właśnie 500 lat od zainstalowania na wieży katedry Wawelskiej dzwonu “Zygmunt”.
Był to czas jednego z wielkich europejskich przełomów, którego asumptem był w tym przypadku reformatorski ruch w łonie Kościoła, zainicjowany przez Martina Lutra.
Z jednej strony zatem – umacnianie katolicyzmu, czego materialną emanacją jest choćby krakowski dzwon, z drugiej – ożywczy prąd reformacji.
Europa stanęła u progu długoletnich wojen, w których motywacje religijne splatały się, jak zwykle, z tymi bardziej przyziemnymi.

Jednym z pierwszych starć, w których sprawa doktryny reformatorskiej odegrała znaczną rolę, była walka Szwedów o uniezależnienie się od Danii, w efekcie której zaistniała interesująca nas dynastia Wazów.
Epizody z nią związane przypominam nieco od końca, co do początku zaś (który, jak to się często zdarza w tym blogu, opiszę dokładniej później).
Dziś, w środku lata, napomknę jedynie o sławnym narciarskim biegu Wazów, do owego początku nawiązującym za sprawą Gustawa I Wazy, dziadka Gustawa II Adolfa, od którego przed miesiącem zaczęliśmy pobieżne wałkowanie poczynań szwedzko – polskiej dynastii.


Gustaw II Adolf był, jak się wcześniej rzekło, skandynawskim zabijaką pierwszej wody.
Strategiem, ale też dzielnym wojownikiem, osobiście wiodącym swoje wojska do walki.
Nieraz też zdarzyło mu się solidnie oberwać, jak podczas bitwy pod Tczewem w sierpniu 1627 roku, kiedy ciężko zraniła go kula polskiego muszkietera (kostucha dopadła króla kilka lat później, w jednej z większych bitew wojny trzydziestoletniej, pod Lützen).

Panowanie nad przeprawą przez mokradła w górnym biegu Motławy, pomiędzy Tczewem a Lubiszewem, kilka razy w dziejach było stawką zmagań między armiami prącymi w kierunku Gdańska, a tymi, które owo parcie usiłowały powstrzymać.
Wraże zamysły Gustawa II Adolfa zmierzały ku opanowaniu ujścia Wisły z Gdańskiem, aby przejąć kontrolę nad zyskami z działalności portu.
Między innymi dzięki skutecznej obronie przez polskie siły grobli pod Tczewem zamysł ten się nie powiódł, jednakże w finale tej fazy polsko – szwedzkich starć, podsumowanym rozejmem w Altmarku (1629), naszym północnym sąsiadom udało się wytargować niezły procencik od gdańskich ceł.


Rozejm w Starym Targu (czyli Altmarku) był w znacznej mierze inspirowany przez dyplomację francuską, dążącą do wciągnięcia Szwecji na pełną skalę do działań wojny trzydziestoletniej na terenach niemieckich.
Katolickiej Francji nie przeszkadzało sprzymierzenie się z protestanckimi państwami niemieckimi, oraz Szwecją, przeciwko katolickim Habsburgom, bo to ich w pierwszym rzędzie chciała osłabić.
Historia tych paneuropejskich zmagań (1618 – 1648) była zmorą klasówkową w czasach szkolnych zapewne dla większości Czytelników, podobnie jak dla mnie.
Oszczędzę zatem szczegółów, dzieląc się jedynie (nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz w tym blogu) uniwersalną refleksją o instrumentalnej roli religii we wszelkich zmaganiach o władzę.
Nie trzeba zresztą w tej sprawie sięgać daleko w przeszłość, wystarczy zajrzeć do aktualnej gazety aby dowiedzieć się, jak władca pewnego katolickiego kraju w środkowej Europie, przy wydajnej współpracy znacznej części katolickiej hierarchii, stara się wpychać ów kraj w orbitę wpływów sąsiedniego, prawosławnego mocarstwa.


Powyższe fotografie spoglądają poprzez stocznię i port gdański na północ, skąd onegdaj nadciągali szwedzcy najeźdźcy.
Zrobione są sprzed “Mlecznego Piotra”, jednej z enklaw życia artystycznego, wspaniale pleniącego się na terenach dawnej Stoczni im. Lenina (wcześniej – Stoczni Cesarskiej i Stoczni Schichaua).
Gdyby wejść na dach budynku, z pewnością dostrzegłoby się gdańską redę, na której wodach w listopadzie 1627 roku, niedługo po starciu tczewskim, rozegrała się morska potyczka zapamiętana w dziejach jako “bitwa pod Oliwą” .

 


Drodzy Czytelnicy!
Jak pewnie zauważyliście, od przeszło pięciu lat staram się przywoływać różne epizody z przeszłości z nadzieją, że może się to przydać Wam, jak i mnie samemu, do zrozumienia mechanizmu dziejów gatunku ludzkiego, a przez to – do nabrania potrzebnego dla zdrowia psychicznego dystansu do wydarzeń bieżących.
Jak dotychczas zamysł ten sprawdzał się jako tako, przynajmniej w odniesieniu do mnie.
Czuję wszelako, że wydarzenia lipca 2021 w Polsce, animowane przez “grupę trzymającą władzę”, zaczynają przekraczać granicę pozwalającą na ich bezemocjonalną obserwację i dobroduszne komentowanie.
Udaję się zatem do krain rzek i lasów – niedalekich wprawdzie, ale dających szansę na chwilowy oddech.
Wam również życzę dobrego odpoczynku przed, jak się wydaje, długim czasem zmagań o wysoką stawkę.

Kolorowanki

Spod przymglonej od ponad roku wirusowym całunem rzeczywistości, zaczynają nieśmiało prześwitywać kolory. Niesie je wiosna, dłuższe dni, lżejsze ubrania przechodniów, lecz przede wszystkim nadzieja, że pandemiczna ponurość dobiega pomału końca. Niezależnie zaś od pory roku i nawiedzających świat plag, cieszą oko coraz liczniej zauważalne dobre ścienne malowidła.
Takie choćby, jak na różnych gdańskich murach, sygnowane przez “TUSE” (nie mylić z wrażym dla obecnej władzy TSUE).
Miałem zamiar porobić zdjęcia niektórych w bliskiej mi okolicy, ale co chwilę leje, więc ograniczam się do skopiowania ich ze strony internetowej artysty .

Ostatni z murali poświęcony jest Papciowi Chmielowi, który swoimi komiksami przez dziesięciolecia starał się łagodzić obyczaje wśród młodzieży.
Efekty jego pracy nie są mierzalne, ale za uśmiech pokolenia są wdzięczne.
Mural podąża w kierunku tonacji szaro – czarnej, zapewne dla przydania stosownej dla faktu odejścia Chmielewskiego z tego padołu, powagi.


Te dwa kolory: szary i czarny, korespondują przypadkowo z brzmieniem dwóch nazwisk prominentnych w chwili pisania tych uwag osób: Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, oraz Ministra Edukacji i Nauki .
Odnotowanie tej kolorystycznej koincydencji jest jak najdalsze od chęci “przezywania się” (jakże powszechnej w czasach pilnego studiowania przygód Tytusa i spółki); służyć ma tylko podkreśleniu niejednokrotnie w tym blogu sygnalizowanych spostrzeżeń o dramatycznie ukierunkowującej się ostatnimi czasy tendencji do ograniczania palety barw tak w sferze “pamięci narodowej”, jak też edukacji.
Te dwie dziedziny są skądinąd splatane ze sobą od zawsze tam, gdzie ludzie sprawujący władzę traktują je jako narzędzia dla zdobywania, utrwalania i przesuwania owej władzy w kierunku zaspokajania interesów rządzących, zamiast rządzonych.
Nie będę dłużej dogryzać panom Szarkowi i Czarnkowi, bo i tak raczej tego nie przeczytają, a jeśli nawet – to zinterpretują wedle swoich szablonów.
Zwrócę tylko uwagę na noty w Wikipedii (linki powyżej) dotyczące tych postaci: otóż owe noty zawierają wyłącznie fakty, nie zawsze dla ich bohaterów chwalebne.
Wikipedia jest bowiem narzędziem “demokratycznym”, gdzie każde naciąganie faktów może być łatwo zweryfikowane i skorygowane.
W przededniu rocznicy historycznych wyborów z 4 czerwca 1989 roku pozostawiam Szanownych Czytelników, jak i siebie, z życzeniami podążania kraju w kierunku prezentowanym choćby przez wzmiankowaną Wikipedię, a nie w kierunku bliskiej zagranicy, rządzonej przez emerytowanych hokeistów.

 

 

nasz nocnik

Blog ma to do siebie, że najnowsze wpisy znajdują się na wierzchu, w związku z czym to, co Czytelnicy powinni przeczytać wcześniej, znajdują dopiero po “dokopaniu się” do poprzednich wpisów.
Stąd wynika czasem potrzeba późniejszego uprzedzania o tym, co było wcześniej, czyli rzecz nie do końca logiczna.
W przypadku jednak tak ważnego elementu, jakim jest tytuł wpisu, trzeba czasem logikę odłożyć na bok.
Tytuł wcześniejszego (marcowego) odcinka blogu, który ukaże się Waszym oczom później, czyli po przeczytaniu tego wpisu, brzmi bowiem “nasz dziennik” i do niego właśnie stylistycznie nawiązuje nagłówek niniejszego artykuliku.
Tematycznie zaś “nasz nocnik” nawiązuje do nadchodzących świąt zatem, tytuł mógłby brzmieć też “nasz wielkanocnik”.
W przeciwieństwie do przydługiego (ale ciekawego, mam nadzieję) marcowego wpisu, w którym zabrakło jednak rysunków Ani; tu znajdziecie ich kilka.
Pisaninę zaś kończę, życząc wszystkim Rozsądnych Świąt!

 

Ostatnia akwarelka powstała na podstawie uroczego zdjęcia, które Ania dostała kiedyś od naszej wileńskiej Przyjaciółki Aleksandry – Szurki, artystki sztuk wszelakich, a zwłaszcza – plastycznych. Labas, Szura!

nasz dziennik

Na początku, Drodzy Czytelnicy, wyjaśnię, skąd tytuł tego wpisu.
Otóż wspomniany w ubiegłym miesiącu szybki rzut oka na toruńskie włości zakonnika, trzymającego duchową (i bardzo często materialną) władzę nad licznymi rzeszami wyznawców, skłonił mnie do przyjrzenia się instrumentarium takiego sukcesu, w którym istotną rolę gra “Nasz Dziennik”.
Spróbuję więc tym razem przedstawić Wam nasz dziennik z niektórych dni marca 2021 roku, spędzonych wbrew woli w warunkach zwanych ze staropolska “lockdownem”, który obok niezliczonych uciążliwości, pozwala jednak swobodnie znaleźć czas chociażby na podglądanie wyczekującego nadejścia wiosny ptactwa.
Dla urozmaicenia zaś wzbogacę gdzieniegdzie nasz dziennik wyimkami z “Naszego Dziennika” (kopie oryginalnie wyróżnionych fragmentów artykułów), którego pobieżne nawet przejrzenie przypomina o twardych realiach naszej codzienności i skłania do powracających, niezbyt odkrywczych skądinąd, usiłowań wytłumaczenia sobie istniejącego stanu rzeczy. Ewentualne moje komentarzyki wyróżnię czerwoną czcionką, tak jak tutaj, sygnując je inicjałami (PB).
Aha, jeszcze ważna uwaga: nie dotykam w tym przeglądzie “Naszego Dziennika” treści o charakterze konfesyjnym tam występujących, bo nie powinny one być obiektem bezbożnego oglądu. Ograniczam się do licznych w tym piśmie tekstów, związanych w oczywisty sposób z doczesnością, naświetlaną według mnie w sposób bezbożny właśnie.

A że zdarzą się dni, w których nasz dziennik z marca 2021 i “Nasz Dziennik” z marca 2021 nie przyniosą godnych wspomnienia treści, to przywołam wówczas marcowe dni z innych lat.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

 

Ja wybieram wolną prasę!!! (PB)


xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

 

 

 

 

 


“Nowa wizja człowieka” to, jak zrozumiałem z lektury, złowroga wizja osoby ludzkiej, obdarzonej i kierującej się wolną wolą. Po prostu. (PB)


 

 

 

 

 

“Marksizm”, czy “lewactwo”, to uosobienie “tzw. wolności” (PB)


Skopiowane obok wyróżnienie fragmentu tekstu z “Naszego Dziennika” nieźle koresponduje ze zdjęciem wizerunku białoruskiego więźnia politycznego, opatrzonego dopiskiem dającym odpór “zakłamanej prawdzie o antysemityzmie Polaków”. Filar estakady w centrum Gdańska.

 

 

nasz dziennik 2 marca 2021

Drugi plan zdjęcia obejmuje fragment Teatru Szekspirowskiego, o którym wspominam poniżej, z bardzo smutnej okazji.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

 

Dzisiaj cytaty z “Naszego Dziennika” pozostawiam bez komentarza. (PB)


nasz dziennik 3 marca 2021

Wiadomością dnia, która przygnębiła rzesze osób bliżej lub dalej znających Jerzego Limona, a także tych, którzy znali Go tylko dzięki Jego dokonaniom, była informacja o odejściu tego pragmatycznego romantyka, sprawczego marzyciela, kreatora niemożliwego – jak się wielu wydawało – dzieła, jakim było doprowadzenie do wybudowania, oraz natchnięcie artystycznym duchem gdańskiego Teatru Szekspirowskiego.

Jerzy był wielbicielem i wyjątkowym znawcą brytyjskiej historii i kultury.
Los sprawił, że przegrał z brytyjską mutacją koronawirusa.


xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

Duch Narodu? Raczej 38 milionów “duchów”, każdy trochę inny. (PB)


nasz dziennik 4 marca 2021

Dokładnie rok temu zdiagnozowano w Polsce pierwszy przypadek zakażenia COVID 19. Życie w kraju, podobnie jak w reszcie świata kompletnie się od tego czasu  poprzestawiało; nie wiadomo, na jak długo.
Nam udało się dotrwać do terminu szczepienia, który przypadkowo pokrył się z ponurą rocznicą. Nieoceniony “Nasz Dziennik” zaś doniósł, że:

 

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

“tzw. strajk kobiet” to jedno z ważących “tzw. zjawisk społecznych”, co do których “Nasz Dziennik” współbrzmi z “Dziennikiem Telewizyjnym”, czyli
tzw. obecnie “Wiadomościami” TVP. (PB)

 

 


nasz dziennik 5 marca 2021

Udało nam się trafić w okienko czasowe, kiedy na krótko otwarto kina i obejrzeć “Zabij to i wyjedź z tego miasta” Wilczyńskiego. Niezwykłej mocy kreskówka, gdzie PRL – owskie klimaty zarysowane są po mistrzowsku.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx




Weekendowe wydanie “Naszego Dziennika” nie przerosło codziennego poziomu.(PB)


nasz dziennik z 6 i 7 marca 2021 proponuje natomiast trochę informacji, w których rzetelność nie powinniście, Drodzy Czytelnicy, powątpiewać:

– 6 marca 1521 roku, a więc dokładnie pół tysiąclecia temu, wygłodzone załogi flotylli Magellana po przeszło trzech miesiącach żeglugi przez Pacyfik dostrzegły wyspę, noszącą obecnie nazwę Guam. Żeglarze po utarczkach z tubylcami nazwali archipelag Marianów “Wyspami Złodziejskimi” i po kilku dniach ruszyli dalej na zachód. Proponuję Czytelnikom zajrzeć na początek tego blogu, do wpisów sprzed pięciu lat, gdzie jest więcej informacji o epokowym rejsie.

– 7 marca 2020 roku trafiliśmy w Jakuszycach na narciarski Bieg Retro. Obiecaliśmy sobie wrócić na tę zwariowaną imprezę rok później, ale wirus postanowił inaczej. Pozostało parę zdjęć i nadzieja, że w przyszłości…

– 7 marca 2021 w całej Polsce “Manify”. W Gdańsku też, mimo wyjątkowo podłej pogody, zebrała się bardzo znaczna grupa osób, przewyższająca liczebnością ilość samochodów policyjnych.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


Dzień Kobiet nie dał “Naszemu Dziennikowi” inspiracji do zająknięcia się o połowie ludzkości. Każdego dnia natomiast krótsze lub dłuższe materiały o Danielu O. (kiedyś taka forma będzie zapewne obowiązująca). Obajtek Rydzykiem interesów świeckich, czy Rydzyk Obajtkiem interesów kościelnych – teza prawdopodobna w obie strony. (PB)


nasz dziennik 8 marca 2021
przypomnijmy, że:
8 marca 1968 roku rozpoczęły się trwające kilkanaście dni protesty i strajki w obronie relegowanych z uczelni warszawskich studentów, najczęściej o żydowskich korzeniach. Obejmując cały kraj, akcja nie ominęła też Politechniki Gdańskiej.

Implikacje wydarzeń (najpewniej zresztą po części prowokowanych przez walczące frakcje partii komunistycznej) były wstrząsające: do emigracji zmuszono dziesiątki tysięcy osób, głównie pochodzenia żydowskiego, bardzo często pełniących istotne funkcje w nauce, administracji czy kulturze.
Ich miejsce szybko zaczęły wypełniać “nowe elity” (termin przewijający się także w obecnym czasie, z lubością lansowany przez “zbawcę narodu”).
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

Nie odważę się skomentować wklejonego obok zdania. Skopiowałem je z “Naszego Dziennika”, bo zafrapował mnie niesłyszany wcześniej czasownik “omadlać”. Najwyraźniej korektor tekstu w edytorze też się z nim nie spotkał, bo podkreślił na czerwono.(PB)

 


nasz dziennik 9 marca 2021 znów wspomina przeszłość:
– 9 marca 2015 roku mieliśmy okazję zaliczyć krótki pobyt w Wenecji i okolicach. “Krótki pobyt” w Wenecji ociera się o grzech, żeby pozostać przy retoryce naszego medialnego przewodnika po marcowym wpisie, ale lepiej krótko niż wcale.
Miasto, które w średniowieczu stało się jedną z głównych potęg Europy (i w swojej formule miejskiej republiki – wzorem do naśladowania choćby dla Gdańska), założyli w połowie V wieku n.e. uciekinierzy z nieodległej, bogatej i znaczącej wówczas Akwilei, ratujący się przed najazdem Hunów.
Zahaczyliśmy zatem o pozostałości tej dawnej metropolii, z których najważniejsze są wspaniałe posadzki w katedrze, jak też wybraliśmy się stateczkiem na lagunę, żeby z perspektywy obejrzeć sylwetkę Wenecji.

 – 9 marca 2016
Diabelski (znów ten szatan!) Kamień w Lasach Oliwskich

– 9 marca 2018
Łódź – murale w centrum miasta

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx



Wiem, że w gronie Miłych Czytelników tego bloga jest spora liczba medyków.
“Nasz Dziennik” służy również tej grupie zawodowej odkrywczymi, przydatnymi radami.(PB)

 


nasz dziennik 10 marca 2021 wspomina:
– 10 marca 2014 – Mierzeja Wiślana (jeszcze nie tknięta przekopem!)

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


Zauważcie, Drodzy Czytelnicy, że powyższe wyimki pochodzą z “Naszego Dziennika” i dotyczą, rzecz jasna, poczynań edukacyjnych wrażych środowisk “lewackich”. Sądzę jednak, że nietrudno byłoby znaleźć we wrażych, “lewackich” wydawnictwach identyczne tytuły, odnoszące się wszakże do poczynań edukacyjnych środowisk “kato – narodowych”, a więc łatwo identyfikowalnych choćby z “Naszym Dziennikiem”.
Ta swoista konwergencja propagandowego języka przeciwstawnych sobie obozów jest fenomenem, który właśnie w tym wpisie próbuję pokazać Czytelnikom, a samemu – zrozumieć. (PB)


nasz dziennik 11 marca 2021 uwagaaaa:
11 marca 2016 roku zacząłem pisać ten blog!!!
Minęło więc pięć lat comiesięcznego absorbowania Czytelników nie zawsze udanymi tekstami i zdjęciami, oraz zawsze udanymi rysunkami Żonny.

Serdeczne dzięki za cierpliwość i wyrozumiałość, oraz za liczne ciepłe, a także nieliczne oziębłe słowa, napływające w reakcji na tę ilustrowaną pisaninę!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


  Dobrze jest, jak wskazują doświadczenia wybitnych speców od propagandy, użyć języka militarnego, potęgującego u odbiorców poczucie zagrożenia i odruch obronny. (PB)

 


nasz dziennik 12 marca 2021 przynosi kolejne rocznicowe wspomnienie:
– 12 marca 2013 roku zdarzyło się nam być w Jerozolimie.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

Po raz kolejny hasło (to z mediami i ideologią), które z powodzeniem może funkcjonować po obu stronach politycznego muru, przy odwrotnym zwrocie wektorowym wszakże. (PB)


nasz dziennik 13 marca 2021 znów odnosi się do staroci, mających jednak cień związku z tym, co powyżej:

jeśli o media (kiedyś wolne) chodzi, to zdarza się jeszcze trafić na artefakty…

13 marca 2013 roku (bez związku z mediami i ideologią) – widok na najważniejszy izraelski port nad Morzem Śródziemnym – Hajfę:

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 

Wiara, neomarksizm, media, popędy, żądze. Oprócz tego – rozum, którego “Nasz Dziennik ” zaleca używać. Popieram zdecydowanie ten postulat. (PB)


nasz dziennik 15 marca 2021

15 marca 2011 (dziesięć lat temu) zdarzyło się podziwiać prawdziwe zimowo – górskie panoramy. Zdjęcie ma przypominać wrażenia estetyczne i nie ma w nim żadnych głębszych podtekstów.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

 

Nie mogę się nadziwić inwencji redaktorów we wskazywaniu szatańskich podszeptów. Dzisiaj na warsztacie pomysły na pomoc osobom niepełnosprawnym intelektualnie poprzez włączanie ich, w miarę możliwości, do powszechnego systemu oświaty. Zamysł trudny w realizacji, ale w cywilizowanych krajach funkcjonujący.
Komentarz “Naszego Dziennika” na tyle żenujący, że nawet obśmiać go trudno.
Wyróżnienia tekstowe  z dzisiejszego numeru wpisują się w takie pomysły Partii i Rządu, jak dążenie do wypowiedzenia antyprzemocowej “Konwencji Stambulskiej” (co, żeby było śmieszniej, pierwsza zrobiła Turcja!).
W znacznych obszarach “konserwatyzm” islamski pokrywa się z katolickim.(PB)


nasz dziennik 16 marca 2021 nie odnotował ciekawostek bieżących, ani historycznych, więc macie Państwo dzień oddechu, okraszony fotką zrobioną dokładnie 11 lat temu (nie mam pewności, kto wystaje spod pokrywy śnieżnej, ale jest to bez wątpienia postać obdarzona świętością):
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 



 

 

 

 

 

 

 

 

nasz dziennik 17 marca 2021  (a więc na środę dzisiejszą) jest w stanie skwitować wyżej przytoczoną lawinę obajtkomańską z “Naszego Dziennika” jedynie skromnym limerykiem:

Pognębiał raz w Pcimiu wójt wuja
wołając: “pokażę ci mu ja,
bez ścianki rurę,
czyli że: dziurę”.
Tu rym se dobierzta na czuja!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

nasz dziennik 18 marca 2021

to pierwszy dzień tegorocznego marca, którego nie zaczynamy od przeglądu “Naszego Dziennika”. Chcemy tym sposobem dać Państwu i sobie chwilę oddechu od pulsującej emocjami atmosfery tego wydawnictwa.

Mamy nadzieję, że odprężeniu sprzyjać będzie zdjęcie, zrobione w epoce fotograficznych błon odwracalnych “Orwochrom”, a przedstawiające naszą najmłodszą córę Katarzynę, dziś właśnie obchodzącą urodziny.
Zwróćcie uwagę na paczkę papierosów “Caro”, które utonęły w odmętach czasu podobnie, jak błony “Orwochrom”, a których obecność na stoliku niemowlaka nikogo wówczas nie dziwiła.

 

 

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


Z przyjemnością zaprenumerowałbym na stałe “Nasz Dziennik”, gdyby całą jego zawartość stanowiły wyłącznie, podobne jak powyższa, apetyczne recepty kuchenne. (PB)


nasz dziennik 19 marca 2021

Dzisiaj Dzień Jedności Kaszubów, przypadający w tym roku w siedemset osiemdziesiątą trzecią rocznicę ukazania się bulli papieża Grzegorza IX, gdzie znalazła się pierwsza pisemna wzmianka o tym dzielnym pomorskim ludzie.
W dniu ich jedności życzymy Kaszubom, aby jednoczyli się wokół myśli swobodnej.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


 Koniec odpoczynku! Wracamy do tekstów istotnych dla “Naszego Dziennika” programowo, pozostawiając na jakiś czas na boku przyjemności w rodzaju zupy z bakłażanów. (PB)

 


nasz dziennik 20 marca 2021 ma wolny weekend i o niczym nie donosi.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Powyżej – fragment zajmującej całą stronę “Naszego Dziennika” reklamy grupy “Orlen”. Najwyraźniej Daniel O. zamawiając te kosztowne reklamy spłaca gazecie należność za bardzo liczne płomienne artykuły w jego obronie, których fragmenciki prezentowaliśmy powyżej.(PB)


nasz dziennik 22 marca 2021

dziś imieniny Katarzyny Krenz, którą mamy zaszczyt znać osobiście.
Jeśli nie przeczytaliście jeszcze wszystkich napisanych przez Solenizantkę książek, zróbcie to niezwłocznie, bo z tego co wiemy, nadchodzą
kolejne!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


Nie jestem pewien, czy właściwie odczytuję te diagnozy “Naszego Dziennika”, ale mam mocne przeświadczenie, że autorom przyświeca myśl propagowania polszczyzny czystej i wolnej od jakichkolwiek wulgaryzmów którą, w odróżnieniu od różnych tam salonów, reprezentuje w godny sposób codzienny ostatnio gość redakcyjnych treści, Daniel O. (PB)
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx



Zdarza się “Naszemu Dziennikowi” krytykować władze Partyjno – Rządowe. Mam jednak wrażenie, że dzieje się to tylko w przypadkach takich, jak próby ograniczania frekwencji w kościołach podczas pandemii, co skutkuje zmniejszeniem wpływów na tacę. (PB)


xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

nasz dziennik 27 marca 2021
Miłośnicy podróży bez pudła poznają zapewne, że na zdjęciu widnieje berlińska Brama Brandenburska. Nieco osobliwą cechą zdjęcia jest to, ze zostało zrobione od strony wschodniej w bardzo dawnych latach, gdy przekroczenie znajdującej się w ciągu muru berlińskiego bramy było niemożliwe. Możliwe natomiast było udanie się do Berlina wschodniego na zakupy tym bardziej, że w okresie czasu, o którym mowa, ówczesne Partia i Rząd pozwalały na wymianę dość znacznej kwoty złotówek na marki wschodnioniemieckie. Ze sposobności tej skorzystało skwapliwie poślubione sobie właśnie 27 marca tego dawnego czasu małżeństwo, wymieniwszy na marki wszystkie otrzymane z okazji ślubu “kopertówki”. Owoce wyjazdu były przebogate; do czasów dzisiejszych dotrwał przechowywany jak relikwia nóż z aluminiową rączką, oraz mechaniczna waga osobowa, zachowująca dokładność +/- 3 kg.
Nie tylko ślubne (cywilne) wspomnienie wyróżnia dzień 27 marca, bo dokładnie rok później do młodych małżonków zawitał Tomasz.
Ten znamienny fakt niech będzie podsumowaniem marcowego naszego dziennika.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Po miesięcznych zmaganiach z lekturą i komentowaniem wyimków z “Naszego Dziennika” (i źródeł pokrewnych), oraz czynienia zapisków w naszym dzienniku (i źródłach pokrewnych), pora na krótką refleksję nad obserwacjami płynącymi z tych czynności.

Pierwszym pobieżnym wrażeniem, jakie nasuwa się przy obcowaniu z oboma dziennikami, jest zauważalny “symetryzm” (że użyję rozpowszechnionego ostatnimi czasy, choć raczej w odniesieniu do całokształtu polskiej praktyki politycznej, neologizmu) znajdowanych tam punktów widzenia, czy raczej – stosowanych  wobec przeciwnej strony dyskursu politycznego figur retorycznych.
Rzucająca się w oczy jest ich konwergencja, czyli równoległe występowanie, wszakże przy przeciwstawnych opisach.
Kilka pierwszych z brzegu przykładów:
– “pachołki Moskwy”
– “Targowica”
– “Szczujnia”
– “Ideologia” (w różnych konfiguracjach)
– “Edukacja – indoktrynacja”
–  “Propaganda”
– “Patriotyzm”
– “Duch Narodu”
To była mała próbka jednobrzmiących epitetów, mających dyskredytować stronę przeciwną.
“Jesteś głupi!”, “To ty jesteś głupi!” – pamiętacie z podwórka?
Zauważamy zatem, że identyczne lub bardzo podobne określenia są w odwrotny sposób rozumiane przez, mówiąc umownie, czytelników “Naszego Dziennika” i naszego dziennika.
Jedni i drudzy traktują nawzajem tę “symetrię” retoryczną jako odbicie ich własnych prawd w krzywym lustrze, lub mętnej wodzie strony przeciwnej.

Funkcjonuje także cała gama określeń opatrzonych modnym ostatnio przedrostkiem  “tzw.”, który można znaleźć w publikacjach dzienników obojga punktów widzenia (jak też tygodników, kwartalników, oraz innych niż drukowanych przedsięwzięć medialnych).
Tu znajdziemy, zależnie od opcji światopoglądowej “tzw. praworządność”, “tzw. strajk kobiet”, “tzw. strefę wolności osób LGBT”, ale też “tzw. Trybunał Konstytucyjny”, “tzw. Izbę Dyscyplinarną SN”, etc. Dziwne, że w tej ostatniej grupie nie znalazło się dotychczas “tzw. prawo i sprawiedliwość”, ale to pewnie kwestia czasu.

Napisawszy powyższe znalazłem się w miejscu, gdzie powinny zaistnieć próby wytłumaczenia sobie i innym przyczyn funkcjonowania dwóch równoległych rzeczywistości.
Uznałem jednak, że przed nadchodzącą Wielkanocą lepiej będzie podumać w spokoju nad własną niedoskonałością z nadzieją, że innym także zdarzy się taki czas refleksji.

 

Mijający czas bałwanów (?)

Natura łaskawie przypomniała nam w ostatnich tygodniach zjawisko, zwane dawniej “zimą”. Najmłodszemu pokoleniu nie muszę zatem opisywać takich fenomenów jak mróz czy śnieg, bo mogło ich doświadczyć organoleptycznie.
Wiedzione zaś naturalną u ludzkiego gatunku skłonnością do eksperymentu, wspartą doświadczeniem osób starszych, szybko opanowało sztukę tworzenia śniegowych bałwanów.
Słowo “bałwan” w języku polskim określa, jak wiadomo, nie tylko ulepioną przez dzieciaki śniegową figurę czy spienione morskie fale, ale także figuralne wyobrażenie bóstwa, zaś najczęściej – osobę reprezentującą przymioty nie do końca godne szacunku.
Dwa ostatnie znaczenia bywają, jak wynika z obserwacji, częstokroć kojarzone wspólnie, czego skutkiem może się stawać ubóstwianie bałwanów – zjawisko w życiu społeczeństw nierzadkie.
Przemijaniu czasu bałwanów śniegowych sprzyja zwykła odwilż.
W przypadku bałwanów ubóstwionych jest to niestety proces znacznie bardziej zawiły  i na ogół skutkuje jedynie czasowym ich nadtopieniem.
Poczynania w tym kierunku są wszakże bardzo pożądane; w ostatnim czasie daje się takowe zaobserwować w wykonaniu odwilżowych ekip politycznych, oraz publicystycznych.
Tyle o (lekko może naciąganych) paralelach z dziedziny bałwanologii, spójrzmy zatem na migawki z (niespodziewanej w lutym) zimy 2021.
Oddający atmosferę przymglonych tego dnia tras biegowych w ulubionym Hrabstwie Kłodzkim obrazek narysowała znana, lecz niestety ciągle nie do końca sprawna Ręka. Podobnie, jak wykonała kilka następnych zimowych szkiców i fotografii, nie tylko zresztą z południa Polski.

Na ostatnim ze zdjęć widać górną stację wyciągu na Czarnej Górze. Trasy narciarskie z niej prowadzące były puste, opatrzone tablicami zakazu wstępu; nie dostrzegliśmy tam nawet Pierwszego Zjazdowca RP.
To osobliwe feryjne doświadczenie: bezludne niemal góry, żywienie się “wynosami” z nielicznych pracujących na ćwierćobrotach  knajp, noclegi u miłych gospodarzy zerkających w okno z obawą, czy nie nadarzy się jakaś kontrola, szaleńcze szusy na “jabłuszkach”, wymarłe stare kurorty.

Szczęśliwie, ulubione biegówki – bez urzędowych ograniczeń.

Ostatnie zdjęcie pochodzi z Gierałtowa, malowniczej jak cały region i mającej długą historię wsi, której dawniejsza nazwa brzmiała Gersdorf.
Ciekawe, czy Pani Małgorzata Gersdorf, dobrze zapamiętana była szefowa Sądu Najwyższego, mogła mieć jakiś odległy związek rodzinny z obecnym Gierałtowem (Starym lub Nowym, bo tak się dzieli)?
Niekoniecznie, ale ta zbieżność nazewnicza jest jednym z tysięcy przykładów na to, jak przez wieki przeplatały się na terenach polskich, ale i wszędzie indziej, losy ludzi będących w drodze, a w końcu znajdujących swoje miejsce.
A także na to, jak wąskim, przemijającym i sztucznym, a przez to instrumentalnie wykorzystywanym i nadużywanym pojęciem może być “narodowość”.
Poprzestanę na tej dość ogólnikowej refleksji, bo temat jest szeroki i drażliwy, a nasz blog ma być dla Czytelników i Oglądaczy okazją do chwili wytchnienia.


Dla wielu osób wytchnieniem będzie najpewniej widok kilku zdjęć obrazujących dzieło Ojca Dyrektora, na które trafić można niewiele zbaczając z drogi łączącej Gierałtów z Gdańskiem.
Luty był miesiącem naprzemiennie i niespodziewanie następujących po sobie pór roku; niespodziewana mroźna i śnieżna zima znienacka ustąpiła miejsca niespodziewanemu, upalnemu prawie latu, które błyskawicznie zanihilowało śniegowe bałwany, jak też zaspy przesłaniające obiekty wszelakich kultów.
Na przedmieściach Torunia dał się więc zaobserwować kompleks marmurowo – złoty, wcale nie skromny.
Można odnieść wrażenie, że zamysłem jego powstania jest chęć stworzenia takiego polskiego Watykaniku, sanktuarium myśli konkurencyjnej wobec franciszkowej, którą mają nieść w lud adepci lokalnej wyższej szkoły spikerów.
Twarze spotykanych osób wyglądają, mimo maseczek, na uduchowione i niezbyt skore do wymiany poglądów, natomiast pewne zasłyszanych tu prawd.
Zaobserwowaliśmy również, że jeśli ktoś tu nosi sutannę, to nie nosi maseczki. Księżowskie “pogotowie” z Gierałtowa nie pasowałoby tu zbytnio.

Miasto Kopernika i piernika oferuje szeroką gamę doznań duchowych.
Nieco odmienne w swym charakterze sanktuarium , jakim jest świetne tamtejsze Centrum Sztuki Współczesnej, prezentuje na przykład wystawę twórczości kultowego fotografika i celebryty, Helmuta Newtona.
Nie przepadam za fotografią reżyserowaną, jednak kreatywność tego twórcy naprawdę robi wrażenie.


Przemierzenie kraju z północy na południe i z powrotem pozwoliło po raz nie wiadomo który potwierdzić opinię, że w domu najlepiej, chociaż gdzie indziej też bywa ładnie i ciekawie.
Widoki zimowe z okna, narciarska włóczęga przez kaszubskie pagórki i jeziora, a nade wszystko wzdłuż morskiej plaży: hej, jak mawiają górale!

Podróżnicy

Rob Gonsalves – “Pływające wyspy”

Adwentowy czarny karnawał 2020, godny pióra Osieckiej czy Młynarskiego.
Korowody gości, sterowane gazetowymi anonsami w czarnych ramkach, przemieszczają się w funeralnym kontredansie z Witomińskiego, poprzez sopocki, Srebrzysko aż na Łostowicki,
Muzyka niezbyt skoczna, ale rytmiczna.
Na początku wodzirej z kosą, za nim w pierwszej parze Ciocia Pandemia z Wujem Kryzysem, potem – roje masek, które przy każdym kolejnym spotkaniu coraz lepiej nawzajem się rozpoznają, bo spotkania częste.
Zamaskowani żałobnicy idą dalej, pozostawiając w ciszy i spokoju Ich, których imiona przywołałem pod koniec poprzedniego wpisu.
To bliskie nam osoby, które wybrały się w podróż dokądś – tam, w feralnych ostatnich dniach listopada.
Każde z nich było podróżnikiem co się zowie, żyjącym blisko morza, często – na morzu czy dla morza. I dla nas.


  • Iwona
    Jako zdeklarowana feministka obruszyłaby się zapewne na określenie “Damski Noe“, ale w mojej pamięci pozostaje kimś właśnie takim.
    Kimś, kto robił wszystko, żeby ziemską naturę ocalić przed antropoceńskim potopem.
    Z biblijnym pierwowzorem łączyły Iwonę jeszcze trzy przynajmniej cechy: żegluga była Jej pasją, a poza tym – lubiła wino i nie lubiła Chama.
  • Zbyszek
    Kiedyś zbudowaliśmy razem dom; w jednej jego połówce mieszkamy dotychczas z Żonną, w drugiej Zbyszek spędził może z tydzień, po czym na długie lata wybrał się w świat. W czasie gdy w Polsce zebrano się przy Okrągłym Stole, Zbyszek zaprosił mnie do wspólnego rejsu łódką po egzotycznych wodach.
    Z różnych względów do rejsu nie doszło, mnie zaś pozostała jako pamiątka przepustka do ministerstwa bezpieki Jamajki, gdzie musiałem przedłużyć wizę.
    Młodszym Czytelnikom wyjaśniam, że wówczas w paszportach był uwidoczniony opis cech fizycznych właściciela, między innymi kolor oczu, który portier uznał za moje nazwisko.
    Więcej w tym akapicie o mnie niż o Zbyszku, ale to On inicjował przygody.
  • Tomek
    Powściągliwy w wypowiedziach i w wydatkach, wszelako obok masy zalet:
    miał nasz Tomek dwie słabostki,
    cygara i rosół z kostki .
    Sylwia (żona) w pięknych słowach Tomka pożegnała.
  • Wiesław
    W mojej pamięci – wzorzec siły spokoju, mądrości i rozwagi.
    Marzena (córka) w pięknych słowach Wiesława pożegnała.
  • Józef
    Znałem Józefa najmniej z wymienionych; był, podobnie jak Wiesław, przedstawicielem starszej od nas o numer generacji.
    Wiem wszakże na pewno, że podobnie jak Wiesław, był autorem nadzwyczaj udanego potomstwa.

 

500 lat upłynęło niedawno od momentu, gdy wyprawa pod wodzą Magellana sforsowała  cieśninę znaną obecnie pod jego imieniem i wypłynęła na bezmierne wody Pacyfiku.
Historię epokowego rejsu starałem się przypomnieć w pierwszych wpisach tego blogu w 2016 roku, uzupełniając ją opisem swoich prób podążania śladami Magellana (to informacja dla Czytelników od niedawna bywających na tej stronie i  jednocześnie zachęta, aby zajrzeć wstecz).
Jednym z najważniejszych źródeł dokumentujących wyprawę są dzienniki Antonio Pigafetty, wydane w polskim tłumaczeniu tylko raz, w 1992 roku. Opis wydarzenia wygląda tam tak:

Próbuję sobie wyobrazić święta Bożego Narodzenia 1520 roku załóg trzech okrętów, jakie pozostały w eskadrze po wcześniejszych perturbacjach.
Pożegnawszy kontynent amerykański 28 listopada, mieli jeszcze żeglarze zapewne zapasy wody i żywności tam pozyskane, zatem w miesiąc później mogli na pokładach nieco poświętować.
Czekały ich jednak kolejne prawie trzy miesiące żeglugi non – stop, której “uroki”, zwłaszcza kulinarne, możemy poznać w widocznym obok fragmencie zapisków Pigafetty (skopiowane z “Relacja z wyprawy Magellana dookoła świata” wyd. Novus Orbis Gdańsk 1992).
Lektura tej relacji po raz kolejny skłania do podziwu dla odwagi i wyobraźni, jak też do zadziwienia systemem wartości, który motywował wielkich odkrywców do ich epokowych poczynań. 


Ten sam zestaw zadziwień, co w przypadku wielkich odkrywców, bywa też naszym udziałem w odniesieniu do władców i polityków, których zwykło nazywać się wielkimi, bo potrafili bilans swoich działań w brudnawej generalnie sferze walki o władzę i jej utrzymanie zamknąć wynikiem dodatnim dla społeczeństw, a nie tylko dla siebie.
Taki był choćby Willy Brandt, niemiecki kanclerz z przełomu lat 60-tych i 70-tych XX wieku, laureat pokojowego Nobla.
“Niemiec o ludzkiej twarzy” – to określenie w ustach osób, które już w dorosłości przeżyły koszmar II wojny i okupacji, brzmiało jak prawdziwy komplement.
Symbolem tego, co zdziałał pożytecznego, było spontaniczne uklęknięcie przed pomnikiem Bohaterów Getta podczas wizyty w rządzonej przez komunistów Warszawie, dokładnie 50 lat temu. Okrągła rocznica, więc na jej uczczenie powstał m.in. świetny programik muzyczny, przepleciony wypowiedziami znanych historyków i polityków, który polecam zwłaszcza uwadze młodzieży, w obliczu intensywnego korygowania podstaw nauczania historii w polskich szkołach:
https://vimeo.com/487605284
Jeszcze jedno rocznicowe przypomnienie dla młodzieży: kilka dni po wizycie Brandta, ale bez związku z tym wydarzeniem, zaczął się nasz Grudzień’70


Zauważyliście zapewne między ilustracjami do tego wpisu niezwykłe, trącące surrealizmem obrazy Roba Gonsalvesa, które pasowały moim zdaniem do tekstu.
Wiadomo wszakże, że wpis bez Aninego obrazka jest pozbawiony najważniejszego waloru, więc niniejszym nadrabiamy (tym razem bez koloru, bo Artystka ma kontuzjowaną prawicę):
Na obrazku – widoczny z naszego okna po przeciwnej stronie ulicy domek imienniczki Żonny. Pani Ania pod koniec grudnia skończy 100 lat, co okoliczni mieszkańcy zamierzają uczcić w sposób zgodny z rygorami sanitarnymi
(i uważając, aby okolicznościowej pieśni urodzinowej nie odśpiewać w rutynowy sposób: “stooo laaat”)
Zatem jeszcze jedna okrągła rocznica grudniowa, jeszcze jedna podróż – tym razem ciągle trwająca, bo jak zapewnia Jubilatka prosząc o podwózki na kolejne wybory – nie spocznie zanim się dobra zmiana nie zmieni na dobre.


I tak, wyszedłszy od wspomnień o Podróżnikach, a znalazłszy się w sferze toastowej, spójrzmy na dokonanie – tym razem nie podróżnicze – Andrzeja “Tourbanika”, o którym szerzej wspomniałem w listopadowym artykule.
Mam nadzieję, że wklejenie tu fragmentów epokowej pracy zespołu przezeń kierowanego jest legalne. Czynię to z zapałem, bo mimo całej mojej mizerii lingwistycznej, a tym bardziej medycznej, konkluzje badań odczytuję jako w miarę optymistyczne, sygnalizujące mianowicie odwracalność pewnych zmian zachodzących w strukturach ludzkiego mózgu po spożyciu umiarkowanych ilości alkoholu. To jedna z najlepszych wiadomości upływającego miesiąca i roku.
Wznośmy zatem w odpowiednio umiarkowanym trybie kielichy za Podróżników, bez względu na to, który ze światów aktualnie przemierzają!!!


Z ostatniej chwili: od dawna wspólnie podróżujący Teresa i Michał postanowili usankcjonować tę praktykę stosownym urzędowym dokumentem. A więc jeszcze jedna miła okoliczność toastowa pod koniec roku! Tym razem śmiało można zaśpiewać: “Sto lat”!!!
Podsumowanie obrzędu w bardzo okrojonym składzie osobowym miało miejsce w kaszubskiej wiosce Hejtus, w domu sąsiadującym z Pomorskim Ośrodkiem Rehabilitacji Dzikich Zwierząt “Ostoja”.
Zupełny przypadek, ale jest to miejsce, do którego powstania i funkcjonowania w wielkim stopniu przyczyniła się Iwona, o której wspomniałem na początku. Rodzina prosiła, aby zamiast kłaść kwiaty na Jej mogile, przekazać datek na “Ostoję” właśnie. Jeśli możecie, zróbcie to także, Drodzy Czytelnicy!

Podrurze

W błędzie tkwią Czytelnicy sądzący z tytułu wpisu, że Ich oddanemu autorowi pokićkało się coś na starość z ortografią.
Na dowód załączam zdjęcia naszego ulubionego gdańskiego lokalu, którego wszakże nie ominęły ostatnimi czasy zarazowe restrykcje i stoi zamknięty.
Gdy więc PODRURZE nie działa, czas przypomnieć sobie, co to są PODRÓŻE, chociaż z nimi ostatnio też nie łatwo.
Nawiasem mówiąc, powyższa gierka słowna ilustruje cudowną plastyczność polszczyzny, trudną niestety do docenienia dla osób obcojęzycznych.
Gwoli kronikarskiej pieczołowitości dodam informację, że kultowy “Bar pod rurami” przycupnął w cieniu potężnej magistrali ciepłowniczej, przy wyjściu ze stacji kolejki “Gdańsk – Politechnika” w kierunku zakładów stoczniowych i zachęca śpieszących na szychtę pracowników tej branży do krótkich odwiedzin już od godziny piątej rano. W bardziej przyjaznej porze bywa zaś przyjaznym przystankiem dla zdrożonych rowerzystów.


“Podróże są dla ludzi – nawet te wirtualne”, głosi sformułowany przez Klasyka podtytuł tego blogu; zwłaszcza w obecnej dobie słowa te tchną prawdziwością.
Podróżujecie wirtualnie choćby zaglądając na te strony, a jeśli macie chęć na duuużo więcej, odwiedźcie koniecznie legendarny portal https://www.travelbit.pl/,
animowany od dziesięcioleci przez Profesora Andrzeja Urbanika, jednego z najbardziej twórczych i pracowitych osobników, jakich mam zaszczyt znać.
Naukowa kariera “Tourbanika” przeplata się z pasją podróżniczą, wieńczoną objechaniem i opisaniem niemal wszystkich ciekawych zakątków świata.
Jakby tego było mało, od bardzo wielu lat organizuje Andrzej OSOTT, czyli doroczne zjazdy zapalonych włóczęgów. W tym roku, z wiadomych względów wirtualny, jak wiele innych spotkań, ale nie mniej bogaty i inspirujący.
Na zimowe wieczory: https://osott-travenalia2020.travelbit.pl/  !!!



Przestrzeganie restrykcji sanitarnych w dobie epidemii ma sens, zwłaszcza jeśli jest podparte wskazaniami zdrowego rozsądku. Lawirowanie między restrykcjami (przy zachowaniu owego rozsądku) pozwala zaś od czasu do czasu wybrać się poza dom, choćby niezbyt daleko.
Na przykład nad Pilicę , żeby pokazać wnukom opuszczone gospodarstwo ich prapradziadków, którym dekady temu pomagaliśmy tam w żniwach.

Nieco bliżej ujścia Pilicy do Wisły leży Warka, miasteczko sławne z wielu powodów, jak choćby:
– tu urodzili się  (oprócz rzeszy innych osób) Kazimierz Pułaski i Piotr Wysocki,
– tu od niepamiętnych czasów warzy się piwo (stąd nazwa miasta zresztą)
– tu robią majonez “Winiary” i inne specjały pod tą marką
tu Starsi Panowie wybierali się na ryby
pod Warką Czarniecki sprał Szwedów (znów “potop” w blogu, a Czarniecki na pomniku w rynku wareckim, zaś obok -przedstawienie bitwy na obrazie, tym razem Smuglewicza, a nie Brandta)
– tu usypano z kilku taczek ziemi “Kopiec Powstańców Styczniowych”; byliśmy zawiedzeni jego mizernymi rozmiarami.


Akwarelka wiadomego pędzelka obrazuje pałac w Ojrzanowie, skąd było niedaleko do interesujących nas okolic nadpilickich i gdzie udało nam się wygodnie przenocować oraz zacnie posilić, co w ostatnim czasie nie bywa łatwe.
Okazało się w rozmowie z sympatycznym właścicielem (zarządcą?) obiektu, że jeszcze do niedawna był to (jest dalej?) ośrodek firmy Inco – Veritas, której sztandarowym produktem jest znany świetnie wszystkim panom domu płyn do naczyń “Ludwik”.
Ów sławny detergent, a także różne nawozy do kwiatków i inna chemia (krajowa), to bodaj jedyne nie budzące pytań i niejasności skojarzenia z Inco – Veritas.
Ten spory na polskie warunki koncern wypączkował bowiem w mrocznych czasach komuny ze Stowarzyszenia PAX , zdecydowanie tajemniczej i niejednoznacznie konotującej się organizacji katolickiej, która z jednej strony układała się z władzą ludową, z drugiej – dopomogła wielu ludziom podziemia przez tę władzę prześladowanym, budowała znaczące i unikalne w tamtym czasie zaplecze gospodarczo – finansowe, ale także – bazowała na radykalnie narodowej, często antysemickiej pożywce ideologicznej, uosabianej przez Bolesława Piaseckiego.
Po przemianach 1989 roku PAX przekształcił się w Stowarzyszenie Civitas Cristiana , które najpewniej ma znaczny wpływ na mocno prawą stronę obecnej sceny politycznej puszczającą, mówiąc umownie i z przeproszeniem, bąkiewicze.
Taka trochę katolicka masoneria, której ukorzenienie próbują wyjaśniać historycy, ale której oblicze dla laików takich jak ja jest zasnute mgłą wielu niejasności.
Tak czy inaczej, jej zaplecze gospodarcze ma się chyba nieźle.
Sielskie widoki zespołu pałacowo – parkowego w Ojrzanowie nie przeczą tej tezie.


28 listopada 1520 roku, a więc równe 500 lat temu, flotylla dowodzona przez Magellana wypłynęła z cieśniny znanej obecnie pod jego imieniem, a wcześniej pod nazwą Cieśniny Wszystkich na otwarty Pacyfik !!!


Wydawało się, że powyższe spostrzeżenia zamkną listopadową, dość skromną, pulę opisową, ale ostatnie dni przyniosły smutną kumulację pożegnań osób dobrze mi znanych, czasem bardzo bliskich. Wspomnę tylko Ich imiona:
                  Iwona, Wiesław, Zbyszek, Tomek, Józef.

Wałem do chrzcielnicy

Czasami, gdy we własnych zasobach nie znajdę zdjęcia odpowiedniego dla zilustrowania czegoś – tam w blogu, szukam go “w internetach”. Chcąc przybliżyć Czytelnikom tytuł tego artykuliku, wpisałem do wyszukiwarki Bing hasło: “Wał pomorski – obrazy” i wyskoczyło mi to, co widać poniżej.
Nie doszukujcie się, broń Boże, w tej obserwacji żadnych podtekstów; zważcie tylko, że do sieciowego oceanu informacyjnego należy podchodzić ostrożnie i krytycznie.

Wiecie już zatem, że tytułowy Wał – to ten Pomorski (trochę więcej o nim na końcu wpisu), a co do chrzcielnicy, spójrzcie obok, proszę.
Różne durnoty widuje się podróżując tu i ówdzie, ale te ogromne mozaikowe napisy na przyczółkach wiaduktów nowobudowanych dróg ekspresowych w Wielkopolsce niewątpliwie zaliczyć można do szczytowych osiągnięć “myśli”. Wymyślacze czegoś takiego (o ile oczywiście można tu operować kategoriami pracy rozumnej) chcieli być może zasugerować przejezdnej publiczności, że Polska moczy się w Wielkopolsce (chrzest przez zanurzenie), lub odwrotnie – że jest przez Wielkopolskę spryskiwana (chrzest przez polanie). Mogło także chodzić, choć to mniej prawdopodobne, o powiązanie faktu ochrzczenia Mieszka I (który ponoć “wcześniej  w takich pogrążony był błędach pogaństwa, że wedle swego zwyczaju siedmiu żon zażywał”) i jego podwładnych przez nienazwanych hierarchów z zachodniej Europy z tym, że najnowsze wiadukty budowane są dzięki finansowemu wsparciu zachodniej Europy. Tak czy inaczej pozostajemy w przeświadczeniu, że estetyka uzewnętrzniania ekscytacji religijnej przez dawnych Wielkopolan stała na wyższym poziomie niż obecnych, co ilustrują obrazki Nieocenionnej Żonny Anny.
Klinicznym przykładem potwierdzającym powyższą tezę jest koszmarne, naszym zdaniem, wyobrażenie Papieża Wojtyły przed ładnym, stareńkim i trzymającym miłe dla oka proporcje, kościółkiem w Gąsawie:

W Gąsawie znaleźliśmy się nieprzypadkowo: ta niepozorna miejscowość miała we wczesnym okresie kształtowania się państwa piastowskiego większe niż dzisiaj znaczenie, podkreślone przez zwołanie tam w 1227 roku zjazdu książąt dzielnicowych. Jak wiadomo, potomkowie Krzywoustego prali się notorycznie i usiłując podporządkować sobie jedni drugich sięgali do bogatego arsenału metod politycznych epoki średniowiecza, z których spora część nie uległa większym zmianom do dzisiaj.
Podczas zjazdu w Gąsawie krakowski książę – senior ziem polskich Leszek Biały został więc po prostu zamordowany, gdy uciekał konno bez odzienia z łaźni, w której zaskoczyli go ludzie Świętopełka Gdańskiego .
Tenże wybitny (choć na lokalną skalę) władca wschodniego Pomorza, przybył na wspomniany zjazd w Gąsawie być może trasą podobną jak my z Gdańska, czyli przez Wał Pomorski. Niefortunną ucieczkę Leszka Białego z gąsawskiej łaźni upamiętnia zaś kontrowersyjnej klasy monument.

W krótkiej ekskursji po “Chrzcielnicy” było mi dane towarzyszyć dwóm Annom:  jednej zawdzięczamy rysunki i niektóre zdjęcia, drugiej zaś to, że będąc  naturalizowaną Wielkopolanką, świetnie zorientowaną w lokalnych ciekawostkach zawiozła nas z dużą wprawą do kilku z nich. Niektóre znane (choćby ze szkolnych wycieczek) jak: zamek kórnicki, pałace w Biedrusku czy Owińskach i zespół klasztorny tamże, oraz wspomniane i zilustrowane powyżej urokliwe drewniane kościółki. Także dzieło z przełomu tysiącleci (tego ostatniego!) – zaprojektowane i zbudowane od A do Z w Murowanej Goślinie “nowe – stare” miasteczko Zielone Wzgórza.

Zdarzyły się też wielkopolskie perełki nieznane (przynajmniej nam, przybyszom zza Wału Pomorskiego), spośród których zdecydowanie wyróżniamy Wyspę Edwarda, położoną na jeziorze Raczyńskim, w miejscowości Zaniemyśl i od pewnego czasu połączoną z kontynentem chybotliwą pływającą kładką, zafundowaną przez Unię.
Edward Raczyński, wielce zasłużony na licznych polach, lecz bujnego najwyraźniej charakteru arystokrata, do niezliczonych ekstrawagancji swojej doczesnej aktywności dołożył efektowny finisz poprzez odstrzelenie sobie głowy z niewielkiej armatki, którą widać na jednej z poniższych fotografii.

 Wielkopolskę zamieszkują Wielkopolanie którzy, obok wielkich zasług dla fundowania i podtrzymania polskiej państwowości, mają też opinię ludzi gospodarnych i praktycznych.
Rzuciło nam się w oczy kilka przykładów tych cnót, częstokroć uwidacznianych na stosownych inskrypcjach. Co do twarogu – wydawało się z daleka, że chodzi o sławne miejscowe specjały mleczarskie…

Wielkopolską przedsiębiorczością wykazał się także mieszkaniec Chodzieży, który po zadaniu nam kilku kontrolnych pytań na temat przebiegu epidemii na Wybrzeżu etc., zagadnął uprzejmie o możliwość przyznania mu piątala, do wykorzystania w pobliskim sklepie 24h. Miasteczko jest wszakże zacne, sławne fabryką fajansów i zdobne efektownymi dwoma rynkami, oraz licznymi świątyniami, a także prowokujące swą nazwą limerykowe rymy:

Raz katecheta z Chodzieży
badał, gdzie punkt “G” leży,
by metodycznie,
systematycznie,
objaśniać to młodzieży

 


Praktyczny zmysł obywateli “Chrzcielnicy” przejawiał się od wieków, choćby wtedy, gdy pod Ujściem w lipcu 1655 roku zebrały się rzesze pospolitego ruszenia wielkopolskiego , które szybko podało tyły przed nadciągającą armią szwedzką, bo przecież nadchodził czas żniw. Zdecydowało się ujść spod Ujścia.

Gwoli prawdy historycznej trzeba wszakże wspomnieć, że w późniejszych etapach zwalczania “potopu” Wielkopolanie stawali dzielnie,
goniąc Szweda i oblegając aż w dalekiej duńskiej Koldyndze. Wspomnialem o tym przed rokiem , ilustrując informację stosownym obrazem tego samego twórcy, który uwiecznił widoczną obok scenę spod Ujścia, czyli Józefa Brandta


Leżące nad Notecią Ujście przez wieki strzegło biegnącej wzdłuż tej rzeki granicy wielkopolsko – pomorskiej, a z czasem  polsko – niemieckiej.
Na północ od Noteci rozciąga się Wał Pomorski, kojarzony głównie z pasem umocnień, mających pod koniec II wojny światowej utrudniać posuwanie się sowieckiego frontu w kierunku Berlina. Został po ciężkich walkach przełamany przez działającą w ramach tego frontu armię polską, co ma swój smaczek historyczny, ponieważ zbudowano go na początku lat trzydziestych XX wieku dla obrony niemieckiego Pomorza przed… agresją ze strony ledwie co odrodzonego Państwa Polskiego.
Godzi się wspomnieć, że w klasyfikacji geologicznej tych terenów termin “Wał Pomorski” używany jest dla określenia antyklinorium (czyli wypiętrzenia warstw w postaci “grzbietu”), powstałego w erze mezozoicznej wskutek ruchów tektonicznych.
A dla nas to po prostu wielkiej urody tereny, obfitujące w lasy, jeziora i wymarzone na spływy kajakowe rzeki. Takie jak Grabowa, której fragment nie bez trudu pokonaliśmy w drodze Wałem do Chrzcielnicy (całość drogi dla pewności przebywając samochodem).