Dannebrog

  •  Napomknąłem w poprzednim wpisie o obrzydliwej kampanii antygdańskiej, przebijającej się w partyjno – rządowej propagandzie w ostatnich tygodniach. Jednym z jej absurdalnych motywów przewodnich jest „proniemieckość” mieszkańców i władz miasta.
    A zamiast tego mogło się zdarzyć, że telewizja tow. Kurskiego zapluwałaby się gdańską „produńskością”, bo na przełomie XII i XIII wieku będąca wówczas u szczytu potęgi Dania miała ponoć miasto w swoich rękach, podobnie jak całe Pomorze.
    Był to jednak stan krótkotrwały; król Waldemar II zdecydował się skoncentrować na zdobyciu Estonii w ramach ciągu północnych krucjat, jak też na ugruntowaniu swojego władztwa u nasady Półwyspu Jutlandzkiego.


  • Do Estonii także udała się współcześnie gdańska ekipa KKK, czyli prezentowanego już Czytelnikom przed rokiem, przy okazji wzmianki o spływie na Łotwie, Klubu Kochających Kajaki. Wrażenia kajakarskie, oraz ogólnoturystyczne (tych było wprawdzie niewiele, bo spływ wiódł przez z rzadka zamieszkałe okolice) równie dobre, jak z Łotwy.
  • Rzeki Vohandu (najdłuższa w Estonii) i Ahja ciążą swymi zlewniami w kierunku kompleksu jezior Pejpus – Lammi – Pskowskie , leżącego na granicy z Rosją. Tam też dotarliśmy do Räpina, jedynego miasteczka jakie spotkaliśmy w estońskich ostępach. Estonia ma najmniej osadów posowieckiej mentalności i stylu życia ze wszystkich krajów bałtyckich; wszędzie jest czysto, porządnie, przyjaźnie, a poza tym – nie ma problemu z dogadaniem się po angielsku lub rosyjsku (bliski fińskiemu język lokalny jest dla przeciętnego przybysza nie do pojęcia).
    Jeśli kręcą Was kajaki na pięknych, bezludnych, często niełatwych rzekach – ruszajcie do Estonii! Niezbyt liczne, ale dobrze urządzone pola biwakowe (z reguły przy gospodarstwach), spektakularne wąwozy wycięte w piaskowcowych utworach, żurawie i czaple kilometrami pilotujące kajakarzy i …cisza.


    Wróćmy jednak do spojrzenia w tylne lusterko i przypomnijmy kilka epizodów z historii tej okolicy, aby na koniec wyjaśnić tytuł niniejszego wpisu.
    Krucjaty północne to temat nam bliski, bo działy się na nieodległych terenach i niejednokrotnie były w tym blogu przywoływane.
    Religijny fanatyzm i polityczne wyrachowanie, mieszane w różnych proporcjach, napędzały w średniowieczu organizację gigantycznych przedsięwzięć, jakimi były wyprawy krzyżowe. Wyrosły na nich potężne zakony militarne, jak Joannici, Templariusze czy Krzyżacy (to skrócone nazwy powszechnego obiegu, nazwy oficjalne były dużo dłuższe i pełne szczytnych odwołań ) ; niejednokrotnie wspominaliśmy tu o ich aktywności na rzecz ołtarza przenikającego się z tronem (tronami).
    Wyparci z Ziemi Świętej przez muzułmanów, jęli braciszkowie poszukiwać zajęcia między innymi w północnej Europie, gdzie wciąż było niemało pogan, a ziemie obfitujące w rozmaite bogactwa – kusiły. Współdziałali z nimi, a jednocześnie współzawodniczyli, liczni większego lub mniejszego formatu władcy niemieccy, skandynawscy, polscy, czescy etc., a także grupy interesów z Hanzą na czele.
    Wyprawy przeciw nadbałtyckim poganom uzyskały papieski status „Krzyżowych”, co pozwalało ich uczestnikom osiągać wszystkie przynależne splendory ze sfery okołoreligijnej, przy jednoczesnym usankcjonowaniu działalności konkwistadorsko – rabunkowej.
    Warto wspomnieć, że krucjatowa ideologia obejmowała także (półoficjalnie) walkę z „heretyckimi”, według papieskich kryteriów, odłamami chrześcijaństwa, czego efektem było m.in. zdobycie Konstantynopola przez IV krucjatę,  a w interesującym nas rejonie – próba ekspansji Kawalerów Mieczowych (krótko wcześniej inkorporowanych przez Krzyżaków)  na Ruś Nowogrodzką .

    Ten ostatni epizod, zakończony sromotną klęską rycerzy zakonnych, zadaną im w 1242 roku przez księcia Aleksandra Newskiego w bitwie na zamarzniętym jeziorze Pejpus przywołuję, bo nasz spływ przebiegał z grubsza wzdłuż trasy natarcia nieszczęsnych krzyżowców, tylko prawie 800 lat później.
    Zamek Viljandi był zaś jedną z ich głównych baz operacyjnych w tamtym rejonie.

  •  Aktywność Duńczyków, zmierzających do podporządkowania sobie jak największego kęsa Estonii, rozpoczęła się w 1218 roku wysłaniem kontyngentu mającego wspomóc Kawalerów Mieczowych, ale szybko przejawiła się samodzielnymi działaniami na północy kraju, których finałem było pokonanie Estów, zdobycie ich głównej twierdzy Rewel i ulokowanie na jej miejscu miasta Tallin, dziś stolicy Estonii.
    Przed decydującą bitwą z Estami przyśniło się królowi Waldemarowi II, że z niebios został mu zesłany sztandar przedstawiający biały krzyż na czerwonym tle, z którym w ręku odniósł zwycięstwo.
    Takim sposobem, w Estonii właśnie, narodziła się ciągle funkcjonująca, uznawana za najstarszą w Europie, duńska flaga państwowa, zwana Dannebrog.  Polscy kibice, zwłaszcza ręcznej i nożnej piłki, dobrze pamiętają te barwy, wspomagające duńskie drużyny w niekoniecznie fortunnych dla nas spotkaniach.
    A Tallin, w pobliżu którego flaga przyśniła się królowi, po estońsku znaczy „duńskie miasto”.

  •  Niektórzy badacze (będący jednak w zdecydowanej mniejszości) dopatrują się także w etymologii nazwy „Gdańsk” pierwiastka związanego z Duńczykami.
    Nie to jednak było powodem, że część kajakarzy zaraz po powrocie z Estonii popłynęła Motławą, aby z poziomu rzeki spojrzeć, jak miasto zmieniło się w ostatnich – dosłownie – miesiącach. Nowa zabudowa Wyspy Spichrzów to najbardziej spektakularny obraz tych zmian.
    A na sprawy duńskie wybieramy się zerknąć wkrótce, o czym relacja już za miesiąc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *