Wojna i pokój


To nie jest normalny wpis w tym blogu, tak jak poprzednie – mniej lub bardziej udatnie relacjonujący nasze wrażenia z poruszania się w różnych kierunkach róży wiatrów po to, aby zaspokoić własną ciekawość świata, a także pomniejszyć własne braki w wiedzy historycznej, sugerując to samo Czytelnikom.
To nie jest zatem normalny wpis, bo stoi za nim konstatacja, że wszystkie bodaj wcześniejsze wpisy wiązały relacje z odwiedzanych miejsc ze wzmiankami o ich przeszłości która, niestety, nader często obfitowała w wojenne zmagania.
Kolejna konstatacja, bardzo oczywista: żeby dotrzeć do miejsc, w których niegdyś toczyły się wojny i próbować te miejsca opisać oraz pokazać, potrzebny jest pokój.
Pokój został zaś ostatnio w brutalny sposób zakłócony przez tych, dla których Tołstojowska epopeja “Wojna i Pokój” stała się kompasem w rejsie “russkowo korabla” ku reaktywacji moskiewskiego imperium.

Ten wpis odbiega od blisko setki wcześniejszych jeszcze z innego powodu.
Po raz pierwszy mianowicie pozwalam sobie zasugerować Czytelnikom wsparcie konkretnego przedsięwzięcia niosącego pomoc tym, których agresja zmusiła do czynnego udziału w wojnie.

Lions Club Gdańsk – 1 (Organizacja Pożytku Publicznego) podjął, obok licznych działań na rzecz Ukraińców przebywających czasowo w naszym regionie, także akcję przygotowywania i przekazywania specjalistycznych apteczek dla żołnierzy ukraińskiej obrony terytorialnej.
Skład apteczek, który zaprojektowali doświadczeni lekarze przy konsultacji z ratownikami medycznymi polskich wojsk specjalnych, został bardzo pozytywnie oceniony przez odbiorców (dotychczas wysłano zaufanym kanałem blisko 500 sztuk).
Zakup poszczególnych medykamentów, a następnie kompletowanie zestawów przez członków Klubu i ich rodziny, pozwala na znaczną oszczędność kosztów (ok. 250 zł/szt.) w porównaniu z zakupem gotowych apteczek (ok. 400 zł/szt).
Klub kontynuuje tę akcję, zatem jeśli zechcieliby Państwo ją wspomóc, to każda kwota przekazana na konto:
“Stowarzyszenie Lions Club Gdańsk – 1”
nr 21 1160 2202 0000 0000 5069 0589 (tytułem: “apteczki”),
będzie zagospodarowana z najwyższą starannością na wspomniany cel.


Kończy się ponury rok 2022, w którym lekko zaczęła odpuszczać trzymająca przez z górą dwa lata ludzkość za gardło pandemia po to, by jej miejsce zajęła wojna.
To, że udało nam się w tym czasie odwiedzić kilka ciekawych miejsc i podzielić się wrażeniami z Czytelnikami blogu, należy uznać za szczęśliwe zrządzenie losu.
Ubyło w odchodzącym roku z grona Czytelników
kilkoro, przychylnie odnoszących się do naszych “reporterskich” poczynań.
Jacek, Inka, Leszek, Danka, Rysiek, Szczęsny – Ich mailowe adresy pozostawiłem na liście wysyłkowej, bo zasięg Internetu ciągle się powiększa, więc może….

Turecki Serial odc.4 – Między Robertami

Rok 1976. Pierwsza wizyta w Turcji.
Miejscowi usłyszawszy, że jesteśmy z Polski wołają radośnie:
Robeeert Gadochaaa!!!
Liczba ludności Polski zbliża się do 40 mln, liczba ludności Turcji właśnie przekroczyła 40 mln.

Rok 2022. Druga wizyta w Turcji.
Miejscowi usłyszawszy, że jesteśmy z Polski wołają radośnie:
Robeeert Lewandowskiii!!!
Liczba ludności Polski spada do 37,5 mln, liczba ludności Turcji właśnie przekroczyła 85 mln.

Starsi Czytelnicy zapewne wiedzą, młodszym zaś wspomnę, że Robert Gadocha był fantastycznym skrzydłowym polskiej reprezentacji piłkarskiej z czasów jej największej świetności w latach siedemdziesiątych XX wieku.
Znanym w świecie, a w kraju na tyle popularnym, że często oczekujący potomstwa rodzice rozważali nadanie chłopcu imienia Robert, a dziewczynce – Gadocha (były to czasy, gdy płeć dziecka ujawniała się dopiero po porodzie).
Roberta Lewandowskiego przedstawiać nie trzeba – jest fantastycznym środkowym napastnikiem w czasach marności polskiej reprezentacji (szkoda, że minął się o pół wieku z Gadochą, może wspólnie więcej zdziałaliby w Katarze).

O ile mundial w emiracie nad Zatoką Perską pozostawił nam, kibicom reprezentacji Lechistanu, duży niedosyt (częściowo tylko złagodzony wspaniałym finałem mistrzostw), o tyle przedsięwzięta nieco wcześniej, w coraz bardziej niezawodnym towarzystwie M. i J., wycieczka do Turcji – zadowoliła w wysokim stopniu nasze podróżnicze upodobania, będąc też okazją do wspomnienia dawnych przewag Polaków na piłkarskich arenach.
Poniżej garść ilustrowanych wrażeń z wędrówki, miejscami nawiązujących do tytułowej klamry czasowej “między Robertami”.


W poprzednich odcinkach “Tureckiego serialu” staraliśmy się podzielić wrażeniami, odrobinę je systematyzując i uzupełniając fragmentami “doczytanej” wiedzy, co mogło bywać chwilami uciążliwe dla Czytelników, ale ciekawe, mam nadzieję.
Wspomnieliśmy tam choćby znakomitego, działającego na przełomie piętnastego i szesnastego wieku kartografa tureckiego Piri Reisa, którego mapy zainspirowały Żonnę co do stylistyki graficznej przedstawienia trasy naszego wojażu.
Z uwagi na limitowany czas, zdecydowaliśmy się na objazd Morza Marmara (zgodnie ze wspomnianą stylistyką przedstawionego w kolorze pomarańczowo – brązowym), zbaczając nieco na południe, aby dotrzeć do najdalej wysuniętego na zachód punktu Azji – przylądka Baba.
Na przylądku króluje stojąca w centrum rybackiej wioski Babakale, niewielka turecka forteca. Dziwne, ale zamiast wielkiej flagi z półksiężycem, dominuje nad nią jedynie skromniutka morska latarnia (może z uwagi na przepisy nawigacyjne).

Jeszcze parę obrazków z Babakale i pobliskich wiosek oraz miasteczek, w których króluje ryneczkowy handelek (głównie w damskim wydaniu).

Udzielnymi władztwami są herbaciano – kawowo – nargilowe skromne kafejki, funkcjonujące wyłącznie w obsadzie męskiej, zdecydowanie niechętnej fotograficznym zapędom niewiernych (z podanego powodu zdjęć brak).
Stali rezydenci tych przybytków odrywają się od swych szklaneczek i fajek tylko pięć razy dziennie, gdy muezin z pobliskiego meczetu wezwie ich śpiewnym “Allahu Akbar” do spełnienia modlitewnej powinności. Taką mają pracę.
Wydaje się natomiast, że nic przeciwko uwiecznianiu ich wizerunku nie mają wszechobecne w tureckim krajobrazie koty.

Pewnie niedługo już uchowają się przed ekspansją przemysłu turystycznego urokliwe senne uliczki, z posesjami zawiązywanymi na wstążkę pod nieobecność domowników, w takich czarownych wioskach jak leżące na azjatyckim finis terrae Babakale.
Gdyby nie zaparkowane tu i ówdzie wytwory przemysłu motoryzacyjnego, mogłoby się zdawać, że czas zatrzymał się tu na dacie budowy miejscowego meczeciku, uwidocznionej na informacyjnej tabliczce zarówno w formacie kalendarza muzułmańskiego (1140), jak i gregoriańskiego (1725).

Trafiliśmy też do leżącej w pobliżu Bursy wioski Cumalikizik, pamiętającej czasy krzepnięcia dynastii osmańskiej (trochę o tym było w poprzednim wpisie), a dla swojej niezwykłej, dobrze zachowanej urody – przyciągającej turystów (wydaje się, że głównie tureckich; zresztą podczas naszej wycieczki bardzo rzadko spotykaliśmy turystów nietureckich – z wyjątkiem Stambułu i Troi, gdzie się od nich roi).

Nasz serial pozostawiałby zapewne niedosyt, gdyby w którymkolwiek jego odcinku zabrakło choćby drobnej wzmianki o Izniku – Nicei , uroczym małym mieście o wielkiej historii.
Wzmianka niniejsza wiąże się z przywołanym powyżej kalendarzem gregoriańskim, którego wprowadzenie w XVI wieku było motywowane głównie chęcią skorygowania błędów w systemie wyznaczania terminów Świąt Wielkanocnych, ustalonym na Soborze Nicejskim w oparciu o kalendarz juliański.
I jeszcze – Iznik słynie z przepięknej ceramiki (na zdjęciu – podział pracy w warsztacie przy jej zdobieniu), oraz starotureckich łaźni grzanych drewnem (tu na zdjęciu akurat wielce zabytkowy Murat Hamami, oraz paliwo do robienia pary).

Rozpalające wyobraźnię, wyjątkowe dla antycznej historii miejsca położone tam, gdzie Morze Egejskie zmierza do spotkania z Cieśniną Dardanele (Assos, Apollo Smitheion, Aleksandria Troas, Troja), przywołaliśmy już w poprzednich odcinkach Tureckiego Serialu, a zwłaszcza tym nazwanym “Panteony”.
Możemy zatem z czystym sumieniem przemieścić się nad wspomnianą cieśninę, zwaną przez starożytnych Greków Hellespontem, by zatrzymać się w Canakkale.
Zatrzymać się nie byle gdzie, bo w niewielkim Hotel des Etrangers w którym, jak okazało się na miejscu, bazował Heinrich Schliemann poszukując, a potem eksplorując pozostałości Troi (więcej o tym – także w odcinku “Panteony”).

Canakkale okazało się być całkiem rozrywkowym miastem, pełnym ulicznych smakołyków, młodzieży, muzyki, spacerujących tłumów, i restauracji proponujących najróżniejsze odcienie świetnej tureckiej kuchni.
Nie potrafię niestety, wobec swoich braków językowych, przetłumaczyć treści widocznego obok szyldu.

Znacznie większym talentem językowym wykazał się natomiast kelner w jakiejś tureckiej knajpce, który powziąwszy informację o naszej narodowości, wykrzyknął naturalnie: Robert Lewandowski!!!
Potem stwierdził, że miał już do czynienia z Polakami i zna trochę naszą mowę, a po dłuższej chwili wręczył nam z dumą sporządzony naprędce słownik bazowy. Uczcie się tureckiego!!!

Krótki rejs promem przez cieśninę Dardanele dał widok na osmańskie fortyfikacje, wzniesione po obu jej stronach dla kontroli morskiego ruchu, natomiast nie dał odpowiedzi na nurtujące nas pytanie: skąd wziął się “osioł dardanelski”?

Przepływając cieśninę wróciliśmy do Europy i znaleźliśmy się na półwyspie Gallipoli.
Nazwa kojarzy się przede wszystkim z jatką, którą urządzili tu sobie nawzajem we wczesnej fazie I Wojny Światowej (1915) sprzymierzeńcy z Ententy i ich przeciwnicy z Państw Centralnych.
Wielki desant wojsk angielskich, francuskich, ale przede wszystkim – australijskich i nowozelandzkich, mający na celu opanowanie cieśnin Dardanele i Bosfor, oraz wybrzeży Morza Marmara (chodziło o udrożnienie szlaków transportowych do będącej w sojuszu z zachodnimi aliantami Rosji), został po kilku miesiącach niezwykle krwawych walk odparty przez Turków, wspomaganych kadrą niemiecką.
Półwysep Gallipoli to dziś wielki cmentarz ponad 400 tysięcy poległych po obu stronach idiotycznych zmagań (tak jak idiotyczne są wszelkie wojenne zmagania).

W historii grubą czcionką zapisały się dwa nazwiska związane z tym koszmarem:
Mustafa Kemal (znany światu jako Ataturk) – dowódca wojsk tureckich i autor ich pyrrusowego zwycięstwa, które to zasługi wkrótce przekuł w rolę odnowiciela i reformatora państwa po upadku dynastii Osmanów.
Winston Churchill – I Lord Admiralicji Brytyjskiej, autor planu desantu na Gallipoli i pośrednio – klęski z nim związanej, co kosztowało go wycofanie z polityki na ponad 20 lat. Po tym czasie, jak wiadomo, wrócił, by stać się jednym ze zwycięzców II WŚ.
Czterysta tysięcy nazwisk innych uczestników dramatu widnieje tylko na tabliczkach cmentarnych, rozsianych obficie po półwyspie Gallipoli.

Oddany do użytku kilka miesięcy przed naszym pobytem w tych okolicach, najdłuższy na świecie wiszący most, noszący dla upamiętnienia wyżej przywołanych wydarzeń nazwę “Canakkale 1915” (tak Turcy określają bitwę na Gallipoli), może być
dobrym pretekstem do posnucia rozważań o tytułowym czasie “między Robertami”.
Zacznijmy więc od spraw widocznych na pierwszy rzut oka, czyli infrastruktury.
Tu notowany przez nas od 1976 roku postęp jest gigantyczny; obawialiśmy się jazdy slalomem między oślimi zaprzęgami, a spotkały nas setki kilometrów autostrad i doskonałych dróg niższej kategorii, a także mostowe połączenia w poprzek wodnych przeszkód, jak to nad Cieśniną Dardanele (widoczne powyżej), czy te nad Cieśniną Bosfor (pod którą skądinąd przebito też imponujący tunel drogowo – kolejowy).
Jest również turecki CPK (z tym, że zrealizowany), czyli ogromne nowe lotnisko pod Stambułem, którego z różnych przyczyn nie udało się jednak sfotografować.

Jedyne chyba zdjęcie stambulskiej ulicy z czasów Roberta Gadochy, jakie znalazłem w swoich starociach (oszczędzało się wtedy każdą klatkę filmu), przedstawia głównie hałdy śmieci.
Następnych kilka ujęć, zrobionych niedawno (w czasach późnego Lewandowskiego), przedstawia działające w dużej sile służby oczyszczania Stambułu i widoczne
efekty ich działania.
Ocenia się, że wielkie zasługi dla naprawdę sprawnego funkcjonowania metropolii ma obecny burmistrz, który w najbliższych wyborach prezydenckich mógłby zagrozić Erdoganowi.

Tenże uruchomił więc ostatnio “niezależny” sąd, który skazał Ekrema Imamoglu pod błahym pretekstem na błahy wyrok, uniemożliwiający mu wszakże start w wyborach.
Modus operandi pilnie studiowany w różnych stolicach europejskich.

Znowu się trochę zagalopowałem; powiedziałby kto, że nawet śmieci kojarzą mi się z polityką. Postaram się zatem, aby kolejne fotografie były wolne od podtekstów.
Przespacerujmy się zatem jeszcze chwilę po Stambule, bez specjalnego scenariusza (chyba z naddatkiem już starczy tego po lekturze poprzednich odcinków Serialu).
Jak wspomniałem wcześniej, staraliśmy się unikać tłumów (widocznych na niektórych zdjęciach), w zamian za co nas postanowiło unikać słońce (utrudniając zrobienie przyzwoitych – również w sensie jakości – zdjęć).

Jeszcze kilka widoków z europejskiego brzegu Morza Marmara, z regionu Tracji.
Są to ziemie od tysiącleci znane z wybornej winorośli i produktów z niej wytwarzanych – cała ta branża podnosi się po zapaści, spowodowanej wymianą ludności w latach dwudziestych XX wieku (zasiedziały etnos grecki został wymieniony na Turków, niemile widzianych w Grecji po wojnie miedzy oboma państwami). Obecnie robi się tam całkiem dobre wina, oraz wyborną raki – anyżówkę bazującą na winnym destylacie.

Na koniec naszego objazdu zaś dwa wyobrażenia – a jakże – Ataturka.
Jedno patetyczne, w otoczeniu towarzyszy walki i pracy, stojące na placu Taksim w Stambule.
Drugie – z miasteczka Sarkoy w Tracji – bardziej “ludzkie”, a przede wszystkim oświetlone odrobiną słońca, która nam się wyjątkowo przydarzyła.

Turecki serial odc.2 – Krzyże

Powodowany zrozumieniem dla ograniczonych zasobów czasowych Czytelników, a także Ich ograniczonej cierpliwości staram się, aby relacje w tym blogu były możliwie jak najtreściwsze i niosące istotne informacje.
Nie mnie oceniać, w jakim stopniu się to udaje, zapewniam jednak, że zamysł nieprzynudzania bywa czasem niezwykle trudny do realizacji.
Dzieje się tak, gdy próbujemy przekazać wrażenia z miejsc, gdzie Historia postanowiła toczyć się wyjątkowo szybko i intensywnie, a w dodatku od zawsze.
Te miejsca to Pępki Świata (uznajemy, że Świat może mieć więcej niż jeden Pępek), zaś Bizancjum/Konstantynopol/Stambuł bez wątpienia się do nich zalicza.

Na fotografii widać Guldporten, konstantynopolitańską “Złotą Bramę“, znacznie ładniej skądinąd odwzorowaną na akwarelce, kończącej poprzedni wpis.
Przez bramę wychodziła z miasta Via Egnatia (jej śladem biegnie teraz ulica obok widocznych w oddali dwóch wieżowców).

Przypomnijmy, że ta imponująca magistrala drogowa (wprawdzie o niespełna trzymetrowej zaledwie, lecz wystarczającej podówczas, szerokości) powstała, gdy Rzymianie zabrali się w II wieku p.n.e. za podbój bogatych greckich terytoriów. Łączyła zaś Rzym z greckim miastem Byzantion, położonym w strategicznym miejscu nad Bosforem.

Tę mapkę Imperium Romanum z czasu jego największej ekspansji, podobnie jak widniejącą powyżej mapkę przebiegu Via Egnatia (obie skopiowane z Wikipedii), pokazuję tu nie po raz pierwszy, bo dają one pojęcie o ogromie polityczno – militarno – gospodarczo – cywilizacyjnego przedsięwzięcia, jakim było Cesarstwo Rzymskie.

Liczba ludności Cesarstwa w II wieku n.e. sięgała blisko 100 milionów (była to znacząca część ówczesnej światowej populacji), a długość granic przeszło 10000 km.
Panowanie nad tak wielkim obszarem, przy naturalnym oporze podbitych społeczeństw i równie naturalnym naporze społeczeństw sąsiadujących, było na tyle kłopotliwe, że na przełomie III i IV wieku cesarz Dioklecjan ustanowił drugie, obok Rzymu, centrum władzy (Nikomedia w Azji Mniejszej), oraz zawiły system wielowładztwa (tetrarchia).
Tenże Dioklecjan był skądinąd ostatnim spośród rzymskich cesarzy gnębicielem chrześcijan, których liczba i aktywność w imperium niebywale wzrosła od czasu wcześniejszych o ponad 200 lat poczynań misyjnych św. Pawła, wspomnianych tu przed miesiącem.

Konstantyn Wielki przez kilkanaście lat pracował w pocie czoła nad przekształceniem wymyślonego przez poprzednika (Dioklecjana) systemu wielowładztwa, w swoje własne jedynowładztwo. Dopiął tego w 325 roku metodami, których subtelność od zawsze charakteryzowała politykę (i nic się od wówczas w tym względzie nie zmieniło).

Znalazł jednak przy tym czas i wolę na podjęcie co najmniej dwóch epokowych decyzji: usankcjonowania chrześcijaństwa jako legalnej religii w Cesarstwie (edykt mediolański), oraz przeniesienia stolicy wschodniej części imperium z Nikomedii do miasta Byzantion , co sfinalizowano z pompą w roku 330, kiedy to cesarz w swej łaskawej skromności nadał mu nazwę Konstantynopol.
Bizancjum (Byzantion) stało się od tego czasu określeniem Cesarstwa Wschodniorzymskiego, a z chwilą ostatecznego upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego w 476 roku przejęło wszelkie atrybuty Imperium Romanum.

Konstantynopol – makieta (źródło :Wikimedia Commons)

Dwa sposoby odwzorowania pozwalają na dobry ogląd kształtu miasta, które przez kilkadziesiąt lat rozrosło się od niewielkiej faktorii handlowej do formatu światowej metropolii, naturalnie na miarę czasów.

mapa autorstwa: Cplakidas – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4988495

Położenie Konstantynopola jest wyjątkowe, zarówno w wymiarze lokalnym jak i globalnym.
O wymiarze globalnym już wspominaliśmy; miasto stanowiło i ciągle stanowi, zależnie od okoliczności – pomost lub rygiel na lądowych i morskich szlakach pomiędzy Azją i Europą, pomiędzy Morzem Śródziemnym i Morzem Czarnym.
Wymiar lokalny – to znakomite warunki do obrony miasta, na większej części swoich granic oblanego wodami Morza Marmara (Propontyda), oraz jego zatoki zwanej Złotym Rogiem. Wzmocnienie murami granic wodnych, ale przede wszystkim ufortyfikowanie zachodniej granicy lądowej, pozwoliło mieszkańcom metropolii pokazywać środkowy palec najróżniejszym najeźdźcom przez długie wieki.
Na planie widać dwie główne linie murów lądowych, wzniesione w interesujących nas czasach: te z lat dwudziestych IV wieku (“Konstantyńskie”), oraz znacznie potężniejsze, o sto lat późniejsze “Teodozjańskie” (zbudowane za Teodozjusza II) – odsunięte dwa kilometry na zachód, dla zwiększenia przestrzeni rozrastającego się szybko miasta i lepszej jego obrony.

W tle murów teodozjańskich – dziesiątki statków na bosforańskiej redzie, zmierzających do ukraińskich portów po zboże, którego odbiór i możliwość przewozu w wojennych realiach 2022 roku próbuje negocjować Turcja.
To bardzo aktualna ilustracja nawiązująca do motywów, kierujących cesarzami w wyborze i umacnianiu Konstantynopola jako “Drugiego Rzymu”.

Dobrnęliśmy do momentu, w którym możemy zacząć eksploatację tematyki związanej z tym odcinkiem “Tureckiego serialu”, zatytułowanym: “Krzyże”.
I tutaj gładko przechodzimy od wątku murów obronnych i areału Konstantynopola, które związane są z imionami cesarzy Konstantyna i Teodozjusza (obu skądinąd zdobi w historii przydomek “Wielki”), oraz Teodozjusza II, do mających daleko większy wpływ na historię świata poczynań tych panów, tyczących się ekspansji chrześcijaństwa.

Konstantyn, jak wspomniałem wcześniej, zalegalizował chrześcijaństwo w Cesarstwie Rzymskim. Zaangażował się w sprawę do tego stopnia, że w 325 roku zwołał w swojej podstołecznej rezydencji w Nicei sobór powszechny, którego ustalenia dały podstawę dla bazowej doktryny chrześcijaństwa, czyli wyznania wiary, ale także dla jednoznacznego określenia terminu obchodów Świąt Wielkanocnych, dzięki czemu od wieków wiadomo, kiedy należy zacząć malować jajka.
Letni pałac Konstantyna zniszczyło trzęsienie ziemi, zaś ruiny zniknęły pod wodami jeziora, nad którym leży Nicea (przemianowana przez Turków na Iznik).
Nie ma pewności, czy sobór odbył się właśnie w owym zatopionym pałacu, czy może raczej w nikejskiej bazylice Hagia Sophia, kilkakrotnie przebudowywanej, a obecnie służącej jako meczet.
Raczej jako pewnik przyjmuje się natomiast, że w tej bazylice obradował w 787 roku Sobór Nicejski II, będący jedną z odsłon zmagań z ikonoklazmem w Kościele Wschodnim, czyli kłótniami o oddawanie lub nie oddawanie czci świętym obrazkom.

Wielcy: Konstantyn, oraz władający Cesarstwem kilkadziesiąt lat po nim Teodozjusz, doprowadzili w ciągu IV wieku do legalizacji chrześcijaństwa, a potem do uczynienia go oficjalną religią w Imperium Romanum (Teodozjusz był ostatnim władcą obu jego części, wschodniej i zachodniej).
Można jedynie spekulować, w jakiej proporcji pozostawały w umysłach obu władców autentyczna wiara oraz rachuba polityczna, biorąca się z obserwacji atrakcyjności nowej religii dla mas społecznych.
Tego rodzaju spekulacje dotyczą większości władców i większości religii, z jakimi miała (i ma ciągle) do czynienia ludzkość w swojej historii.

Hagia Irene, czyli Bazylika św. Ireny, jest jednym z niewielu bizantyńskich obiektów sakralnych, do których po tureckiej konkwiście Konstantynopola nie dobudowano minaretów.

Bazylika św. Ireny była w Konstantynopolu najważniejszym kościołem, do czasu wybudowania w pobliżu sławnej Hagia Sophia, istnego cudu bizantyńskiej architektury i sztuki.
Ta ostatnia została jednak przerobiona na meczet, a fantastyczne freski – zręcznie zamaskowane. W Hagia Irene maskowanie za pomocą siatek ma zapobiegać skutkom aktywności wydalniczej gołębi, co jak widać po plamach – dobrze się udaje.



Rzadko udaje się dziś znaleźć krzyże na tureckich od przeszło pięciuset lat terenach dawnego Bizancjum. Na wspaniałych świątyniach zastąpiły je półksiężyce, chociaż sama forma architektoniczna bizantyńskich bazylik zyskała uznanie wyznawców Proroka; trzeba przyznać zresztą, że minarety całkiem dobrze się z nią komponują.

O półksiężycach i ich starciach z krzyżami będzie trochę w kolejnym odcinku, a na razie wspomnijmy o tym, jak to krzyż krzyżowi krzyżem bywał.

Średniowieczna ilustracja do manuskryptu opisującego zdobycie Konstantynopola przez krzyżowców w 1204 roku.

Krucjaty, czyli zwoływane pod znakiem krzyża wojenne wyprawy europejskiego rycerstwa przeciwko “niewiernym” występowały już w tym blogu niejednokrotnie.
Przypomnijmy, że ich historia zaczęła się na przełomie XI i XII wieku skutecznym wyparciem muzułmanów z Ziemi Świętej, co przerodziło się w trwające dziesiątki lat zmagania, angażujące wielkie pokłady żarliwej wiary przeplatanej żądzą podboju, rabunku, sławy i władzy.
Bizancjum było, z uwagi na terytorialną bliskość celu krucjat (a także na swoje porachunki z wyznawcami islamu, kąsającymi i po trochu odgryzającymi kawałki cesarstwa), naturalnym zapleczem logistycznym wypraw krzyżowych.
Lepiej czy gorzej układające się współdziałanie sił spod patronatu rzymskiego papiestwa, z tymi mającymi błogosławieństwo patriarchy Konstantynopola, miało miejsce mimo narastających kontrowersji między wschodnim i zachodnim odłamami chrześcijaństwa, których kulminacją była schizma 1054 roku .
Bieg spraw odwrócił się kompletnie w latach 1202 – 1204, kiedy to nagromadzenie politycznych wektorów (w pierwszym rzędzie mocarstwowych aspiracji Wenecji, jak też wewnętrznych walk o tron w Bizancjum) spowodowało, że ogłoszona przez papieża IV krucjata dała sobie w zasadzie spokój z jej nominalnym celem (Jerozolimą i resztą Palestyny), skupiając się na zdobyciu i złupieniu chrześcijańskiego, bądź co bądź, Konstantynopola.

Metropolia padła po raz pierwszy od wzniesienia 800 lat wcześniej murów Teodozjusza, które zresztą przy tej okazji nie były atakowane (najeźdźcy wdarli się od strony słabszych umocnień wzdłuż Złotego Rogu).
/Mapka skopiowana z książki “Czwarta Krucjata” M.Angolda/

Warto jednak wspomnieć, że bizantyńskie elity solidnie zapracowały na tę klęskę, doprowadzając system władzy do legendarnej wręcz degrengolady, na końcu której dość powszechną praktyką bywało królobójstwo, skutkujące szybką rotacją na cesarskim tronie.
Poddani Cesarstwa niespecjalnie rwali się zatem do obrony, a elitarna zaciężna gwardia wareska odmówiła w pewnym momencie współpracy na znak obrzydzenia wobec poczynań swoich pracodawców.

Tu znowu swoją chwilę (trwającą kilkadziesiąt lat) w historii miała wspomniana wyżej w związku ze sławnym soborem z 325 roku, Nicea (obecnie Iznik).
Właśnie tam bowiem po upadku stolicy zainstalował się bizantyński “rząd na uchodźctwie”, w którym z czasem objawiły się indywidualności zdolne odbudować potęgę Cesarstwa i doprowadzić do odbicia w 1261 roku Konstantynopola z rąk łacinników (lub “Franków”, jak nazywali ich Grecy).

Uwieńczeniem procesu był triumfalny wjazd do miasta przez znaną nam z początku tej opowieści Złotą Bramę,
Michała VIII Paleologa (jeszcze jako cesarza nikejskiego) i przywdzianie przezeń bizantyńskiej korony
(mal. Rosen Toshev).
Dynastia Paleologów zdołała “dorządzić” do upadku państwa w 1453 roku, któremu nie zdołała wszakże zapobiec.

Trwający z górą dziesięć wieków w Bizancjum czas krzyży pozostawił po sobie niezliczoną ilość architektonicznych i inżynieryjnych cudów.
Te sakralne są na ogół dalej sakralnymi, tylko sacrum się zmieniło po 1453 roku, gdy półksiężyc zapanował w miejsce krzyża.
Jest jednak w Konstantynopolu/ Stambule wyjątkowa budowla służąca wprawdzie sferze profanum, ale swym ogromem i kunsztem wykonania wprowadzająca zwiedzającego w stan duchowego uniesienia.
Jeśli zdarzy Wam się być w tym mieście, nie omińcie Bazyliki Cystern!!!!!

Odrestaurowanie i świetne wyeksponowanie Bazyliki Cystern, (lub Cysterny Bazyliki), jest jednym z przykładów rozumnego podejścia tureckich zdobywców Bizancjum do materialnych pozostałości tego imperium.
Widać to też w innych miejscach, gdzie prowadzone są prace badawcze, zabezpieczające, a w miarę możliwości – także rekonstrukcyjne.
Trzeba mieć nadzieję, że jest to robione w imię świadomego wpisywania się w cywilizacyjną ciągłość, a nie z intencją “podczepiania się” pod osiągnięcia dawnych pokoleń, oraz ich “przyswajania” po odpowiedniej “obróbce”.
Jak dobrze wiemy, bywa to częstą praktyką wśród autokratyczno – populistycznych rządców w różnych krajach.

Turecki serial odc.1 – Panteony


Koń jaki jest – każdy widzi, nawet przy kiepskim oświetleniu.
Koń jest mianowicie trojański i w dość wątpliwy sposób ozdabia plac recepcyjny najsławniejszego chyba w świecie kompleksu archeologicznego.
Ale po minięciu parkingów z setką autokarów, kas biletowych, sklepów z pamiątkami, oraz konia, robi się coraz lepiej.


Trudno opanować wzruszenie, gdy idzie się powoli systemem drewnianych pomostów, poprowadzonych wśród wykopalisk i ogląda odkryte przez Schliemanna i pokolenia jego następców obiekty.
Przypomina się z pradawnych, szkolnych czasów, fascynacja lekturą takich dzieł jak “Bogowie, groby i uczeni” Cerama, gdzie pionierzy dziewiętnastowiecznej archeologii opisani byli niczym herosi, których tajemnice starali się odsłaniać. Tego świetlanego wizerunku nie był w stanie przyćmić nawet fakt masowego – co tu dużo mówić – rabunku i wywozu ogromnych ilości bezcennych artefaktów (aczkolwiek nie można wykluczyć, że gdyby nie znalazły się one w muzeach Londynu, Paryża, Berlina czy Nowego Jorku, to mogłyby po prostu nie przetrwać).

Zanim zaczniemy przemierzać chodniki ułożone pośród ruin Troi, zajrzyjmy do relacji sprzed trzech lat, napomykającej o wydarzeniach sprzed trzech tysięcy lat i miejscach na Peloponezie, gdzie rozpoczęła się uwieczniona w strofach “Iliady” Homera trojańska awantura.
Obok ślepego greckiego poety i opiewanych przezeń bohaterów, postacią łączącą Troję i peloponeskie Mykeny oraz Tiryns jest Henryk Schliemann, postępujący za wskazówkami zawartymi w “Iliadzie” odkrywca pozostałości wymienionych antycznych miast.

"Homer (stgr. Ὅμηρος, Hómēros, gr. Όμηρος) (VIII wiek p.n.e.) – grecki pieśniarz wędrowny (aojda), epik, śpiewak i recytator (rapsod). Uważa się go za ojca poezji epickiej. Najstarszy znany z imienia europejski poeta, który zapewne przejął dziedzictwo długiej i bogatej tradycji ustnej poezji heroicznej. Do jego dzieł zalicza się eposy: Iliadę i Odyseję."

(fragment artykułu z Wikipedii)

rysunek: Ania B.

Jak wspomniano, Henryk Schliemann potraktował epos Homera jako wiarygodne źródło informacji nie tylko o przebiegu i bohaterach wojny trojańskiej, ale także o szczegółach topograficznych takich, jak obwód murów, czy odległość miasta od brzegu morskiego.
Kierując się tymi wskazówkami wytypował wzgórze koło wsi Hisarlik i w roku 1871 rozpoczął tam wykopaliska, przy których prace trwają od tego czasu niemal nieprzerwanie, kontynuowane przez specjalistów różnych nacji – szczęśliwych posiadaczy koncesji tureckiego rządu. Ostatnimi czasy skądinąd wyraźna jest tendencja “turczenia” badań archeologicznych, nie tylko w Troi zresztą.
Dla zainteresowanego obserwatora wielkim walorem ekspozycji trojańskich wykopalisk jest wyraźne oznaczenie i opisanie warstw osadniczych.
Badacze doliczyli się ich nie mniej niż dziewięciu (niektórzy – nawet kilkunastu), bazując na subtelnych przesłankach pozwalających na datowanie, takich jak znajdowane w nich artefakty, lub techniki budowlane.

Pierwsze z powyższych zdjęć, skopiowane z zasobów internetowych, pokazuje próbę rekonstrukcji Troi w jej najbardziej znanej w świecie warstwie VI, przypisywanej czasom wojny trojańskiej (XIII w pne). Na kolejnym widać jedną z licznych tablic informacyjnych na terenie wykopalisk, nieźle obrazujących zidentyfikowane warstwy osadnicze, pokazane w terenie tak, jak na trzecim zdjęciu.
Jeśli zaś przyjrzeć się dokładnie czwartej fotografii, to widać w dalekiej perspektywie poza ruinami statek, zmierzający w stronę Cieśniny Dardanele (w antyku – Hellespont) i Morza Marmara (Propontis), a jeszcze dalej – zarys jednego z monumentów na półwyspie Gallipoli, upamiętniającego epizody I Wojny Światowej (o tym w następnych odcinkach).

Niewykluczone, że taki właśnie rzut oka upewnił Schliemanna co do lokalizacji Troi, według Homera osiągalnej w trakcie niedługiego marszu od wybrzeża, do którego dobiły okręty wiozące wojska spartańsko - mykeńskie (wsparte posiłkami innych greckich miast i wysp)
Nie chcąc dalej eksploatować cierpliwości Czytelników, oraz zasobów własnej niewiedzy, zakończę trojański epizod naszej eskapady naszkicowanym przez Żonnę konterfektem Panni Zofii Schliemannowej, ozdobionej przez jej znakomitego małżonka znalezioną przezeń w ruinach Troi antyczną biżuterią, która w jego wyobraźni i marzeniach mogła trzy milenia wcześniej należeć do pięknej Heleny. Porwanie Heleny, żony króla Sparty Menelaosa, przez Parysa, syna trojańskiego króla Priama,  miało być pretekstem do podjęcia przez grecką koalicję wojny przeciw Troi. Uczeni ciągle nie są zgodni co do tożsamości etnicznej mieszkańców Troi w owym czasie. 

Ten i kolejne odcinki “Tureckiego serialu” noszą podtytuły nawiązujące do skojarzeń religijnych, bo wielkie religie panujące w różnych epokach na terenach obecnej Turcji mogą, moim zdaniem, czytelnie identyfikować te epoki.
Zaczęliśmy zatem od “Panteonów”, będących określeniem zarówno zbiorowiska najważniejszych dla danej kultury bóstw, jak też poświęconych im sanktuariów.
Panteony były przedmiotem czci ludu i narzędziem sprawowania władzy przez panujących; ołtarze od zawsze podpierały trony, od zawsze z wzajemnością.
Przed nastaniem cywilizacji greckiej w drugim tysiącleciu p.n.e. niewątpliwie panowały wśród tamtejszych ludów (choćby Hetytów, którzy stworzyli potężne państwo w Azji Mniejszej) politeizmy, po których pozostało sporo śladów.
Natomiast panteon grecki i będący jego kalką rzymski, są nam doskonale znane zarówno dzięki źródłom pisanym, jak i dziełom sztuki oraz architektury.

Odwiedziliśmy w Troadzie (krainie, której Troja była metropolią) kilka fantastycznych przybytków, gdzie kamienne resztki zachowały się, w przeciwieństwie do otaczającej je w antycznych czasach zabudowy miejskiej z cegły suszonej na słońcu. Wszędzie wałęsaliśmy się praktycznie sami.
Sanktuarium Ateny w Assos góruje nad pobliskim wybrzeżem Morza Egejskiego i nad pozostałościami publicznych obiektów miasta, które w historii gościło tak znamienite postaci jak Arystoteles, czy św. Paweł z Tarsu.

Nieopodal trafiamy na zespół świątynny kolejnej ważnej postaci greckiego panteonu, Apolla. W tutejszym wydaniu nosi on przydomek “Smintheion”, z grubsza przekłada się to ponoć na “Apollo od myszy”. Gryzonie symbolizują tu zarazę, jaką miał zesłać Apollo na greckie wojska oblegające Troję, na prośbę kapłana imieniem Chryzos.
Nie wdając się w dalsze zawiłości związane z tym wątkiem, zachęcam Czytelników do wnikliwej lektury “Iliady”, gdzie wszystko zostaje przez Homera detalicznie wyłożone.

Ostatnie ze zdjęć obrazuje kawałek antycznej drogi, łączącej apollińskie sanktuarium z leżącym kilka kilometrów dalej miastem i portem Aleksandria Troas, nazwanym tak na cześć macedońskiego imperatora. Port został z czasem kompletnie zapiaszczony i pozostało po nim niewielkie jezioro o czerwonawej barwie.
Pozostałości okazałego niegdyś miasta badają zaś obecnie archeolodzy z uniwersytetu w Ankarze.
Wiadomo, że kwitło ono jeszcze kilka wieków po podboju rzymskim (133 p.n.e.), a nawet było brane pod uwagę przez cesarza Konstantyna jako potencjalna stolica imperium. Przegrało jednak w konkurencji z Bizancjum, o czym w kolejnych odcinkach.

Świętego Pawła spotkaliśmy już w Assos, zaś Aleksandria Troas była jeszcze ważniejszym punktem jego misyjnych wędrówek. Pojawienie się “Apostoła Narodów” w tej relacji zwiastuje rychłe zaistnienie chrześcijaństwa w rzymsko – greckim imperium i powolny zmierzch “Panteonów” w “Tureckim serialu”.

Skoro dobrnęliśmy do postaci niestrudzonego wędrowca – misjonarza, który kładł w połowie I wieku podwaliny chrześcijaństwa w Cesarstwie Rzymskim i w należyty sposób przypłacił to w końcu życiem, należy wspomnieć o tym, że swoje podróże odbywał morzem (choćby korzystając z portu Aleksandria Troas), ale także lądem, korzystając ze znakomitej sieci dróg, wybudowanych przez Rzymian dla podboju i administrowania imperium.
Najważniejszą bodaj z nich była Via Egnatia, przywoływana swojego czasu w relacji z Macedonii i Albanii, a także – z wędrówki w poszukiwaniu śladów Via Appia.
Via Egnatia łączyła dwie stolice Cesarstwa – Rzym i Bizancjum, wchodząc w mury tego ostatniego poprzez Złotą Bramę, od której wkrótce rozpoczniemy kontynuację naszej grecko – rzymsko – tureckiej opowieści.

Lustro weneckie

Lustro weneckie najczęściej można zobaczyć w filmach kryminalnych; ten zmyślny wynalazek pozwala dzielnym detektywom obserwować zachowanie złoczyńcy w pokoju przesłuchań, podczas gdy sami pozostają dlań niewidoczni.
Podobna idea, chociaż osiągnięta przy pomocy bardziej współczesnych środków technicznych, przyświeca mi przy redakcji niniejszego wpisu.
Chodzi mianowicie o to, abyście Państwo mogli popatrzeć chwilę na Wenecję, sami pozostając dla niej niewidoczni.


Udaliśmy się z krótką wizytą do miasta tysiąca kanałów i tysiąca przymiotników z wykrzyknikami na przełomie kalendarzowej zimy i wiosny po to, jak się okazało, aby zamienić nadbałtycką, niezwyczajną dla marca słoneczną i ciepłą aurę, na chłodną i deszczową akurat aurę adriatycką.

Słowem: taką, jaką w niezrównany sposób opisywał w swoim “Znaku wodnym” noblista Josif Brodski, gdy wyproszony z sowieckiej Rosji nabrał zwyczaju spędzania w Wenecji zim przez szereg kolejnych sezonów, by w końcu znaleźć odpoczynek na tamtejszej cmentarnej wyspie San Michele.
Z pewnym trudem znaleźliśmy jego grób, nie wiadomo dlaczego ulokowany w ewangelickiej części cmentarza, dosyć zaniedbanej i przypominającej przez to liczne zaniedbane cmentarze ewangelickie w naszych stronach rodzinnych.

Jednak to nie “Znak wodny” był pretekstem, żeby poszukać skromnej mogiły poety, a w każdym razie nie pierwszorzędnym pretekstem.

Od z górą miesiąca trwał najazd Rosji na Ukrainę; wydawało się światu, że szybko zostanie powstrzymany przez sprzeciw rosyjskiego społeczeństwa, któremu w świecie zaczynało się jakoby coraz bardziej podobać.
Koszmarny błąd – poparcie dla Putina i nacjonalistyczne wzmożenie Rosjan osiągnęło niebotyczny poziom, zaś świat gwałtownie zaczął rozglądać się za wytłumaczeniem sobie takiego stanu rzeczy
.
Zaroiło się zatem od publikacji, komentarzy, artykułów, audycji, dysput czy esejów, do których wręcz wypada dołączyć swój głos.
Brak kwalifikacji w tym zakresie nie powinien raczej być przeszkodą, podobnie jak niekoniecznie bywa przeszkodą w wypadku wielu autorów, będących o sobie dobrego zdania.

Dochodzimy tu do momentu, w którym łączyć się zaczyna motyw weneckiego lustra z wizytą przy grobie Josifa Brodskiego.
Postanowiliśmy bowiem, w obliczu powszechnej bezradności w zdefiniowaniu zakamarków “rosyjskiej duszy” i płynących z niej nieszczęść dla świata, przesłuchać na tę okoliczność Poetę, który określał siebie jako przesiąkniętego kulturą rosyjską Żyda, który zrządzeniem spraw dał się poznać ludzkości jako wielki twórca amerykański.
Przesłuchać tak, jak z użyciem lustra weneckiego: będąc niewidocznymi dla przesłuchiwanego (chociaż w przypadku ducha nie ma to większego znaczenia).
Za bazę przesłuchania obraliśmy, inspirowani aktualną sytuacją, wiersz napisany krótko po szczęśliwym rozpadnięciu się ZSRR, co w 1991 roku dało niepodległość Ukrainie.
Światu “zachodniemu” zaś – nadzieję na mozolne podążanie Rosji jego śladami sprzed wieków, a więc kształtowanie cywilizacji w myśl chrześcijańskich kanonów, a przy tym – cywilizowanie chrześcijaństwa w myśl zasad człowieczeństwa.
Poświęćcie, proszę, kilka chwil na powolne odczytanie wiersza, który przytaczam:

Josif BRODSKI
 
NA NIEPODLEGŁOŚĆ UKRAINY
 
Drogi Karolu XII, bitwa pod Połtawą
Chwała Bogu, przegrana. Graserką chropawą
Mówił, że czas pokaże, jego mać, ruiny,
Kość pośmiertnej radości z posmakiem Ukrainy.
 
To nie trawnik–widmo, skażony izotopem.
Żółto-błękitny Lenin ponad Konotopem,
Skrojony z płótna, widać, przysłała Kanada,
Za darmo i bez krzyża, lecz chachłom wypada.
 
Gorzki wszy karbowaniec, ziarnek w garści pełno.
Nie nam, Kacapom, wolno zarzucać im niewierność.
My sami, tak jak oni siedem lat w Riazaniu
Katorgi smak czuliśmy żyjąc na wygnaniu.
 
Mówmy, dźwięków materię pauzami znacząc surowo:
Krzyż wam na drogę, chachły, po liżniku droga.
Idźcie strojni w żupany, by nie rzec – w mundury,
W rosyjskie trzy litery, w świata cztery strony.
 
Niechaj teraz w lepiance chórem z wami Hansy
z Lachami zrobią porządek, pohańcy.
Jak leźć w pętlę, to razem, zupkę jeść pospołu,
A milej w pojedynkę kurę gryźć z rosołu.
 
Żegnajcie, chachły, razem żyliśmy – i z oczu!
Splunąć by w Dniepr, być może jeszcze się wstecz potoczy.
Brzydzicie się godnie nami, znudzeni, znużeni swą męką,
Rozłączonymi węgłami, wielowiekową udręką.
 
Źle nas nie wspominajcie, waszego chleba, nieba
Nam, gdy stłoczycie makuchy, fałszywego nie trzeba.
Nie ma co krwi psuć czy rwać na piersi koszuli,
Skończyła się, widać, miłość, jeśliście ją czuli.
 
Coś zagrzebano zbytnio motyką w rwanych korzeniach.
Was rodził grunt, czarnoziem płodny, ziemia,
Wystarczy rozhuśtać prawa, szyć jedno i drugie w znoju.
Ta ziemia wam nie daje, w tym błocie, spokoju.
 
Oj, wy łąki, arbuzy, piękności, stepy, pielmienie,
Więcej chyba tracili ludzi niż grosza w kieszeni.
Jakoś się przebijemy. A łzie, co w oku się kręci,
Nikt nie nakazał, by trwała do drugiej okazji w pamięci.
 
Z Bogiem orły, kozacy, hetmani i gieroje,
Lecz kiedy umierać wam przyjdzie, hultaje i buhaje,
Będziecie rzęzić, czepiając się skraju materaca,
Te strofy Aleksandra, a nie brednie Tarasa.

           Tłum.: Leszek Szaruga

Muszę przyznać, że odczułem ogromny dyskomfort po pierwszej lekturze dziełka.
Przy kolejnej przyszła refleksja: przecież to niemożliwe, żeby gość takiego formatu jak Brodski w zgrabny, lecz wysoce chamski sposób pisał o Ukraińcach.
Chcę wierzyć, że jest to szyderczy tekst a’rebours, naprawdę mający pokazać sposób myślenia większości Rosjan, ale nie Autora. Onże zresztą zbył nasze nagabywania w tej sprawie jedynie tajemniczym uśmiechem spoza weneckiego lustra.
“Chachły” skądinąd pojawiają się ostatnio w przechwytywanych korespondencjach rosyjskich żołnierzy z ukraińskiego frontu; widać to zwrot funkcjonujący od dawna w relacji “Wielkiej” do “Małej” Rusi.


Wstawiłem tych kilka zdjęć, aby pozwolić Czytelnikowi odpocząć nieco od tekstu.
Zdjęcia były zrobione jakiś czas temu w rodzinnym mieście Josifa B. oraz Władimira P., określanym często mianem “Wenecji Północy” , czyli Leningradzie/Petersburgu.

Pierwsze z nich obrazuje “russkij wojennyj korabl” – ciągle utrzymującą się na powierzchni wody “Aurorę”, jeden z symboli globalnego nieszczęścia, jakim była Rewolucja Październikowa (nawyk tytułowania tego wydarzenia wielkimi literami został mi po czasach szkolnych, przepraszam. Z drugiej strony niewykluczone, ze wkrótce dziatwa szkolna będzie przymuszana do pisania np. o Zamachu Smoleńskim)
Ostatnie – zachętę do odwiedzenia nastrojowej kawiarni nad Newą.

Wróćmy jednak do prawdziwej Wenecji (którą ponoć rosyjska Duma ma chęć przemianować na “Petersburg południa”) i nastawmy ucha na płynące zza weneckiego lustra/nagrobka Poety jego/nie jego urywane refleksje, próbujące zdefiniować w koncentracie kłopoty doczesnego świata.

Chamstwo. Jeśli zastanowić się chwilę, to owo pojęcie jest w stanie wyczerpać gros problemów trapiących cywilizację.
Wymaga jednak dokładnego opisu zjawisk, które, jak zapewne uważałby Noblista zza Weneckiego Lustra, są w nim zawarte.
Przychodzi ich do głowy bezlik, jednak wszystkie zdają się być pochodną skłonności do wykorzystywania swojej przewagi wobec innych w sytuacjach, gdy nie jest to konieczne ze względów egzystencjalnych.
Doświadczenie i wiedza o świecie wskazują nam, że chamem według takiego kryterium bywa wyłącznie istota ludzka, zaś ofiarami chamstwa mogą być wszelkie istoty przyrody ożywionej, jak też obiekty przyrody nieożywionej.
Na pierwszy rzut oka jest w tym stwierdzeniu pułapka, bo mogłoby sugerować wprost proporcjonalną zależność chamstwa i człowieczeństwa, jednak fakt występowania objawów chamstwa jedynie u części populacji unieważnia ewentualność wystąpienia takiej zależności.

Kompleksy. Kompleks niższości łatwo może generować uczucia zawiści i nienawiści, a kompleks wyższości – uczucie pogardy. Od pogardy i nienawiści powinniśmy zaś być chronieni przez Pana, jak napisał to Tenenbaum, a wyśpiewywali Gintrowski, Kaczmarski i inni. Od głupoty także.

Kłamstwo. Pamiętam z pobytów na letnich koloniach w dzieciństwie, że najlepszym kawałem zrobionym nielubianemu koledze było poczęstowanie go pieczołowicie zebranymi na łące kozimi bobkami, starannie zawiniętymi w papierki po cukierkach.
Mówienie nieprawdy, czyli kłamstwo, to dość powszechna ludzka przywara, najczęściej mająca u podłoża chęć uniknięcia konsekwencji nieładnego uczynku.
Jednak kłamstwo użyte w przestrzeni publicznej dla osiągania politycznych celów przypomina owe kolonijne “cukierki”; opakowane w efektowne papierki propagandy stanowi z reguły zawartość znacznie gorszą niż kozie bobki.

Żądza władzy i posiadania. Skłonność naturalna w ludzkich społecznościach, jednak wymagająca mechanizmów ograniczających, bo osiągnięta – szybko ulega zwyrodnieniom. Próbą ograniczeń jest wypracowanie i strzeżenie systemu demokratycznego; żeby przekonać się, jak trudne to zadanie, nie musimy nawet zaglądać za wschodnią granicę, wystarczy krajowe podwórko.
Prawdziwa demokracja bazuje bowiem, jak wiadomo, na szeregu misternie powiązanych ze sobą, a jednak w istocie niezależnych od siebie instytucji, patrzących sobie wzajemnie na ręce i efektywnie pilnujących, aby żadna nie wyrosła ponad miarę.
Noszą one poważne nazwy: Sądów, Parlamentów, Trybunałów, Prezydentów i podobnych, przed którymi wypada uchylić kapelusza.
Bardzo łatwo jednak owe poważne nazwy mogą przeobrazić się w przywoływane wyżej papierki od cukierków, zawierające produkty demokracjopodobne o wartości kozich bobków, niezbędne autokratycznym kacykom do lukrowania ich niecnej działalności i zyskiwania aplauzu tłumów.


Miał być idylliczny wpis o Wenecji, a przez Putina i Brodskiego wyszła garść pseudofilozoficznych spostrzeżeń.
Mają one wszelako wartość przynajmniej dla mnie, bo pozwalają z punktu widzenia emerytowanego hydraulika docenić wysiłek prawdziwych filozofów.