Belgica

Gdańsk (Polska), maj/czerwiec 2023, temperatura powietrza +26oC. Tablice informujące o składowaniu śniegu pozwalają na łagodne przejście od tematyki poprzedniego wpisu (“Lodowiec”), do kolejnego, który rozpoczniemy mroźnym akcentem, lecz potem będzie coraz cieplej.

Mullem (Belgia), maj/czerwiec 2023, temperatura powietrza +26oC. Przy wjeździe do wioski/miasteczka zauważamy ze zdziwieniem tablicę zawierającą znane nam z dawniejszych lektur obrazy, związane ze sławną antarktyczną ekspedycją statku “Belgica”, przedsięwziętą pod koniec XIX wieku.

Internetowe dociekania na temat związków miejscowości Mullem z okolicami bieguna południowego pozwoliły ustalić, że przez kilka lat w połowie XX wieku burmistrzem był tam (tzn. w Mullem, nie na biegunie południowym) Gaston de Gerlache, znany belgijski badacz polarny.
Jego sława w tej branży była niejako dziedziczna, bo to ojciec Gastona, Adrien de Gerlache, kładł sześćdziesiąt lat wcześniej podwaliny pod eksplorację Antarktydy.
I właśnie starszego de Gerlache’a przypomniano na tablicy przy wjeździe do Mullem mimo, że chyba nigdy tam nie był.
W epokowej ekspedycji “Belgiki” podkomendnym Adriena de Gerlache był legendarny norweski badacz Roald Amundsen, a także dwaj wybitni naukowcy – polarnicy polscy: Henryk Arctowski i Antoni Dobrowolski (obaj panowie patronują skądinąd ulicom w Gdańsku, oraz – być może – umieszczonym w sąsiedztwie tych ulic, zaprezentowanym wcześniej, tablicom o składowaniu śniegu w lecie).

Czas najwyższy przystąpić do ocieplania opowieści, które zacznę od wyjaśnienia, w jaki sposób trafiliśmy do Mullem. Otóż stało się to, nieco przypadkiem, podczas przemierzania podrzędnych belgijskich dróg w celu dotarcia do dość prowincjonalnego dzisiaj, acz ociekającego bogatą historią, miasta Tournai.
Chcieliśmy postawić stopę tam, skąd w latach agonii Cesarstwa Rzymskiego (a więc V-VI wieku n.e.), rozwinęła się najskuteczniejsza (spośród wielu innych) próba zapanowania nad osieroconymi przez nie, rozległymi połaciami dzisiejszej Francji i Beneluxu.

Facetem, który osiągnął pierwsze znaczące sukcesy w tym kierunku był Childeryk, władca germańskiego plemienia Franków Salickich, osławiony także dzięki przypadkowemu odkryciu jego przebogatego grobowca obok widocznego na zdjęciu kościoła św. Brykcjusza, w Tournai właśnie, przeszło tysiąc lat po śmierci zainteresowanego.
Skarby z tego grobu rozeszły się po Europie w trakcie zawieruch historycznych paru ostatnich stuleci; jednym z najsławniejszych ocalałych elementów wspomnianego skarbu jest przechowywany w paryskim Luwrze pierścień władcy.
W byłej Childerykowej stolicy udało nam się zaś znaleźć jedynie zakład fryzjerski o nazwie “Childeric”.

Dostrzegliśmy też współczesny mural, przedstawiający czterech królów z (będącej utrapieniem uczniów na lekcjach historii) dynastii Merowingów.


Wnioskować można, że naszego bohatera wyobrażono jako przedostatniego z prawej, zaś obok – jego syna Chlodwiga, najznamienitszego z Merowingów.
Synek z przytupem sfinalizował dzieło tatusia, po czym w 508 roku n.e. przeniósł stolicę swego potężnego już władztwa do Paryża, pozostawiając Tournai rolę podrzędnej diecezji, a także sympatycznego, spokojnego miasta, gdzie byliśmy jednymi z niewielu przyjezdnych.

Chlodwig, syn Childeryka, wykorzystał wszystkie dostępne w swojej epoce środki dla umocnienia i poszerzenia imperium Franków, oraz swojej w nim władzy: przyjął chrześcijaństwo, konkurentów wymordował lub poddał łagodniejszym formom anihilacji (choćby banicji, oślepieniu, czy ulokowaniu w klasztorze), przekupił, ogłupił poprzez różne formy propagandy, lub sterroryzował (zależnie od potrzeb) społeczeństwa i toczył nieustanne wojny.
Ten zestaw narzędzi znany jest i stosowany zresztą od zawsze (zmieniały się tylko religie i techniczne możliwości środków masowego przekazu, oraz sposobów zadawania śmierci fizycznej i cywilnej).
Na obrazku – średniowieczne wyobrażenie obrzędu chrztu Chlodwiga (na golasa w rytualnej wannie).

Wnikliwi Czytelnicy zorientowali się już zapewne, że u progu lata 2023 zaniosło nas do Belgii. Kraj ten zasługuje ze wszech miar na wzmiankę nieco obszerniejszą, niż te, opiewające walory belgijskiej czekolady, frytek i piwa (skądinąd wydaje nam się, że tylko to ostatnie może być warte wzmianki).
Na czerwono podkreślone są miejsca, do których trafiliśmy (podkład mapki Depositphotos).

Podróżując naszym zwyczajem dość szybko (co nie sprzyja nadmiernemu wnikaniu w wyczuwalne jedynie przez tubylców, lub długoterminowych rezydentów, lokalne klimaty), spróbujemy dać wyraz powierzchownym wrażeniom wychodząc od spotkanych na trasie postaci (a dokładniej – ich wizerunków, lub wzmianek o nich).
Wspomnieliśmy wcześniej o wielkich Merowingach, których poczynania (kontynuowane przez Karolingów, ich podwładnych, którzy swoich szefów obalili i zmienili na tronie) stały się podwaliną kształtu współczesnej Europy.
Obie dynastie trzęsły kontynentem (a w każdym razie jego zachodnią częścią) przez drugą połowę pierwszego tysiąclecia po Chrystusie.
Niewiele lat później, bo w roku 1096, europejskie lobby papiesko – cesarsko – królewsko – możnowładcze (skądinąd będące w ciągłym wzajemnym zwarciu o supremację i wpływy) doprowadziło do podjęcia ruchu krucjatowego, mającego na celu odbicie Ziemi Świętej z rąk muzułmańskich, organizując pierwszą wyprawę krzyżową.

Zanim jednak zdołano wyszykować fachową armię, do roboty wzięli się fanatyczni entuzjaści, pod wodzą Piotra z Amiens, zwanego też Piotrem Eremitą. Ów charyzmatyczny mnich zachęcił do wyprawy na Bliski Wschód ogromne rzesze europejskiej biedoty, formując z nich “wyprawę ludową” i prowadząc na zatracenie.
Jedną z najbardziej płomiennych mów propagandowych wygłosił ponoć Piotr w zacnym mieście Huy, co uwieczniono na powyższej, średniowiecznej ilustracji.
Nie udało nam się jednak znaleźć tam śladu owego wydarzenia sprzed blisko tysiąca lat, ani trwałej pamiątki po dzielnym kaznodziei, więc zamieszczam obrazek zastępczy, uzupełniony błyskotliwym limerykiem.

Znacznie lepiej od Piotra poradził sobie Gotfryd z nieodległego od Huy Boullion, nad którym ciągle góruje potężne rodowe zamczysko.
Gotfryd był jednym z przywódców właściwej (rycerskiej) krucjaty, na czele której zdobył Jerozolimę, oddając jednak tytuł władcy nowo utworzonego w ten sposób królestwa swojemu bratu Baldwinowi, także bardzo zasłużonemu w walce z “niewiernymi”.


Pozostając w klimacie epoki wypraw krzyżowych, przenosimy się na drugi kraniec niezbyt rozległego kraju, do urzekającej patyną średniowiecznej zabudowy Brugii. Wybitnych postaci przewinęło się tam przez stulecia niemało, jednak tę wzmiankę chcę poświęcić tamtejszej lokalnej zbiorowości. Od dobrych siedmiu wieków mianowicie setki mieszkańców Brugii prezentują coroczną Procesję Świętej Krwi, nawiązującą do znajdującej się w miejscowej bazylice pod tym wezwaniem stosownej relikwii, dostarczonej ponoć do miasta po którejś z krucjat bliskowschodnich.
Procesja jest imponującym przedsięwzięciem, o którym zgrubne wyobrażenie można sobie wyrobić, klikając tutaj, na amatorską zbitkę filmików.


Przeskoczyliśmy zatem do flandryjskiego pasa zasobności gospodarczej i kulturalnej, którego oś wyznaczają obok Brugii także Antwerpia oraz Gandawa, i natychmiast dopadła nas zadyszka związana z brakiem pomysłu na przekazanie w zwięzłych słowach i obrazach owej nieprzebranej zasobności. Wydawało się, że jakimś rozwiązaniem mogłoby być sygnalizowane wcześniej pójście śladem napotykanych postaci, ale tu mnogość wybitnych jednostek pojawiających się przez wieki jest zdecydowanie za duża jak na pojemność tego blogu, oraz cierpliwość Czytelników.
Nie pozostaje zatem nic innego, niż postąpić wedle metody chybił – trafił.
Przedtem jednak spójrzmy na hotelik w małym miasteczku Eeklo, którego położenie uznaliśmy za optymalne dla eksploracji wspomnianych wyżej sławnych miast flandryjskich, czyniąc z niego kilkudniową bazę.


Flandria (Region Flamandzki), stanowiąca północną, niderlandzkojęzyczną część Belgii, splatała przez wieki swoją historię z Niderlandami właśnie, wnosząc i biorąc co najlepsze, ale też dzieląc gorsze momenty dziejów.

Antwerpia, miasto wielkiego handlu (głównie za sprawą wielkiego portu), wielkiej sztuki, wielkiej nauki, wielkich pieniędzy i wielkiego dworca kolejowego, była miejscem urodzenia, pracy, lub pochówku (w niektórych przypadkach – wszystkich trzech etapów życia) wielkiej liczby wielkich postaci, których starczyłoby do wypełnienia panteonu niejednej wielkiej nacji.

Stojący na pomniku w centrum miasta Rubens nikogo nie dziwi.
Wyobrażeni natomiast na popiersiach zdobiących ściany muzeum ich imienia Plantinus i jego zięć Moretus nie dorównują sławą wielkiemu malarzowi, choć jako twórcy najważniejszej w swoim czasie europejskiej oficyny wydawniczej – powinni.


Gandawa ma w swoim portfolio porównywalny zapewne z Antwerpią zasób postaci ważnych cywilizacyjnie, chociaż nie brak również takich, których publiczna działalność z cywilizacją miała niewiele wspólnego (proporcje występowania obu grup są wszędzie na świecie zbliżone).
Poprzestańmy zatem na przypomnieniu najbardziej chyba znaczącego w światowej historii syna tego miasta, a mianowicie Karola Habsburga, w wieku 19 lat (w 1519 roku) obwołanego cesarzem rzymsko – niemieckim i zanumerowanego w imperialnej tytulaturze jako Karol V.
Wcześniej przebywał on w rodzinnej Gandawie, zdobywając monarsze kwalifikacje pod okiem Guillaume’a de Croy (pod koniec tekstu wyjaśnię powód przywołania tego nazwiska), by już w roku 1516 podjąć zajęcia praktyczne na stanowisku króla Hiszpanii, na razie jako Karol I.
Zbliżamy się do momentu, w którym okaże się, dlaczego eksponujemy tutaj osobę Karola: otóż na początku swojego hiszpańskiego panowania, w styczniu 1518, dopuścił przed swoje dostojne (acz raczej nieowłosione jeszcze) oblicze, niejakiego Ferdynanda Magellana, udzielając mu poparcia dla projektu odkrycia zachodniej drogi morskiej do Wysp Korzennych, a dzięki temu – pośrednio przyczyniając się do powstania niniejszego blogu.
Młody monarcha szybko pojął, że kasa jest jednym z filarów zdobywania i utrzymywania władzy, więc z talentem stanął za sterem nabierającej wówczas imperialnego rozpędu hiszpańskiej machiny konkwistadorsko – rabunkowej, w ciągu niewielu lat czyniąc z niej największe mocarstwo owych czasów.

Obok ciągnięcia bajecznych zysków z podbijanej Ameryki, a także wspomnianych Wysp Korzennych, czy Filipin, Karol nie zaniedbywał bliższych źródeł dochodu.
Przejawem tego było choćby srogie ukaranie mieszkańców rodzinnej Gandawy za próby wymigania się od części narzuconych im obciążeń podatkowych, za co – zamiast stanąć na wielkim pomniku w najważniejszym punkcie miasta, został przez tych mieszkańców uwieczniony jedynie w skromnej figurze na ratuszowej ścianie.

Obywatele miasta nie poskąpili jednak środków na okazały monument Jacoba van Artevelde, postaci znacznie lepiej od Karola w Gandawie i okolicach notowanej (ciekawe szczegóły proponuję doczytać pod wskazanym linkiem w Wikipedii).

Nie wszyscy zapewne wiedzą, że z obecnych ziem belgijskich wywodził się także wynalazca, któremu ludzkość zawdzięcza skonstruowanie saksofonu.
Ten dość skomplikowany instrument muzyczny rozpowszechnił się na świecie, stając się narzędziem tworzenia przebojów cieszących nasze uszy od co najmniej stu lat.
Adolf Sax pochodził z Dinant, malowniczego miasteczka w Ardenach, gdzie dzisiaj na każdym kroku można spotkać wyobrażenie saksofonu.

W rodzinnym domu Adolfa Saxa urządzono małe, gustowne muzeum.
Położone w dolinie Mozy Dinant doświadczyło zdarzeń nie tylko miłych, jak przyjście na świat Adolfa Saxa, ale też dramatycznych – choćby w dwudziestowiecznych wojnach światowych.
W początkowej fazie pierwszej z nich (1914) Niemcy, gwałcąc belgijską neutralność, prowadzili tędy kampanię w kierunku Francji, dokonując wojennych zbrodni wobec opierających się temu cywilów (w Dinant zginęło ich wówczas kilkuset). Natomiast pod koniec drugiej wojny rejon doświadczył zaciętych walk aliantów z wojskami niemieckimi, które podjęły desperacką ofensywę w Ardenach.


Powierzchnia Belgii jest z grubsza dziesięciokrotnie mniejsza niż Polski, zaś liczba ludności – mniejsza prawie trzykrotnie.
Belgijskie państwo w obecnym kształcie zostało powołane blisko 200 lat temu, w znacznej mierze jako efekt gry europejskich mocarstw w epoce postnapoleońskiej.
Decydująca była tu rola Wielkiej Brytanii która, podobnie jak wiek później w przypadku kształtowania się państwa Izrael, rozgrywała swoje interesy największej w tych czasach imperialnej potęgi.
Nie można wszakże lekceważyć lokalnych wektorów państwowotwórczych, u których podstawy leżały względy religijne i ambicjonalne : chęć uniezależnienia się od dominacji holenderskiej w sferze gospodarczo – politycznej, oraz odcięcie się od preferowanych przez tę dominację opcji protestanckich w życiu kościelnym (przy okazji: “rewolucję belgijską 1830 roku” bezwiednie wsparło polskie powstanie listopadowe, wiążąc wojska rosyjskie i pruskie, wybierające się do Belgii z interwencją zbrojną).
Belgowie (Belgae), lud o proweniencji najpewniej celtycko – germańskiej, zostali odnotowani na arenie dziejów już za czasów Juliusza Cezara, który tę podbitą przez siebie kilkadziesiąt lat pne. krainę nazwał Gallia Belgica.
Nie rozwijając tego wątku szerzej warto tylko wspomnieć, że jednym z “ojców” współczesnej Belgii był Etienne Constantin de Gerlache, którego nazwisko brzmi identycznie jak przywołanego na początku tego artykułu sławnego belgijskiego polarnika (aczkolwiek przy pobieżnej kwerendzie nie odnalazłem związku rodzinnego obu panów).

Po przypomnieniu kilku faktów z dziejów Belgii i objechaniu paru jej zakątków, czas najwyższy zajrzeć do stolicy. Każdy porządny przewodnik turystyczny zaczyna opowieść o Brukseli od przedstawienia najsławniejszego w tym mieście monumenciku: Manneken pis (zbieżność fragmentu nazwy figurki siusiającego w centrum stolicy Europy chłopca, z nazwą antyeuropejskiej partii rządzącej sporym europejskim krajem – zapewne przypadkowa) stał się i dla nas obowiązkowym obiektem do zerknięcia i pstryknięcia. Ale również, (mimo napierającej ciżby innych zerkających i pstrykających) pretekstem do chwili refleksji nad fenomenem krainy która, mimo że targana wirami historii, chroni od wieków swobodę publicznego opróżniania pęcherza przez nieletniego. A chroniąc tę i inne ludzkie swobody, dobrze zaświadcza również o tym, że “lepszość” się w pocie czoła wypracowuje, a nie wykrzykuje.
Nie pochwalając generalnie siusiania na ulicy zauważmy, że brukselska figurka jawi się jako przewrotny symbol ludzkiej wolności – tworzywa Unii Europejskiej, która nie bez przyczyny ustanowiła swoje centrum właśnie tutaj, w Brukseli.

Imponujący brukselski Wielki Plac niejedno widział przez wieki swojego istnienia. Podobnie jak centralne miejsca innych europejskich miast, bywał areną wielce pożądanej przez ludność rozrywki – publicznych egzekucji. Najbardziej pamiętną na Grote Markt van Brussel była dekapitacja w 1568, z rozkazu niesławnej pamięci księcia Alby, przywódców niderlandzkiego ruchu antyhiszpańskiego – Egmonta i Hoorna.

Skoro zaś powrócił za sprawą Egmonta wątek dawnych zawiłych relacji niderlandzko – hiszpańskich, to “odhaczając” go w naszej relacji, spójrzmy na zdobiący Plac Hiszpański w Brukseli okazały pomnik arcyhiszpańskich, ale też – arcyludzkich, bohaterów: Don Kichote’a i jego wiernego giermka Sancho Pansy.
Stolica Europy to właściwe miejsce dla otrzeźwienia błędnych rycerzy.


Na tym można by zakończyć przydługą, choć i tak o wiele za krótką jak na potencjalną obfitość obrazów, relację z niewielkiej, ale ważnej Belgii.
Nie sposób jednak pominąć wzmianki o tym, jak pomocni w realizacji naszej eskapady byli, znani już najwytrwalszym Czytelnikom z relacji o Kubie sprzed kilku lat, Inge i Jan. Ci zacni mieszkańcy holenderskiego, ale leżącego blisko belgijskiej granicy, Eindhoven (do którego w godzinę można dofrunąć bezpośrednio z Gdańska), nie tylko ugościli nas w swoim domu i pożyczyli swój samochód, ale także odbyli wspólne z nami wycieczki rowerowe po okolicy.

W pobliżu Eindhoven leży miasteczko Neunen, gdzie w latach 1883 – 1885 mieszkał Vincent van Gogh (jego ojciec był w tym czasie pastorem miejscowego kościoła reformowanego) i gdzie powstały jego pierwsze wybitne, choć w pełni docenione pośmiertnie, dzieła malarskie.

Vincent w Nuenen
Kościółek, w którym pracował ojciec Vincenta
(zdjęcie zrobione przez specjalną ramkę, ustawioną ku uciesze turystów)
Kościółek widziany przez Vincenta (1884)
Kościółek widziany przez Żonnę (2023)

Kilka kilometrów dalej odkryliśmy malowniczy zameczek Croy, którego nazwa skojarzyła się od razu nie tylko z przywołaną wcześniej postacią Guillaume’a de Croy, wychowawcy cesarza Karola V, ale też dała asumpt do poszperania w rodzinnych koligacjach Anny de Croy.
Ta ostatnia księżniczka pomorska z rodu Gryfitów poślubiła w 1619 roku księcia Ernesta de Croy, pana między innymi na wspomnianym zameczku.

Anna de Croy owdowiała szybko i wskutek niesnasek z katolicką rodziną zmarłego małżonka (sama była protestantką), zdecydowała się osiąść w przydzielonym jej przez brata, pomorskiego księcia Bogusława IV, zamku w Słupsku.
Zasłużyła się dla miasta i okolicy na różne sposoby, a dobra pamięć o tych jej zasługach przetrwała, mimo niemal całkowitej wymiany ludności po 1945 roku.
Dowodem jest choćby nazwanie jej imieniem winnicy pod Słupskiem, której właściciel – pasjonat i znawca przedmiotu – od blisko czterdziestu lat para się uprawą winorośli i produkcją całkiem zacnego wina.
Klimat północnej Polski zaczyna coraz bardziej temu sprzyjać, więc winnic przybywa, a odwiedziny w nich bywają doprawdy egzotycznym przeżyciem.

Okonek – południowy stok Wału Pomorskiego
Leniwi szczęśliwcy mogą zyskać potwierdzenie opinii o winnym potencjale Polski północnej nie wychodząc nawet z domu.

Wspomnienie lokalnych winnych smaczków pozwoliło się zapewne Czytelnikom zorientować, że ten odcinek blogu poświęcamy nie tylko ciekawostkom belgijsko – europejskim, ale po części także krajowym, czy właściwie polsko – europejskim, jak się wkrótce okaże.
Najpierw jednak proponuję spojrzenie na ciekawostki, uwiecznione w ostatnich tygodniach niedaleko domu.

Ciekawe, czy to jeszcze relikt popandemiczny, czy przejaw troski o obyczajność?
A może, po prostu – troski
o to, ażeby dochować słusznej zasady: “jeden klient – jedna opłata!”

Warszawa (Polska), 4 czerwca 2023, temperatura powietrza +26oC.
Na “spacerze do ZOO” spotkało się pół miliona ludzi, wyrażających nieprzepartą chęć otrząśnięcia się z coraz bardziej ponurej rzeczywistości i zapobieżenia ryzyku jej kontynuacji po zbliżających się wyborach.
Wiedzą oni, że warunkiem tego jest przegłosowanie zwolenników ekipy, która zaczynając od Porozumienia Centrum, wyewoluowała szybko do symbolu skrajnego nieporozumienia.

Warszawa (Polska), 1 października 2023 temperatura powietrza bliska +26oC , temperatura emocji miliona pełnych nadziei ludzi – znacznie wyższa.
Takiej ciżby Polska jeszcze nie widziała, rekord z 4 czerwca z pewnością zdwukrotniony.
Wygląda na to, że uczestnicy marszu wiedzą, co trzeba zrobić za dwa tygodnie:
pogonićpogańską reakcję” !
Przepraszam za cytowanie samego siebie, ale okoliczności usprawiedliwiają odwołanie się do blogowego wpisu sprzed sześciu lat.
Zwłaszcza po opisanym wyżej pobycie
w naszej (ciągle) Europie.


Fragment wspomnianego wpisu z września 2017 roku pt. "Reakcja pogańska":

- “Reakcją pogańską” nazywają historycy fale odwrotu od chrześcijaństwa, które miewały miejsce wśród społeczeństw intensywnie chrystianizowanych, na ogół za polityczną (choć czasem też duchową) inspiracją, lub co najmniej przyzwoleniem ich władców.  
- Na słowiańszczyźnie zjawisko to wystąpiło z dużą mocą w XI-XII wieku, zwłaszcza wśród plemion połabskich (na terenach obecnych północnych Niemiec), jak też w państwie Piastów. Wzmiankowałem o tym w dawniejszych wpisach i z pewnością nie raz powrócę do sprawy w przyszłości. 
- Dziś jednak ów historyczny termin nasuwa mi takie oto skojarzenia: chrześcijaństwo przed tysiącem z górą lat nadciągnęło, ze wszystkimi swoimi jasnymi i ciemnymi stronami, z zachodu Europy, zaś reakcja pogańska była emanacją “ludowego” sprzeciwu przeciw owej nie swojskiej doktrynie. Żywiła się hasłem powstania z kolan, dosłownego w tym przypadku, bo sprzeciwiającego się oddawania na klęczkach czci nowemu bogu.
-Społeczeństwa zachodniej Europy wykształcały przez ten tysiąc lat obecny model funkcjonowania – z pewnością daleki od doskonałości –  jednak będący (przynajmniej jeszcze całkiem niedawno) przedmiotem westchnień społeczeństwa polskiego. Działo się to wśród potoków krwi wojen religijnych, swądu stosów inkwizycji i ogromu niegodziwości pokoleń kościelnych hierarchów, ale także wśród przebijającej się przez nie stopniowej humanizacji ludzkich relacji.
- I co widzimy? Owe w miarę ucywilizowane wzorce, w ostatnich latach z ochotą przeszczepiane na polski grunt, nagle spotkały się z odporem. Katolicki naród zaczął kontestować owoce tysiącletniej ewolucji chrześcijańskiej Europy. Reakcja pogańska we współczesnym polskim wydaniu nacjonalistyczno – katolickim. Taki mam obraz.
- No, może trochę się zagalopowałem. Jest bowiem rzymski katolicyzm (nie całkiem Franciszkowy, niestety), ale są też jego skrzywione odmiany, jak choćby rydzki kaczoliżyzm , skutecznie mobilizujący lud polski do wspomnianej pogańskiej reakcji.
- Co do przyczyn tego stanu rzeczy – dziesiątki publicystów pochylają się, próbując je zdefiniować i szukać sposobów przeciwdziałania. Jedni bardziej, inni mniej sensownie. Jeśli przyjdzie mi do głowy jakiś pomysł – poinformuję o tym niezwłocznie na blogu; zachęcam też komentatorów!

Dynastia (Habsburgowie 3)

 

Imperia upadają najczęściej wraz z monarszymi dynastiami, które trzęsły nimi przez wieki. Świadkiem i komentatorem ostatecznego upadku monarchii habsburskiej był dzielny wojak Szwejk, do dziś pykający fajkę na ławeczce w Sanoku, gdzie ma za sobą sklep z damską bielizną, a w polu widzenia – budynek dawnego zamtuza. Z przybytku tego polecono mu pilnie wyciągnąć bawiącego tam z wizytą u panny Elly porucznika Duba, w związku z mającą nastąpić dyslokacją cesarsko – królewskich oddziałów.
Działo się to w pierwszych miesiącach Wielkiej Wojny, na przełomie 1914 i 1915 roku, gdy we Wschodniej Galicji falował front zmagań rosyjskiej armii dynastii Romanowów z austriacko – wę-gierską armią Habsburgów, wspomaganą przez pruską armię Hohenzollernów. Do wszystkich tych armii imperatorzy byli uprzejmi wcielić wojaków wywodzących się z podbitych wcześniej narodów, więc na przykład Polacy poddani Romanowom strzelali do Polaków poddanych Habsburgom i na odwrót. Czechom przypadło strzelanie jedynie w imieniu tych ostatnich, stąd obecność Szwejka i jego towarzyszy z nieśmiertelnej powieści Haška na galicyjskim froncie, głównie w obronie lub odbijaniu z rosyjskich rąk strategicznej twierdzy Przemyśl.


Czytelnicy zorientowali się już najpewniej, że rzuciło nas w południowo – wschodni zakątek Polski, w malownicze podbieszczadzkie rejony… no właśnie, aby uniknąć zagłę-biania się w ludnościowo – historyczne zawiłości, nazwijmy je … rusińskimi. Termin ten bez większego błędu identyfikuje między innymi etniczne grupy Łemków, Bojków, czy Dolinian, przez wieki siedzących gdzieś między Rzeszowem, Lwowem i Preszowem, a więc głównie w rejonie Galicji, podporządkowanym monarchii habsburskiej już od pierwszego rozbioru Polski w 1772 roku. Nacje te zniknęły praktycznie ze swojej małej ojczyzny w wyniku solidarnych działań władz sowieckich i PRL-owskich po drugiej wojnie światowej, poddane wywózkom na tereny ukraińskie, bądź obecne polskie Ziemie Zachodnie. Pozostały tu i ówdzie piękne stare cerkiewki, w większości przejęte przez kościół katolicki, oraz relikty ludowego budownictwa zgromadzone w efektownym skansenie w Sanoku.

Zniknęła też całkowicie jeszcze jedna nacja, mianowicie Żydzi, którzy przed wojną stanowili nawet ponad połowę ludności galicyjskich miasteczek. Pozostały opuszczone cmentarze (kirkuty), czasem synagogi – jak te w Lesku

Podobno część Żydów przywędrowała w okolice Leska na początku XVI wieku z Hiszpanii, kiedy to zostali wyproszeni przez Królów Katolickich i następujących po nich hiszpańskich Habsburgów – byli to zatem Żydzi sefardyjscy (których zdecydowana większość osiadła wówczas na Bałkanach). Jedynego noszą-cego się na żydowską modłę osobnika spotkaliśmy we wspomnianym skansenie w Sanoku. 

Śladów po Rusinach czy Żydach szukać zatem trzeba na opuszczonych cmentarzach, albo w placówkach muzealnych.


Dzisiejsi mieszkańcy Leska szczycą się zaś piękną fontanną, upamiętniającą mistrzostwa świata w wędkarstwie muchowym, jak też stanowiącym jej tło sklepem z męską odzieżą patriotyczną o nazwie “Dumna Polska”. (fot.Jurek D.)

Nie próbujcie się doszukiwać żadnej symboliki w tym zestawieniu; jest jak jest.
Ten odległy kraniec naszej ojczyzny widział w swoich dziejach wiele, choćby to, co Szwejk, który przechodząc przez usiane płytkimi grobami żołnierskimi pole niedawnych walk, gdzie “karabiny maszynowe skosiły całe bataliony”, zauważył: “Tutaj po wojnie będą bardzo dobre urodzaje – nie trzeba będzie kupować żadnych mączek kostnych. Dla rolnika jest to rzeczą bardzo korzystną, gdy na polu spróchnieje cały pułk.”
Zaiste, “Przygody dzielnego wojaka Szwejka” powinny stać się obowiązkową lekturą w procesie reedukacji wszystkich potencjalnych “dzielnych wojaków”.

Pozostając jeszcze przy refleksjach wojenno – pokojowych, to jednym z ich technologicznych wskaźników jest naprzemienna, stosownie do aktualnych potrzeb, przetapialność dzwonów na armaty lub armat na dzwony. Od dłuższego czasu mamy szczęście żyć w tym drugim cyklu, zatem działająca w Przemyślu, mająca przeszło dwustuletnią tradycję, ludwisarnia (odlewnia dzwonów) rodziny Felczyńskich, pracuje bez ograniczeń materiałowych (natomiast zmaga się z niedoborem personelu). Trafiliśmy nie bez trudu do tej niewielkiej, skrytej w peryferyjnej uliczce Przemyśla manufaktury, ale było warto. Sympatyczny majster nie szczędził wyjaśnień co do odwiecznych tajników sztuki ludwisarskiej, budzących podziw w epoce całkiem innych technologii, i ciągle dających wyroby o niedoścignionych walorach akustycznych i estetycznych.

Dziełem ludwisarni jest też pławiący się w fontannie niedźwiedź, symbol Przemyśla, oraz, być może, kolejny w tamtych stronach,
obok sanockiego, posążek Szwejka (tym razem na skrzynce amunicyjnej i z pieskiem – obiektem zawodowej aktywności Wojaka w czasach pokojowych)


Wróćmy do Sanoka, miejsca docelowego wycieczki szóstki życzliwych sobie prykariuszy, z których piątka starała się dzielić fascynację i zachwyt Wieśka nad największą na świecie kolekcją dzieł Zdzisława Beksińskiego, starannie wyeksponowaną w miejscowym Muzeum Historycznym. Twórczość Beksińskiego nie pozostawia nikogo obojętnym, a jego warsztat budzi uznanie i podziw.
Mająca siedzibę w Zamku Królewskim placówka prezentuje też świetną stałą wystawę ikon, a także – niezły dział archeologiczny.

Sam Zamek ma ciekawą i bogatą historię; animatorką jego przebudowy w stylu renesansowym była królowa Bona, nasza znajoma z kilku wcześniejszych wpisów w tym blogu.
W ubiegłym miesiącu wspominałem o nie najszczęśliwszej, bo zakończonej śmiercią zadaną jej najpewniej z inspiracji króla Filipa II, relacji naszej królowej z domem Habsburgów. Pewnie za takie złe uczynki, jak też z powodu koligacenia się z bliskimi krewnymi, Habsburgowie hiszpańscy zostali pokarani bezpotomną śmiercią króla Karola II w 1700 roku, kończącą ich iberyjską karierę na rzecz Burbonów (zapomniałem o tym napomknąć w poprzednim artykule).
Ciekawy, raczej legendarny epizod tych relacji, związany dodatkowo ze wspominanym tu rejonem Galicji, mówi o podarowaniu przez Bonę cesarzowi Karolowi V Habsburgowi (ojcu Filipa II) pary pochodzących stąd karłów, Kasi i Kornelka, których przymuszono tym sposobem do urozmaicania cesarskiego orszaku, a którzy dokonali żywota w Galicji hiszpańskiej (obie Galicje – nasza i hiszpańska, wywodzą swą nazwę od Galów – Celtów, którzy byli i tu i tam).


Nie trzeba dodawać, że Podkarpacie obfituje w znakomite zabytki katolickiego budownictwa sakralnego, na czele z połączonymi turystycznym szlakiem kilkunastoma drewnianymi kościółkami , z których kilka przedstawiła na szkicach znana Autorka:Godzi się wspomnieć w tej kategorii także o Przeworsku, w którym stoi sławny obronny zespół klasztorny Bożogrobców z piękną bazyliką, a którego fotografia wyszła kiepsko z powodu ulewy. W tymże zacnym grodzie odnotowaliśmy istnienie knajpy, w której można się rozgrzać należycie zestawionym “wściekłym psem”, jak też tematycznego sklepu z całkiem nie tematyczną wystawą.

Najbardziej wszakże intrygująca dla mnie była (dla “magii miejsca” wyłącznie) wizyta w Przeworsku z uwagi na funkcjonujące w terminologii archeologicznej określenie “kultura przeworska” .
Wywodzące się od nazwy miasta (chociaż najważniejsze związane z kulturą przeworską wykopaliska miały miejsce w pobliskiej wsi Gać) uszeregowanie, pozwala ją łączyć, według wielu znawców, także z przejściowym pobytem w tych okolicach wędrujących w III wieku z Pomorza ku ujściu Dunaju Gotów, o których wielokrotnie wspominałem w tym blogu.


Nasza krótka podróż galicyjska miała swój początek i koniec na rzeszowskim dworcu kolejowym. Rzeszów jest , podobnie jak cały region, miłym, czystym, pełnym przyjaznych ludzi i dobrze karmiącym miejscem.
W leżącej naprzeciwko dworca knajpie “Capella” zjadłem Wiener Schnitzel w tak dobrym wydaniu, że nawet Najjaśniejszy Pan byłby chyba usatysfakcjonowany. Świadczy to o trwałości niektórych osiągnięć monarchii habsburskiej na terenach galicyjskich, mimo upływu wieku od zmierzchu dynastii. 


 

 

 

Dynastia (Habsburgowie 2)


Dynastyczna saga Habsburgów, która jest motywem przewodnim trzech kolejnych artykułów w tym blogu, nie zaistniałaby zapewne (podobnie jak ogromna większość systemów władzy w historii ludzkości) bez symbiozy tronu i ołtarza, bez przenikania się i wzajemnego wspierania interesów władzy religijnej i świeckiej. Obojętne, czy na czele jednej stali imamowie, najwyżsi kapłani, rabini, papieże, biskupi, ojcowie dyrektorzy, zaś na czele drugiej – cesarze, faraonowie, królowie, prezydenci lub prezesi; jedni byli niezbędni drugim dla wzmacniania władzy i bogactwa, bo dobrze, aby lud kojarzył władzę ze świętością, a świętość z władzą.
Na znacznych połaciach globu dzieje się tak ciągle, zaś próby racjonalnego rozdzielania sfer sacrum i profanum we współczesnych społeczeństwach spotykają się często z oporem elit obu ośrodków władzy, zainteresowanych utrzymaniem stanu rzeczy.

Nawet jednak w laicyzujących się społeczeństwach żywe są odwieczne tradycje, mające źródło w celebracjach religijnych.
Dzieje się tak choćby w Hiszpanii, w trakcie Semana Santa, czyli Wielkiego (dosłownie: Świętego) Tygodnia,
Media często relacjonują jego obchody w wielkich miastach, intrygując obrazami tysięcy zakapturzonych postaci kroczących w procesjach. Ciekawie jest jednak zakosztować religijno – historycznego folkloru na prowincji, z dala od tłumów turystów.
Jeśli dopisze pogoda, z każdego kościoła przez cały Wielki Tydzień ruszają pochody w ordynku ustalonym od wieków i kultywowanym, oraz pilnie trenowanym przez religijne bractwa.

Jeśli leje, można jedynie we wnętrzach świątyń podziwiać ozdabiane tysiącami kwiatów, wielotonowe platformy z naturalnej wielkości rzeźbami obrazującymi sceny nowotestamentowe, noszone w ulicznych procesjach przez kilkudziesięciu, a czasem kilkuset, posuwających się miarowym, powolnym krokiem męż-czyzn.
Na te mobilne sceny, zwane “pasos”, składają się figury będące wysokiej klasy dziełami sztuki rzeźbiarskiej, często jeszcze średniowiecznej, stąd troska o ich ochronę przed deszczem. Każde bractwo ma naturalnie swoją orkiestrę dęto – perkusyjną,  więc procesje (oprócz wielkoczwartkowej procesji milczenia) posuwają się w takt rytmicznej, lecz dostojnej, muzyki.

Zdarzają się wszakże lokalne odstępstwa, takie jak wielkoczwartkowa nocna “tamborada” w miasteczku Hellin, która przypomina raczej fiestę, niż czas pasyjnego skupienia. Każdy z ponad dwudziestotysięcznej społeczności, nie wyłączając małych dzieci, przywdziewa o północy ciemną tunikę  i zaopatrzony w większy lub mniejszy bęben przemierza ulice,  wzniecając rytmiczny hałas.

Chodzą pojedynczo, grupami, mniej sprawni jeżdżą na wózkach, mijają się we wszystkich kierunkach i bębnią do czwartej rano, z krótkimi przerwami na szklankę piwa w jednym z licznych punktów regeneracyjnych, wystawianych przed knajpami. Miasto szczyci się tym obyczajem, który dostąpił nawet honoru umieszczenia go na liście dziedzictwa Unesco.

Tutaj nieco światła (mimo ciemności) i dźwięku z “tamborady” w Hellin – kliknij!


Mrówcza praca kolejnych pokoleń rodu Habsburgów, skutkująca systematycznym poszerzaniem ich władztwa, osiągnęła apogeum efektu na przełomie XV i XVI wieku.
Podboje i mariaże międzydynastyczne doprowadziły do sytuacji, w której nad ich imperium  “nigdy nie zachodziło słońce”.

Stało się tak, mówiąc w ogromnym skrócie i uproszczeniu, dzięki aranżacji w 1496 roku małżeństwa księcia Burgundii Filipa Habsburga, (syna cesarza Maksymiliana I ), z Joanną Kastylijską (zwaną często Szaloną), córką tzw. Królów Katolickich, czyli Izabeli Kastylijskiej i Ferdynanda Aragońskiego .
Owocem mariażu był między innymi Karol, którego kariera już w młodzieńczym wieku (zatem właściwie jeszcze jako Karolka)  zwieńczona została tytułami króla Hiszpanii (jako Karola I) i cesarza rzymskiego (jako Karola V). Zróżnicowana numeracja Karolów wynikała, jak to się często działo w “zmonarchizowanym” świecie, z następstwa imion władców konkretnych ziem.
Poza finalizacją starań jego katolickich dziadków o zjednoczenie pod jednym berłem ziem hiszpańskich, Karol wsparł podbój przez Corteza i Pizarra królestw Azteków i Inków w odkrytej nieco wcześniej przez Kolumba Ameryce.
Był też protektorem historycznej (również dlatego, że stała się asumptem do podjęcia pisaniny na tym blogu) dookołaziemskiej wyprawy, podjętej w 1519 roku (mija właśnie 500 lat) przez Magellana .
Dynastia podzieliła się w tym czasie na gałąź austro-węgierską, zawiadującą większością Europy Środkowej, oraz hiszpańską, która panowała – oprócz półwyspu Iberyjskiego – nad południowymi Włochami, Niderlandami, przez krótko nawet Anglią, a nade wszystko – posiadłościami w Ameryce i Azji, z których zasysała niebywałe bogactwa.
(mapa imperium Karola V skopiowana z es.slideshare.net)


Nie powinno zabraknąć akcentu polskiego, więc napomknę tylko o naszej królowej Bonie (byliśmy przy jej grobie w Bari), która najpewniej została otruta na polecenie Filipa II, syna i następcy Karola I na tronie hiszpańskim, w związku z niejasną i zawiłą historią prowadzącą do polskich roszczeń wobec Habsburgów o tzw. “sumy neapolitańskie” .
Już choćby ten ponury epizod historii  (uwieczniony zresztą przez Jana Matejkę), powinien wystarczyć, aby Habsburgowie skończyli marnie. Stało się tak wszelako dopiero po trzystu sześćdziesięciu latach od śmierci Bony, o czym będziecie mogli poczytać w majowym odcinku naszej “Dynastii”.

Dynastia (Habsburgowie 1)

Punktem wyjścia dotychczasowych wpisów w tym blogu były najczęściej wrażenia z miejsc, które udało się odwiedzić – w realu, bądź wirtualnie.  Staram się łączyć owe miejsca z wybranymi ciekawostkami historycznymi, a także – z ludźmi (w liczbie pojedynczej lub mnogiej), którzy tę historię kształtowali. 
Od zawsze w społecznościach funkcjonowali liderzy, obdarzeni ponadprzeciętnym zestawem cech umysłowych i fizycznych, które katalizowane przez równie ponadprzeciętną wolę władzy, pozwalały im zyskiwać ponadprzeciętny wpływ na bieg dziejów.
Umacnianie, poszerzanie i przekazywanie zdobytej władzy i potęgi wymagało zaś pomocy i współpracy innych, najlepiej spokrewnionych, ludzi. I tak w polityce, biznesie, czy działalności mafijnej, wielką rolę odgrywa rodzina Szefa, spośród której rekrutują się jego następcy.
W ten sposób tworzy się dynastia.
Oczywiście układy dynastyczne to nie zawsze sielanka; ostre kłótnie w rodzinie, wojny między krewniakami, a nawet potajemne nagrywanie ważnych rozmów, to rzeczy nie wywołujące zdziwienia.


Zacznijmy zatem naszą relację od wzmianki o jednej z najważ-niejszych dynastii w historii nowożytnej Europy, mianowicie Habsburgach, a potem wyruszymy “w teren”. Uosobieniem dynastii jest dla Europy (w tym też południowej Polski, gdzie miłościwie panował jako oświecony zaborca) cesarz Franciszek Józef I (i ostatni), który spędził na tronie CK monarchii  prawie siedem dekad, kończąc żywot w połowie zmagań I Wojny Światowej, której był istotnym współautorem. Poddani na ogół czcili i szanowali długowiecznego monarchę, czego dowodem były uczynki w rodzaju usunię-cia jego portretu ze ściany praskiej knajpy “U Kalicha” przez jej właściciela Palivca w obawie, że muchy mogłyby upstrzyć Najjaśniejszego Pana. Zrelacjonowane to zostało, jak pamiętamy, w “Przygodach Dzielnego Wojaka Szwejka”, z którym to bohaterem wojennym będziemy się jeszcze spotykać.
Monarchia Habsburska przeżyła Franciszka Józefa ledwie o dwa lata, kończąc swą ponad sześćsetletnią królewską i cesarską karierę po przegranej Wielkiej Wojnie, w 1918 roku, zaś efektowne nagromadzenie ponad setki grobowców członków rodziny z ostatnich trzystu przeszło lat można obejrzeć w krypcie cesarskiej wiedeńskiego kościoła Kapucynów, ku refleksji historycznej, jak też estetycznej, bo większość sarkofagów to dużej klasy dzieła sztuki.


Wiele jest w obiegowym języku określeń, zawierających przymiotnik “wiedeński”, a większość z nich ma bardziej lub mniej bezpośredni związek z austriackimi Habsburgami (austriackimi, bo inne gałęzie dynastii operowały w różnych stronach Europy i świata, o czym po trochu później wspomnę).
Nie zagłębiając się w detale z dziedziny muzycznej (wiedeńskie walce, “Wiedeńskie kobietki”, “Wiedeńska krew”), czy też gastronomicznej (wiedeńskie sznycle, wiedeńskie kawiarnie), poświęćmy chwilę uwagi temu, co poniżej:

  • Wiedeńska wiktoria – wydarzenie od ponad trzech wieków słusznie będące jedną z kilku najważniejszych łechtaczek polskiej dumy narodowej, oraz podwalin polskiej tożsamości. Zwycięska dla dowodzonych przez króla Sobieskiego wojsk chrześcijańskich bitwa, z decydującym udziałem polskiej husarii, była przełomowym momentem w wysiłkach zmierzających do zatrzymania tureckiej ekspansji w Europie.
    Stała się też odskocznią do ugruntowania potęgi Habsburgów, którzy (cesarz Leopold I) w pragmatyczny i pozbawiony sentymentów, będący owocem wielusetletniego doświadczenia politycznego dynastii, sposób – wykorzystali wysiłek sojuszników, kwitując go zdawkowym skinieniem cesarskiej głowy.
    Trwa to zresztą nadal, mimo iż Habsburgowie już od stu lat są na aucie; na wzgórzu Kahlenberg, skąd Sobieski dowodził bitwą, widać jedynie cokół jego pomnika, który jakoś od dawna nie może tam stanąć. Stoi natomiast efektowny pomnik ukraińskich kozaków, których ledwie ponad setka wzięła udział w wiedeńskiej bitwie.

    Najnowszy epizod związany z wiedeńską wiktorią: jeden z waż-nych dowódców batalii, jak też innych zmagań Rzeczpospolitej z tureckimi i tatarskimi muzułmańskimi najeźdźcami, hetman Feliks Kazimierz Potocki , został ostatnio “wyróżniony” przez zamachowca na meczety w nowozelandzkim Christchurch jako jeden z godnych naśladowania pogromców islamu, poprzez wypisanie jego nazwiska na broni użytej do zamordowania pięćdziesięciu osób.

  •  Wiedeńska siedziba Krzyżaków – to miejsce interesujące z uwagi na (niejednokrotnie wspominane także w tym blogu) ścisłe historyczne związki Zakonu z Polską, zwłaszcza jej północnymi rejonami. Chciałoby się więc powiedzieć że to kolejne po Kahlenbergu wiedeńskie polonicum, gdyby nie fakt, że Zakon nazywał i nazywa się “niemieckim”.
    Wielki Mistrz osiadł w Wiedniu dzięki …Napoleonowi, który zdecydował o pozostawieniu katolickiej części Zakonu pod opieką i w dyspozycji Habsburgów.
    Można zatem w sąsiadującym z katedrą św. Stefana wiedeńskim kościółku św.Elżbiety znaleźć liczne ciekawe ślady krzyżackiej aktywności, łącznie z herbami wielkich mistrzów od najwcześniejszych czasów istnienia Zakonu.
  •  Wiedeński modernizm był, obok modernizmu paryskiego i monachijskiego, najważniejszy dla rozkwitu nowych prądów w architekturze i sztukach plastycznych na przełomie XIX i XX wieku.
    Zanim przedstawię kilka spostrzeżeń na jego temat przypomnę, że stolica habsburskiego imperium stała się jedną ze światowych stolic sztuk wszelakich od czasów cesarzowej Marii Teresy , przez wielu uważaną za najwybitniejszą przedstawicielkę dynastii Habsburgów, między innymi dla skutecznego mecenatu prądów oświeceniowych z jej strony. To za jej czasów doprowadzony został do świetności, którą ciągle można podziwiać, pałac Schönbrunn.

    Wnuk Marii Teresy, ów wspomniany wyżej długowieczny Franz Joseph, korzystając ze względnego spokoju i dobrej koniunktury końca XIX wieku zainicjował, obok pewnych reform ustrojowych, także dzieło gruntownej modernizacji Wiednia. Kazał wyburzyć miejskie mury i niemal od nowa stworzyć układ urbanistyczny miasta. Jednym z głównych wykonawców jego woli był wybitny architekt Otto Wagner, który poza koncepcją planu miasta, pozostawił po sobie kilka ciekawych obiektów.
    Mniej znany, a wart rzucenia okiem, jest (nieco przypominający układem i kształtem pawilonów pierwotne założenie gdańskiej Akademii Medycznej, tylko większy i zwieńczony charakterystyczną bryłą kościoła) zespół szpitalny Steinhof. Nowoczesny na owe czasy kompleks ma skądinąd za sobą ponurą historię nazistowskich eksperymentów związanych z “czystością rasy”, oraz eutanazji.

    Także w bok od turystycznych szlaków leży willa, zbudowana przez Wagnera na potrzeby rodziny, z czasem popadająca w ruinę, lecz uratowana i wzbogacona niezwykłym wystrojem, a w końcu przekształcona w muzeum przez Ernsta Fuchsa, artystę o prawie wiek młodszego (zatem zdecydowanie pohabsburskiego) od jej budowniczego. Obiekt jest na tyle “odlotowy”, że zilustruję go nieco większą ilością zdjęć, zachęcając też do jego odwiedzenia, jeśli komuś zdarzy się zawitać nad Dunaj.

    Otto Wagner był członkiem Wiedeńskiej Secesji – stowarzyszenia artystów skupionych wokół Gustava Klimta, którzy z jednej strony tworzyli zręby sztuki nowoczesnej, czyli modernizmu, z drugiej zaś – zdecydowani byli oderwać się (czyli dokonać secesji) od zbyt konserwatywnych, ich zdaniem, towarzyszy w modernizmie. Dosyć to zawiłe, zwłaszcza dla laika w dziedzinie historii sztuki, ale prawdziwych artystów zawsze było trudno zrozumieć.
    Mianem s
    ecesji określa się wspomniany ruch artystyczny, ale także styl w architekturze i sztukach plastycznych, rozpowszechniony w schyłkowym okresie dynastii habsburskiej. Wkrótce nadeszła era modernizmu pełną gębą, jaki znamy i cenimy do dzisiaj. Prosząc fachowych Czytelników o wyrozumiałość co do powyższego wywodu, na wszelki wypadek pokażę kilka zdjęć architektonicznych wysiłków Hundertwassera i Krawiny z niedawnych czasów, które na pewno nie zaliczają się ani do secesji, ani do modernizmu.   

  • Tyle z habsburskiego Wiednia, następnym razem poszukamy śladów tej dynastii nieco dalej od domu.