Masło irlandzkie

Okoliczności dziejowe sprawiają, że w centrum zainteresowania znajduje się ostatnio Ukraina, próbująca wzmocnić swą tożsamość i zrzucić ostatecznie imperialne okowy większego sąsiada, którego język wszelako jest w niej ciągle dominujący.
Nasuwa to analogie z Irlandią, w której najłatwiej dogadać się po angielsku mimo, że przez wieki mieszkańcy tej wyspy wielkim i krwawym wysiłkiem prowadzili do uniezależnienia się od Anglii.
Wątków łączących kraje położone na przeciwległych obrzeżach Europy można zresztą znajdować wiele, choćby przywołując zdarzenia z epoki wikińskiej.

Wikingowie norwescy i duńscy opanowali w dziewiątym wieku irlandzkie wybrzeża, fundując szereg miast (jak Dublin, Cork czy Limerick) i w znaczny sposób wpływając na funkcjonowanie dawnych tamtejszych królestewek.
Wikingowie zaś szwedzcy, zwani Waregami, formując w podobnym czasie szlaki handlowe do Bizancjum i Bagdadu, założyli nijako przy okazji – Ruś Kijowską, ukraiński matecznik.

Za sprawą wojennej awantury rozpętanej przez znanego moskiewskiego bandziora musieliśmy odstąpić od planów bliższego przyjrzenia się władztwu kijowskiemu, w zamian wybierając wypad do Irlandii właśnie, w dobrym towarzystwie Joanny i Jurka, z którymi skądinąd zwykliśmy co pięć lat odwiedzać jakąś wyspę.

Byliśmy na Zielonej Wyspie zbyt krótko, aby w pełni zrealizować tygodniowy program aktywności uwidoczniony przed jednym z dublińskich pubów (patrz zdjęcie powyżej).
Robiliśmy jednak co się dało, aby poczuć irlandzkie klimaty, nie rezygnując wszelako ze snucia ukraińskich odniesień.
No bo, na przykład, Ukrainę zwykło się uważać za spichlerz Europy, krainę pszenicą i żytem szumiącą (w czasach pokoju, naturalnie).
Irlandia natomiast owiewa przemierzającego ją turystę szlachetną wonią obornika, z gracją produkowanego przez nieprzeliczone stada rogacizny gryzącej i trawiącej wyspiarską zieleń.
Można ją zatem śmiało nazwać oborą Europy, zaznaczając wszakże, że wspomniane bydło dostarcza, obok obornika, także wielkie ilości mleka, no i mięsa.
Jest zatem Irlandia krainą mlekiem i stekiem płynącą, w której jedynym pocieszeniem dla wegan mogą być równie obficie płynące strugi piwa i whiskey, mające swe źródła w lokalnych łanach jęczmienia.
Mleko irlandzkie stanowi zaś, jak wiadomo, bazę do wyrobu masła irlandzkiego, dostępnego nawet w polskich owadzich spożywczakach i dającego tytuł tej krótkiej relacji.

Widoczny na ostatnim zdjęciu ze stadem groźnych czarnych byków w tle pałacyk to serce posiadłości Woodhouse, nad historią której pracuje nasza dawna sąsiadka z osiedla Marianna, od lat mieszkająca z rodziną w Irlandii i wzbogacająca ten kraj swą wiedzą i talentem, w sposób typowy dla znacznej części licznej polskiej imigracji.

Wracając na moment do ukraińskich skojarzeń podczas króciutkiej irlandzkiej podróży, to przychodzą na myśl widywane w kinach produkcje gangsterskie, przedstawiające mafie rodem z obu krajów.
Ta wschodnia, najbardziej “malownicza”, wywodziła się z Odessy.
Irlandzka zaś trzęsła wielkimi amerykańskimi miastami, gdzie walczyła z mafią włoską; jednych i drugich przygnała za Atlantyk bieda i głód w ich ojczystych stronach.
Współcześnie mafię irlandzką mogą przypominać tamtejsze wypożyczalnie samochodów, zdzierające okrutnie za możliwość poruszania się lewą stroną wąskich, nędznych na ogół dróg.


Szanowna Publiczność domyśla się już zapewne, co nastąpi za chwilę.
Nie sposób było, nawet przy bardzo ograniczonym czasie, nie zahaczyć o miasto sławne głównie z tego powodu, że dało swoją nazwę niezwykłej miniaturce poetyckiej. Zapewne każdy wierszokleta – amator, znalazłszy się w Limerick, usiłuje nerwowo coś skrobnąć na temat, co rzadko przynosi dobry efekt.
Próbować wszakże trzeba:

Nadobnej damie z Limerick
utknął raz w gardle strachu krzyk,
gdy się nagle dama
obudziła sama,
bo w miasto ruszył mąż – stary pryk.
W sławnym mieście Limerick
przebywał dorodny byk,
co każdego wieczora,
zamiast torreadora,
konsumował łyski łyk

Tu nagła zmiana nastroju: zaraz po powrocie z maślanej wyspy pojechaliśmy do Krakowa, aby pożegnać naszego przyjaciela od czasów studenckich jeszcze (więc bardzo dawnych), Ryśka. Przeżyliśmy razem sporo przygód, współpracowaliśmy przez długie lata, z pewnością bardzo się lubiliśmy. To kolejny bliski nam Podróżnik, którego wspominamy w naszym blogu.

O innym krakowskim podróżniku, wspominanym już swojego czasu Andrzeju “Tourbaniku” będzie już niebawem, przy okazji kolejnych zapisków z wypadu do Irlandii.

Dodaj komentarz